Katastrofa w duecie (2026) - recenzja, opinia o filmie [Apple]. Mayday, mayday, Sowieci mnie biją!
Trwają ostatnie lata zimnej wojny. Podczas wykonywania tajnej misji dla swojego kraju, pilot amerykańskiej marynarki wojennej zostaje zmuszony do katapultowania się na terytorium wroga - w samym sercu ZSRR. Sam się nie wydostanie, a jedyną pomocną dłoń oferuje mu zakochany w Bruce'ie Springsteenie i Stanach Zjednoczonych były agent KGB... Lekko nie będzie.
Na papierze, ten film ma wszystko by stać się kolosalnym hitem. Za sterami projektu mamy Johna Francisa Daley i jego zwyczajowego kolaboranta, Jonathana Goldsteina, duet spod którego pióra wyszły filmy takie jak "Spider-Man Homecoming", ostatnie "Dungeons & Dragons" czy seria "Szefowie wrogowie". Chłopaki zdecydowanie czują komediowy klimat i potrafią zawiązać sensowną przygodę. Przed kamerami brylują natomiast Ryan Reynolds oraz zaskakująco dobrze spisujący się jako Rosjanin Kenneth Branaghn, a ściga ich całkiem solidny Marcin Dorociński. W teorii, największym problemem "Katastrofy w duecie" jest fakt, że wyszła na Apple TV, bo oznacza to, że mało kto ją obejrzy. Ale nie jest to jedyny problem dzisiejszego filmu.
Znacznie bardziej przeszkadza mi, choć może to trochę dziwne, jego fabuła. To już któryś raz w ostatnich czasach, jak oglądamy film o parze nie do pary, która musi przebić się przez terytorium wroga, nauczyć się sobie ufać i tak dalej. Nie tak dawno temu recenzowałem zeszłorocznych "Sojuszników" z Idrisem Elbą i Johnem Ceną, który w najgrubszych pociągnięciach pędzla jest w sumie tą samą opowieścią. I tak jak oba filmy bronią się za sprawą świetnej chemii głównych bohaterów, tak oba jako intryga są raczej miałkie, bardzo podstawowe i zapomina się o nich pół sekundy po zakończeniu seansu.
Katastrofa w duecie (2026) - recenzja filmu [Apple]. Niezbyt oryginalny, ale chociaż wciąż zabawny pomysł
Już nawet sam początek filmu wie, że nie ma fabularnie wiele do zaoferowania, więc zaczynamy in medias res żeby spróbować zaciekawić widza czymkolwiek. Ryan Reynolds wstaje po twardym lądowaniu w środku pokrytego śniegiem lasu (wiem, że postać jakoś tam się nazywa, ale nie czarujmy się, to po prostu Ryan Reynolds w swojej najbardziej klasycznej wersji). Podchodzi do niego uzbrojony człowiek z puchowej kurtce. Ryan każe mu się nie zbliżać, ale pada nieprzytomny sekundę później. Wow! Co tu się wydarzyło, jak do tego doszło?! - zapewne ma myśleć sobie widz. Szkoda więc, że odpowiedź jest tak szalenie mało porywająca, jak to tylko możliwe. Na szczęście to tylko pretekst aby szybko i sprawnie sparować ze sobą głównych bohaterów.
Relacja amerykańskiego pilota myśliwców i ekscentrycznego Rosjanina, który kocha Big Maki, Springsteena i "Top Gun" jest kluczem do sukcesu całego tego filmu i - całe szczęście - zrobiona została pierwszorzędnie. Jak nietrudno się domyślić, panowie z początku nie będą się najlepiej dogadywali, w bólach i trudach budując relację, która z czasem może nawet i przerodzi się w przyjaźń. Reynolds gra przede wszystkim po prostu panikarza, który nie usiedzi na tyłku pięciu minut i nie ma za grosz zaufania do osoby, która uratowała mu życie. Cały ciężar budowania fundamentów spada więc na Nikolaja, który woli jednak żeby mówić na niego Nick i trzeba przyznać, że wychodzi z tego kilka szczerze zabawnych sytuacji. Scenarzyści wiedzą również w których momentach zmieniać ton, wprowadzać kolejne tarapaty, kości niezgody, nici porozumienia tak, aby na przestrzeni tych niecałych dwóch godzin relacja mogła sobie cały czas ewoluować. Jasne, widz nie ma najmniejszych wątpliwości, jak się to wszystko ostatecznie skończy, ale zbyt dobrze ogląda mu się samą drogę, by mogło mu to jakoś bardzo przeszkadzać.
Katastrofa w duecie (2026) - recenzja filmu [Apple]. Jest w tej walce jakiś taki uzależniający rytm
Trzeba również przyznać, że kolejne sceny akcji - a tych w filmie nie brakuje - nakręcone zostały bardzo sprawnie i często pomysłowo. Jest w tych walkach pewien rytm, jakby rozpisywane były pod pewien bit. Mało to może realistyczne, ale na pewno nie można odmówić takim bitkom uroku. Pełno tu dźwigni, łamań, bloków, przechwytów, wykorzystania otoczenia. I to właśnie ten ostatni element robi zwykle najmocniejsze wrażenie, bo postacie dosłownie korzystają ze wszystkiego, co mają pod ręką. Tacka przy fotelu w samolocie, długopis, drzwi, śmietnik - w ruch idzie wszystko, a kiedy całość jest tak wyraźnie , zmierzona, naprawdę dobrze się ten balet śmierci ogląda. Dostajemy również sekwencje większe, bardziej intensywne i tak jak w przypadku początkowego pościgu myśliwców nie mam wątpliwości, że oglądamy sprawnie zrealizowane CGI, tak bliżej końca - i jestem przekonany, że będziesz doskonale wiedzieć, o co mi chodzi - nie jestem już taki pewien czy dostajemy zdrowy mix praktycznych efektów z komputerowymi, czy pełne CGI, co, ostatecznie, dobrze świadczy o twórcach filmu.
Na osobne dwa słowa zasługuje trzecia najważniejsza postać w całym filmie, pan Aleksander Wolkov (Dorociński). Sama postać nie jest w najmniejszym choćby stopniu oryginalna - to po prostu kolejny wysoko postawiony przedstawiciel bardzo nieprzyjaznego głównemu bohaterowi rządu, który swoim wyrachowaniem, inteligencją i przebiegłością ma wzbudzać strach u swoich wrogów. Z miejsca zaczął kojarzyć mi się z Hansem Landą z "Bękartów Wojny", choć nie wiem czy jest to uczciwe porównanie, bo jednak Dorocińskiemu do przerażającej charyzmy Waltza odrobinę brakuje. To na pewno nie jest zła postać - ma swoje, bardzo mocne momenty, ale mam wrażenie, że zabrakło jej czegoś, co naprawdę wystawiłoby ją przed szereg. I nie wiem czy to kwestia aktora czy scenariusza, bo z jednej strony jego dialogi nie są przesadnie wybitne, z drugiej wydaje mi się, że można było trochę więcej podziałać mimiką i głosem.
"Katastrofa w duecie" to film poprawny. Nie najgorszy sposób na spędzenie dwóch godzin przed telewizorem, ale przy tym również absolutnie nic specjalnego. Miałką fabułę ratują starający się aktorzy i dobrze zrobione sceny akcji, seans raczej się nie dłuży, a Bruce Springsteen lecący z głośników dodatkowo umila seans. Można sprawdzić.
Atuty
- Zabawna relacja między głównymi bohaterami;
- Solidnie zrobione sceny akcji;
- Cały czas coś się dzieje;
- Porządny Marcin Dorociński.
Wady
- Szczątkowa, mało angażująca fabuła;
- Z postacią Wolkova można było zrobić dużo więcej.
Ryan Reynolds ucieka przez stereotypową Rosję w towarzystwie Kennetha Branaghna. I tak przez dwie godziny.
Przeczytaj również
Komentarze (0)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych