Dżentelmeni (2024) – recenzja, opinia o 2. sezonie serialu [Netflix]. Droga ku ciemności
Narkotykowe imperium Eddie'ego zdaje się kwitnąć – idealny układ, w pełni kontrolowana sytuacja, sami zaufani ludzie. Tak przynajmniej mu się wydaje, ponieważ chwilę później na horyzoncie zaczyna majaczyć włoska mafia, Kolumbijczycy (a może Peruwiańczycy?) ze swoją pierwszej klasy kokainą, fałszywi przyjaciele, niegodni zaufania księgowi i cała masa innego, wywołującego kolejne pożary tałatajstwa. Tymczasem Książę musi wszystko to trzymać w ryzach, pilnując aby przypadkiem ktoś nie pociągnął go ze sobą na dno.
Pierwszy sezon „Dżentelmenów” Guya Ritchie'ego to był kawał dobrej telewizji. Może nic wybitnego, ale przywoływał najlepsze cechy produkcji angielskiego reżysera – czarny humor, bezpardonową przemoc, wyraziste postacie i pod koniec zwroty akcji w ilościach hurtowych. Cały czas miałem jednak wrażenie, że potencjał historii nie został w pełni zrealizowany, że grany przez Theo Jamesa główny bohater opowieści, Eddie, mógłby być trochę ciekawszy, można było więcej z nim zrobić. Podobnie chyba czuli twórcy serialu, ponieważ drugi sezon to w znacznej mierze historia jego powolnego, acz nieuniknionego upadku, całkowitego przejścia na ciemną stronę mocy. I co to jest za opowieść!
Powracamy do Eddie'ego dosłownie chwilę po tym, jak zakończył się pierwszy sezon. Bogaci spadkobiercy hodują sobie na swoich posesjach marihuanę, czeszą niesamowite pieniądze i wciąż mogą cieszyć się wystawnym, pełnym przepychu życiem. Jednakże, biznes, który się nie rozwija, który stoi w miejscu, z perspektywy stale ewoluującego świata zaczyna się cofać. Tak więc Eddie i jego partnerka biznesowa, Susie (Kaya Scodelario) zaczynają ekspansję, wchodząc na inne gałęzie tego biznesu, zaczynając – bardziej lub mniej chętnie – współpracę z wpływowymi ludźmi z innych krajów.
Dżentelmeni (2024) – recenzja, opinia o 2. sezonie serialu [Netflix]. Miłość rośnie wokół nas
Pobocznym rezultatem tych eskapad są dwa nowe wątki romantyczne tego sezonu. Z jednej strony mamy Susie i jej włoskiego chłopca, szalenie w niej zakochanego, ale przy tym również może odrobinę zbyt cwanego? Ich wątek jest raczej przewidywalny, co odrobinę osłabia jego ostateczny wydźwięk, ale koniec końców aktorzy sprawiają, że i tak przyjemnie się go śledzi. Odrobinę ciekawszy jest związek Eddie'ego z Bellą Soranzą de Parme (Benedetta Porcaroli), tak istotny dla jego ewolucji jako głównego bohatera. Ich wielka miłość wybucha trochę nagle, a sam związek rozwija się w tempie tak ekspresowym, że nawet ostatnie sezony „Gry o Tron” czułyby się zawstydzone, ale ogólnie trzyma się kupy, para jest odpowiednio wiarygodna, a pokłosie całego tego wątku, jak już wspominałem, jest bardzo istotnym elementem szerszej fabuły.
Tak jak miłość (lub jej złudzenie) jest bardzo istotnym elementem tego sezonu, tak przede wszystkim skupiamy się na samym biznesie. I pod tym względem serial absolutnie błyszczy. Dostajemy kilka wspomnianych już nowych twarzy, powracają praktycznie wszyscy duzi gracze z pierwszego sezonu, a sytuacja zmienia się dynamicznie praktycznie z odcinka na odcinek, regularnie ładując naszych bohaterów w sytuacje zagrażające ich życiu. Ritchie'emu i jego ekipie udało się tu osiągnąć coś naprawdę wyjątkowego, bo tak jak niby cały czas wiedziałem, że Eddie jest głównym bohaterem i bez niego nie ma serialu, tak w paru miejscach naprawdę szczerze bałem się o jego dalszy los. Im głębiej w intrygę się zapuszczamy, tym mniej przyjemna (w najlepszym tego wyrażenia znaczeniu) się ona staje. Początek to takie tam po prostu rozmowy między ludźmi, kombinacje, ustalenia, może jakieś delikatne kopanie pod siebie nawzajem dołków, lecz z czasem fabuła staje się coraz bardziej mroczna, zaczynają pojawiać się kolejne ciała, a same morderstwa z odcinka na odcinek zyskują na brutalności. Bardzo fajnie pokazuje to ten postępujący upadek głównego bohatera, który po drodze uczy się, że w tym biznesie albo jesteś kompletnie bezwzględny albo cię nie ma.
Dżentelmeni (2024) – recenzja, opinia o 2. sezonie serialu [Netflix]. Plejada wyrazistych postaci prosto od Ritchie'ego
Obsada współgra ze sobą pięknie bez choćby jednej, fałszywej nuty (no, może z jedną). Susie, choć bez problemu wywołuje sympatię u widza, od początku do końca jest postacią praktycznie niemożliwą do odczytania, do ustalenia czy można jej ufać czy nie. Jej siedzący w pierdlu tata (Ray Winstone) raz za razem przypomina, że tak jak chętnie będzie robił z Eddiem korzystne interesy, tak Książę będzie musiał bardzo ostrożnie kluczyć wokół niego, jeśli nie chce bardzo szybko skończyć bardzo źle. Geoffrey (Vinnie Jones) wciąż pozostaje absolutnie genialnym miksem lokaja i człowieka od brudnej roboty. Podtrzymuję, że jest to chyba moja ulubiona rola tego aktora – niezależnie od tego, czy po prostu rozmawia ze swoim pracodwacą, wydobywa z kogoś informacje, czy udowadnia, że z bronią potrafi obchodzić się jak mało kto. W sumie, jedyną postacią, która w dalszym ciągu mi nie podchodzi, jest grany przez Giancarlo Esposito Stanley Johnston. Nie chodzi nawet o to, że Esposito gra go źle, nic z tych rzeczy. Moim problemem z panem Johnstonem jest to, że to jest po prostu kolejna, taka sama postać tego aktora. Jakimś cudem dał się on zaszufladkować w najbardziej specyficznej, konkretnej roli świata. Ale co za dużo, to i świnia nie zje.
„Dżentelmeni” to również bardzo przyjemny wizualnie serial. Wielkie posiadłości na angielskiej wsi, nienagannie skrojone garnitury i typowy dla Ritchie'ego montaż, połączony z regularnie pojawiającymi się na ekranie podpisami, w równej mierze służącymi fabule jak i budowaniu żartów. Styl wizualny reżysera przebija się w praktycznie każdej scenie (choć sam wyreżyserował w tym sezonie tylko trzy odcinki) i pięknie podbija tempo narracji, przekazując możliwie jak najwięcej informacji w jak najkrótszym czasie. Oczywiście, to nie tak, że cały serial gna na złamanie karku od lewej do prawej. Filmowcy rozumieją, że co bardziej istotne emocjonalnie i narracyjnie sceny muszą mieć czas, by mogły w pełni wybrzmieć, by widz dobrze zrozumiał wagę tego, co właśnie ogląda. Tak więc ostatecznie dostajemy bardzo dobrze wyważony miks wartkiej, gangsterskiej akcji i wysokiej klasy dramaturgii.
Drugi sezon „Dżentelmenów” wziął mnie kompletnie z zaskoczenia. Jeszcze oglądając pierwszy odcinek bałem się, że to po prostu więcej tego samego, że będę się męczył aby dobrnąć do końca. Tymczasem dostałem kawał naprawdę mocnej telewizji, z wyraźnie zaznaczonym wątkiem głównego bohatera i ciekawymi historiami pobocznymi. Gdybym musiał się do czegoś przyczepić, to byłaby to zapewne bardzo szeroko poprowadzona, niezbyt skupiona, pozbawiona faktycznego zakończenia fabuła, lecz przy tak barwnej obsadzie i nieustannych zwrotach akcji, można wręcz tego faktu nie odnotować. Ritchie w końcu znowu w formie – nic tylko oglądać.
Atuty
- Świetny Theo James;
- Wciąż masa bardzo wyrazistych postaci;
- Ciekawie poprowadzona intryga;
- Regularne, satysfakcjonujące zwroty akcji;
- Czarny humor Ritchie'ego.
Wady
- Główny wątek romantyczny na przyspieszeniu;
- Kilka sytuacji pojawia się, za przeproszeniem, z dupy.
„Dżentelmeni” w drugim sezonie znacznie mocniej skupiają się na postaci głównego bohatera, zabierając nas w pełną emocji podróż, na końcu której czai się zupełnie inny Eddie niż w pierwszym sezonie. Polecam.
Przeczytaj również
Komentarze (0)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych