Zapomniana wyspa (2026) - recenzja filmu [UiP].  Kolorowy chaos, który działa niczym KPop Demon Hunters

Zapomniana wyspa (2026) - recenzja i opinia o filmie [UiP]. Kolorowy chaos niczym KPop Demon Hunters

Roger Żochowski | Dzisiaj, 21:00
Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł

„Zapomniana wyspa” to kolorowa, głośna i momentami całkowicie szalona opowieść o dwóch przyjaciółkach, które trafiają do fantastycznej krainy rodem z opowieści zasłyszanej w dzieciństwie. Pod warstwą niezwykłych stworzeń, absurdalnego humoru i efektownej animacji kryje się jednak znacznie bardziej przyziemna, uniwersalna historia.

Jo i Raissa poznają się jeszcze jako dzieci. Pierwsza jest impulsywna, pomysłowa i skłonna do podejmowania decyzji, które rozsądna osoba uznałaby za fatalny pomysł. Druga jest spokojniejsza, ambitna i znacznie bardziej poukładana. Na pierwszy rzut oka trudno wyobrazić sobie bardziej różniące się osoby, a jednak właśnie te różnice sprawiają, że ich relacja działa. Łączy je przede wszystkim wspólna fascynacja opowieściami babci Jo o Nakali - tajemniczej wyspie, która według rodzinnej legendy istnieje gdzieś poza znanym światem.

Dalsza część tekstu pod wideo

Dziecięca wiara w Nakali staje się początkiem wieloletniej przyjaźni. Dziewczyny dorastają razem, przeżywają kolejne przygody, zostawiają sobie krótkie wiadomości i gromadzą na bransoletkach pamiątki symbolizujące wspólne chwile. Wystarczy świetnie zmontowana seria krótkich wspomnień, z których powstaje obraz dwóch osób przekonanych, że niezależnie od wszystkiego będą miały siebie.

Zapomniana wyspa (2026) - recenzja i opinia o filmie [UiP]. Dorosłość, która rozdziela

Problem pojawia się wtedy, gdy dzieciństwo zaczyna się kończyć. Raissa dostaje się na studia i przygotowuje się do wyjazdu do Stanów Zjednoczonych. Jo zostaje na Filipinach, a dodatkowo musi poradzić sobie ze stratą ukochanej babci. Ich dotychczasowy świat zaczyna się rozpadać nie dlatego, że wydarzyło się coś dramatycznego między nimi, ale dlatego, że dorosłość ma własne plany. To jeden z ciekawszych aspektów filmu, bardzo życiowy i pokazany w bardzo dobry sposób.

Tylko właśnie wtedy Nakali przestaje być tylko dziecięcą fantazją. Jo i Raissa trafiają do magicznego świata, ale szybko okazuje się, że nie będzie to beztroska wycieczka. Budzą się bez wspomnień z poprzedniej nocy, nie wiedzą, jak znalazły się na wyspie, a dodatkowo brakuje im przedmiotu, który pozwoliłby wrócić do domu. Wraz z nimi pojawia się Raww - częściowo psi, częściowo ludzki bohater, który sam nie zawsze panuje nad własną przemianą. Od tego momentu rozpoczyna się podróż przez Nakali, podczas której poszukiwanie drogi powrotnej stopniowo zmienia się w próbę zrozumienia własnej przeszłości.

Zapomniana wyspa (2026) - recenzja i opinia o filmie [UiP]. Folklor, humor i potwory

Na Nakali wspomnienia można przechowywać, oddawać, a nawet stracić. Jedna z zamieszkujących wyspę istot kolekcjonuje wspomnienia innych, przez co przeszłość staje się czymś niemal materialnym. Dzięki temu twórcy mogą w prosty, ale całkiem pomysłowy sposób opowiedzieć o lęku przed zapomnieniem. Film wrzuca bohaterki w sam środek fantastycznego chaosu i choć scenariusz nie jest specjalnie oryginalny, zamieszkujące świat postacie wykreowano genialnie i praktycznie każda potrafi wzbudzić u widza salwy śmiechu.

Nakali jest bowiem pełne stworzeń, które trudno pomylić z typowymi bohaterami familijnej animacji. Pojawia się tu dwustuletnie „dziecko” przywiązane pępowiną do mamusi, stado uroczych, słodkich misiaków rządnych krwi, ekscentryczny człowiek-syrenka, który bez wody zmienia się w zombiaka, czy w końcu najmniej zabawna postać ze wszystkich - groźna Manananggal, której wygląd może być dla młodszych widzów naprawdę niepokojący. Ba, sceny z jej udziałem noszą momentami znamiona animowanego horroru i może 6- i 8-letnie dzieci wtulały się w fotel i zamykały oczy. Oczywiście po każdej takiej scenie wjeżdżał humor przed duże H, nie zmienia to faktu, że można się przestraszyć.

Zapomniana wyspa (2026) - recenzja i opinia o filmie [UiP]. Animacyjne ADHD

Świat przedstawiony jest więc jedną z największych zalet filmu, choć jednocześnie prowadzi do jego głównej słabości. Film momentami bardzo przypominał mi pod względem realizacji K-Pop Demon Hunter, a pisząc to, mam na myśli ciągłe ADHD. Produkcja co chwila zmienia tempo, dorzuca nowy żart albo kolejny wizualny pomysł, kolory są intensywne, ruch niezwykle dynamiczny, a stylistyka płynnie czerpie z anime, współczesnej animacji komputerowej i estetyki starszych kreskówek. Jest tu przynajmniej kilka różnych styli animacji, wliczając w to również elementy poklatkowe czy ujęcia rodem ze Spider-Man: Poprzez multiwersum.

Efekt potrafi zachwycać, ale po pewnym czasie zaczyna również męczyć, zwłaszcza, gdy natężenie żartów w kolejnych scenach jest tak duże, że nie zdążymy się zaśmiać z jednego, a już wjeżdżają kolejne trzy. Czasami film nie daje widzowi nawet chwili oddechu. Inna sprawa, że dynamiczne sekwencje potrafią wyglądać spektakularnie, a zmiany stylistyczne podkreślają emocje bohaterów. Na szczęście pod całym tym zamieszaniem znajduje się historia, która ma znacznie więcej serca, niż można byłoby oczekiwać po tak zwariowanej produkcji. Film pokazuje, że prawdziwa przyjaźń wymaga zaakceptowania drugiego człowieka także wtedy, kiedy nie można już dzielić z nim każdego dnia. Fabułarnie potrafi zaskoczyć, bo każda przedstawiona w nim postać nie jest stereotypowa, w czym pomaga naprawdę dobry, polski dubbing. Wprawdzie zdarzały się momenty, gdy w natłoku scen ciężko było wyłapać wszystkie smaczki polskiego przekładu, ale twórcom udało się kilka żartów przenieść na nasze lokalne realia.

Animacja nie traktuje też filipińskiego folkloru wyłącznie jako dekoracji. Wykorzystuje lokalne legendy i stworzenia (wspomniana Manananggal) jako podstawę świata, który różni się od typowych amerykańskich baśni. Dzięki temu fantastyczna kraina ma własną tożsamość, a widz dostaje coś więcej niż kolejną wariację na temat znanych już schematów fantasy.

Twórcy bardzo chętnie korzystają również z popkultury. Pojawiają się piosenki znane z poprzednich dekad, karaoke, odniesienia do filmów i charakterystyczne elementy kultury popularnej. Remixy znanych utworów wypadają znakomicie, a nacisk na regularne wplatanie w narrację klimatycznych kawałków muzycznych i forma tych scen kolejny raz nawiązuje do wspomnianego hitu Netflixa - K-Pop Demon Hunters. I choć jest to produkcja chwilami przeładowana i zbyt intensywna, to można na to przymknąć oko, biorąc pod uwagę wykreowany świat, humor i emocje, jakie niesie ze sobą wypełniony fantastycznymi postaciami scenariusz.

Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł
Advertisement

Atuty

  • Historia przyjaźni Jo i Raissy
  • Ciekawie wykreowany świat Nakali
  • Oryginalne i nietypowe postacie
  • Duża dawka absurdalnego humoru
  • Efektowna, różnorodna animacja
  • Wykorzystanie filipińskiego folkloru
  • Udane muzyczne wstawki i remixy
  • Dobry polski dubbing

Wady

  • Momentami przesadna dynamika i natłok bodźców
  • Zbyt duże nagromadzenie żartów
  • Scenariusz nie zawsze jest szczególnie oryginalny
  • Niektóre sceny mogą być zbyt straszne dla młodszych dzieci

Pełna kolorów, humoru i szalonej wyobraźni animacja, która pod warstwą chaosu opowiada przede wszystkim o przyjaźni, dorastaniu i strachu przed zapomnieniem.

8,0
Roger Żochowski Strona autora
Przygodę z grami zaczynał w osiedlowym salonie, bijąc rekordy w Moon Patrol, ale miłością do konsol zaraziły go Rambo, Ruskie jajka, Pegasus, MegaDrive i PlayStation. O grach pisze od 2003 roku, o filmach i serialach od 2010. Redaktor naczelny PPE.pl i PSX Extreme. Prywatnie tata dwójki szkrabów, miłośnik górskich wspinaczek, powieści Murakamiego, filmów Denisa Villeneuve'a, piłki nożnej, azjatyckiej kinematografii, jRPG, wyścigów i horrorów. Final Fantasy VII to jego gra życia, a Blade Runner - film wszechczasów. 
cropper