W sercu dziczy (2026) - recenzja, opinia o filmie [UIP]. Czy to najnudniejszy film tego roku?
James Belmont (hehe) odsłużył swoje na polu bitwy. Teraz, zmęczony i targany dawnymi wspomnieniami, pragnie jedynie odpoczywać i obcować z naturą w towarzystwie swojego psa, Odina - również kombatanta. Zbieg różnych nieprzychylnym okoliczności sprawi jednak, że przyjemna wycieczka zamieni się w desperacką walkę o przetrwanie.
Nie jestem jakimś wielkim fanem Davida Ayera. Jasne, zrobił "Królów Ulicy", "Bogów Ulicy" i "Furię", ale nawet tylko ostatni z tych filmów wyszedł już przeszło dekadę temu. A od tamtej pory? Boleśnie mierny "Legion Samobójców", którego moim zdaniem nie da się uratować - to jest po prostu marny film i tyle. Żaden hipotetyczny "Ayer cut" filmu tego nie zmieni. Już Jared Leto się o to postarał! Później był też "Bright" ze scenariuszem Maxa Landisa, który szumnie promował ten projekt jako "jego Gwiezdne Wojny". No cóż, nie wyszło. Dwa średniaki z Jasonem Stathamem lądujemy natomiast w roku 2026 wraz z najnowszą, dzisiejszą produkcją reżysera. No, można mieć pewne obawy o jakość końcowego produktu, prawda?
Przyznam jednak, że na seans szedłem z otwartym umysłem. Ayer wraca do współpracy z Pittem po bardzo dobrej przecież "Furii", Brad to generalnie klasa sama w sobie, a i tematyka wspólnej przygody z piesełem jest bardzo bliska memu serduszku, ponieważ sam też jestem psiarzem. I zaczynamy wcale nieźle. Piękne zdjęcia górzystych terenów i lasów, wyrazista, drugoplanowa postać J.K. Simmonsa, jakieś pierwsze flashbacki do czasów wojny - widz czuje się zaintrygowany, zaczyna zastanawiać się, jakie znaczenie będzie miała ostatecznie postać Simmonsa, jak poprowadzony zostanie wątek koleżeńskiego nieznajomego, o co tu właściwie będzie chodzić. No i cóż... Nie mam dla ciebie dobrych wieści, ale ostatecznie okazuje się, że o nic.
W sercu dziczy (2026) - recenzja, opinia o filmie [UIP]. A kiedy zacznie się film?
Jest kolosalna różnica między filmem słabym, bo zbyt głupim, nie do końca przemyślanym, a filmem słabym, bo zwyczajnie pustym. "90 minut do wolności" to głupkowata rozrywka, pełna dziur i logicznych dziwactw, ale jednak rozrywka. Ja tam po drodze bawiłem się dobrze, ponieważ scenariusz pilnował żeby cały czas coś się działo, coś się zmieniało, coś próbowało mnie zaskoczyć. "W sercu dziczy" natomiast jest po prostu nudne. To po prostu film o tym, że główny bohater i jego pies idą przez lekko ponad półtorej godziny przed siebie, bo rozbili się gdzieś w górach. I tyle. Simmons? Nigdy już po tej pierwszej scenie nie wraca. Zespół stresu pourazowego? No jest.
Samo zakończenie filmu czytać można (albo i wręcz należy) jako hołd złożony naszym czworonożnym przyjaciołom - jak oddane są to zwierzęta, jak można na nich polegać i co tam jeszcze. I wychodziłoby na to, że jest to główny motyw całego filmu, ta więź łącząca człowieka i zwierzę. Po drodze parokrotnie widzimy jak Odie stara się dbać o Jamesa i jak on nie zamierza pozwolić by jego czworonożnego kompana spotkała jakakolwiek krzywda. Rzecz w tym, że scenarzysta, Cameron Alexander, autor hitów takich jak "Cocker", "Aquarius of hearts" czy "Heard you chilled with my sister" (wbrew pozorom, nie są to filmy tylko dla dorosłych), nie zbudował wokół tego motywu żadnej sensownej fabuły. To po prostu chłop idzie z psem i robi się coraz gorzej. Nie ma tu innych postaci, nie ma rozwoju postaci, nie ma w sumie niczego, co można by nazwać filmem. Gdybyś to ty, hipotetyczny czytelniku, poszedł na spacer do lasu z psem i nagrał wszystko, co się wam po drodze przydarzyło, a później dorzucił do tego dramatyczne otwarcie i zamknięcie to otrzymałbyś analog dzisiejszego filmu.
W sercu dziczy (2026) - recenzja, opinia o filmie [UIP]. No, wygląda to całkiem ładnie
To powiedziawszy, trzeba przyznać Ayerowi, że nakręcił bardzo sympatyczny wizualnie film. Każdy jeden dobrany kadr, czy to naszych chłopaków idących przez ukryte w gęstym lesie ścieżki, czy przedzierających się przez nowo powstałe rozlewisko albo przechodzących niepewną kładką nad rwącą rzeką, wygląda iście majestatycznie, sprawiając, że widz sam ma ochotę spamować namiot i ruszać w las! Zupełnie serio zacząłem w trakcie filmu planować przyszłoroczne wakacje z rodziną, Bieszczady, namioty i jazda! Część ujęć została bardzo wyraźnie podbita za pomocą CGI, ale nie wpływa to w żaden sposób na odbiór całości. Bardziej niż to, że rzeczywiście cokolwiek widzę, wydaje mi się, że rozumiem fakt, że nie powiesiliby naprawdę Brada Pitta kilkanaście metrów nad rwącą, górską rzeką, co pozwala mi bez cienia wątpliwości twierdzić, że oglądam poprawioną po fakcie lub wręcz od zera zrobioną scenę. W trakcie oglądania w ogóle nie rzuca się to w oczy.
Tutaj powinienem powiedzieć zapewne coś o aktorach i tym, jak sobie poradzili (żeby nie było - sam z siebie wolałbym żeby tekst był bardziej organiczny, krótszy albo dłuższy w zależności od potrzeb, ale muszę się naprodukować ile trzeba nawet jeśli nie ma o czym mówić). Rzecz w tym, że jedyne aktorstwo, o jakim możemy tu mówić to relacja Brada Pitta z Odinem i oczywiście, że wypada ona wiarygodnie, bo psy są najlepszymi aktorami świata, kiedy prosi się je żeby były przyjaciółmi człowieka. Jasne, wypada pochwalić Ubera (bo tak nazywał się wcielający się w Odyna pies)za to jak blisko trzymał się pana, jak wielkimi ślepiami na niego patrzył i jak pięknie trzymał się nogi, ale powiedzmy sobie szczerze - jeśli najbardziej w całym filmie chwalimy za aktorstwo psa, to coś to znaczy. I nie jest to nic pozytywnego.
Koniec końców, "W sercu dziczy" uważam za film, który nigdy nie powinien był powstać. Jeśli bierze się reżysera z jakimiś tam sukcesami za pazuchą i do tego gwiazdę absolutnie najwyższego formatu, to powinno się coś sobą reprezentować. Tymczasem dzisiejszy film nie ma do powiedzenia absolutnie nic, a złośliwa część mojej głowy podpowiada, że wszystkie te amerykańskie zachwytu wynikają z faktu, że głównymi bohaterami filmu są dwaj weterani (w pewnym momencie dosłownie widzimy ich na tle powiewającej amerykańskiej flagi). Moim zdaniem jest to kompletnie pusty, nijaki film, który może i jest kompetentnie nakręcony, ale nie ma w sobie nic, co sprawiłoby, że chciałoby się go obejrzeć.
Atuty
- Ładne zdjęcia;
- Brad i jego pieseł.
Wady
- Cała reszta.
"W sercu dziczy" jest filmem tak boleśnie prostym, że aż ciężko zrozumieć czemu ktoś miałby chcieć go obejrzeć. Ocena nie jest niższa tylko przez wzgląd, że czysto technicznie nie ma się do czego przyczepić.
Przeczytaj również
Komentarze (8)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych