Neagley (2026) - recenzja serialu [Amazon]. Wartka śmierć w stylu Reachera

Neagley (2026) - recenzja, opinia o serialu [Amazon]. Wartka śmierć w stylu Reachera

Piotrek Kamiński | Dzisiaj, 20:00
Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł

Frances Neagley działa w swoim rodzinnym Chicago jako prywatny detektyw. Życie nie jest złe, lecz kiedy jej kolega z dzieciństwa popełnia samobójstwo, najwyraźniej wyćpany pod sam sufit, postanawia rzucić na szalę wszystko, byle dowiedzieć się, co tak naprawdę mu się przydarzyło. 

Kojarzysz kogoś takiego jak Robert Galbraight? Być może nie, ponieważ zasadniczo osoba taka nie istnieje. To tylko pseudonim pod którym J. K. Rowling pisze swoje książki o detektywie Cormoranie Strike'u. Pytam, ponieważ siódma z tych książek, "Wartka śmierć", ma fabułę zaskakująco podobną do tego, co zobaczyć możemy w nowym serialu Amazona. 

Dalsza część tekstu pod wideo

Dzieciak praktycznie zerwał kontrakt z rodziną i dołączył do kultu lubiącego starą muzykę rockową gościa, na którego farmie produkuje się organiczną żywność, wpaja się dzieciakom piorące mózg bzdury i uprawia dzikie ilości seksu - głównie lider z młodymi akolitkami, ale nie ma wyłączności. Pomaga mu zdeterminowana, oddana sprawie kobieta, która być może jest nawet jeszcze bardziej szalona niż sam lider, a główny bohater wysyła jedną osobę pod przykrywką, żeby wybrała co i jak żeby można było skasować działalność kultu. Nie wiem, może wszystkie kulty działają na podobnych zasadach (nigdy do żadnego nie należałem), ale oglądając pierwsze sezon "Neagley" nie mogłem przestać myśleć o tym, jak bardzo podobne są o ile historie. To powyżej, to przybliżenie fabuły "Wartkiej śmierci", nie dzisiejszego serialu - jakby co.

Neagley (2026) - recenzja, opinia o serialu [Amazon]. 50 twarzy Frances

Tym, czym "Neagley" zdecydowanie różni się od książki Rowling jest tempo i intensywność wydarzeń. Kult Lawrence'a Cole'a (Damon Herriman) nie egzystuje sobie dla samego tylko seksu z małolatami. Mają również głębiej sięgające powiązania, przez które cała sytuacja staje się znacznie bardziej niebezpieczna. Ma to sens, bo mam wrażenie, że postacie takie jak Neagley (Maria Sten) czy Reacher (Alan Ritchson) weszliby po prostu do nich razem z drzwiami, gdyby mieli pewność, że to tylko banda wariantów wykorzystująca prostaczków. Mamy więc zdrady, podstępy, strzelaniny i ciągłe uczucie zaszczucia, ponieważ nie wiadomo, komu można ufać, a komu nie. Sprawia to, że choć fabuła jest raczej prosta i szybko zaczynamy rozumieć kto, z kim i po co, to i tak ogląda się to dobrze.

Nie do końca jestem natomiast przekonany do sposobu, w jaki poprowadzona została osobista historia głównej bohaterki. Jeszcze z "Reachera" wiemy, że Neagley nie pozwala się dotykać. Nigdy nie pozwalała. Zapewne wiąże się to z jakąś jej nieprzepracowaną traumą i teraz, w tym sezonie, wreszcie możemy przekonać się, co tam się dokładnie wydarzyło. Rzecz w tym, że cały ten wątek jest szalenie wręcz sztampowy. Scenarzyści robią z niego wielką tajemnicę, bardzo powoli odkrywają przed nami karty, choć my i tak już bardzo dobrze wiemy dokąd cały ten wątek zmierza. Samo to byłoby jeszcze do przeżycia, gdyby nie fakt, że sama główna bohaterka "dostosowuje się" do sytuacji i nagle traci gdzieś całą bystrość swojego umysłu. Można polemizować, że kiedy sytuacja dotyczy kogoś innego, łatwiej jest jej ją analizować, ale moim zdaniem wygląda to jakby dosłownie wyłączał się jej w tych momentach mózg. Można było zrealizować to lepiej. 

Neagley (2026) - recenzja, opinia o serialu [Amazon]. Natchniona obsada

Tak jak fabuła nie należy do najbardziej wybitnych - choć wciąż pozostaje jak najbardziej wciągająca i satysfakcjonująca - tak aktorsko mamy tu praktycznie same strzały w dziesiątkę. Maria Sten już w "Reacherze" udowadniała raz za razem, że jest charakterną, pełną charyzmy kobietą, która bez problemu dźwiga ciężar narracji na swoich barkach. Jest girl bossem, jasne, ale w pełni sobie na to zapracowała, dzięki czemu kiedy rozmontowuje na szybko dwóch łebków, mówiąc przy tym trzeciemu żeby dobrze się zastanowił co chce w obecnej sytuacji zrobić, my to kupujemy. To po prostu protegowana Reachera wynosi śmieci, normalne. Odrobinę mniej podoba mi się wątek jej nowego kolegi z policji Rileyego (Greyston Holt). Sam w sobie jest on całkiem solidną postacią - trochę typowym dla serii stróżem prawa, który musi przyzwyczaić się do sposobu w jaki stodziesiątki załatwiają sprawy, ale nie do końca kupuję tego, co scenarzyści robią z jego relacją z główną bohaterką na stopie prywatnej. Jest to w moich oczach coś nagłego i niewypracowanego. Dużo bardziej organiczna jest znajomość Renee i Keno (Adeline Rudolph i Jasper Jones), w dodatku podkręcona o pewną dozę niepewności przez wzgląd na fakt, że nie do końca jesteśmy pewni, czy mogą sobie ufać. Świetnie w swojej roli wypada natomiast wspomniany już Damon Herriman, czyli nasz przywódca kultu. Trudno jednak się temu dziwić, kiedy na przestrzeni lat grał on już tyle przywódców kultów, że pewnie mógłby założyć teraz swój własny i odnieść jakiś tam sukces. Był przecież Mansonem u Tarantino, Jamiem w "Together" i na upartego również Quan Chi w ostatnim "Mortal Kombat", a to tylko z tych produkcji, które potrafię wymienić z głowy. Facet jest śliski jak węgorz, ale przy tym mówi z wielką pewnością siebie, która nie tylko porywa ludzi na ekranie, ale też pozwala do jakiegoś tam stopnia wierzyć mu również nam. 

Akcja w "Neagley" zwykle nie ma podjazdu do swojego bratniego serialu, ale to też nie do końca ten typ historii. Tutaj widz relatywnie wcześnie dowiaduje się co i jak, a postacie ledwie krótką chwilę za nim, ale całym clu produkcji jest pytanie jak sobie z tym fantem poradzić. Poszczególne postacie raz za razem ładują się w potężne parapaty nie dlatego, że mają pecha, ale ponieważ same tego chcą, bo wiedzą, że tylko w ten sposób mogą osiągnąć swój cel, dzięki czemu kolejnym scenom nie brakuje dynamiki, nawet jeśli jest to dynamika innego rodzaju. Ogólnie sceny akcji wyglądają dobrze, a wyrazistość postaci, które biorą w nich udział tylko dodaje im charakteru. 

Koniec końców, "Neagley" jest porządnym pierwszym sezonem serialu. Intryga, choć przewidywalna czy wręcz oczywista, dobrze się ogląda, a postacie i dialogi tylko dodatkowo tę frajdę podbijają. Nie jest idealnie, jasne, acz wciąż raczej dobrze i z miłą chęcią zobaczę ciąg dalszy tej opowieści. Frances zdecydowanie ma jeszcze znacznie więcej do opowiedzenia i dowiedzenia się na swój temat.

Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł
Advertisement

Atuty

  • Maria Sten jest świetna jako Neagley, bez problemu dźwigając ciężar bycia główną bohaterką produkcji;
  • Ogólnie mocna obsada;
  • Raczej prosta (i jakby skopiowana) intryga nie przeszkadza w czerpaniu z niej rozrywki;
  • Dobre tempo;
  • Nieźle zrobione zdjęcia;
  • Mocny finał.

Wady

  • Wątek Neagley i Rileyego mógłby zostać lepiej poprowadzony;
  • Miejscami zbyt przewidywalny;
  • Mało oryginalny motyw kultu.

"Neagley" wbija się w świat seriali jako pozycja ze wszech miar poprawna, satysfakcjonująca i wciągająca, choć raczej wątpię aby stała się czymkolwiek ulubionym serialem. Twórcy zagrali bezpiecznie i nie przeszarżowali - co samo w sobie jest już swego rodzaju zwycięstwem. Czekam na więcej.

7,0
Piotrek Kamiński Strona autora
Z wykształcenia filolog, z zamiłowania gracz i kinoman pochłaniający popkulturę od przeszło 30 lat. O filmach na PPE pisze od 2019. Zarówno w grach, jak i filmach najbardziej ceni sobie dobrą fabułę. W wolnych chwilach lubi poczytać, pójść na koncert albo rodzinny spacer z psem.
cropper