Terminator 2: Dzień sądu (1991) - recenzja, opinia o filmie [Kino świat]. He's back!
Jeden z najważniejszych filmów w historii kinematografii wrócił do polskich kin. Wątpię aby istniała na tym portalu osoba, która go nie widziała, ale na wszelki wypadek - porozmawiajmy o "Terminator 2: Dzień sądu".
Wątpię aby podczas prac nad pierwszym "Terminatorem" Jim Cameron zdawał sobie sprawę na jakiej bombie siedzi. Robił horror o mordercy z przyszłości z wielkim Austriakiem, który ledwie szprechał po angielsku i tyle. Jasne, już wtedy nie zamierzał iść na łatwiznę i obmyślał diabelnie cwane ujęcia - fałszywe lustra, bliźniacy, szczwana praca kamery, - choć był to dopiero drugi jego film po "Pirania 2: Latający mordercy". Stało się jednak tak, że "Elektroniczny morderca" - jak film nazywany był u nas - zarobił astronomiczne, jak na horror, pieniądze, więc, korzystając z furtki zostawionej przez zakończenie, producenci... Utknęli w martwym punkcie przez rozłożone na kilka firm prawa do marki. W 1990 udało się jednak odkupić udziały w jedno miejsce i już ledwie ponad rok później T2 był w kinach. Jakim cudem Cameron wypluł kino tego kalibru w rok od zera? Nie mam pojęcia.
Wersja, którą możemy obecnie oglądać w kinach pokazuje jasno, że Jim doskonale wiedział już na tym etapie swojej kariery co robi, co będzie wyglądać dobrze na wielkim ekranie, co będzie ponadczasowe. Zasadniczo większość najbardziej istotnych efektów specjalnych w filmie zrealizowana została praktycznie, a najważniejsze CGI dotyczy ciekłego metalu, z którego zrobiony jest T-1000. Wielu fanów klasyki powie z pełnym przekonaniem, że wygląda on lepiej nawet niż ta nowsza wersja z filmu "Terminator Genisys" o tak jak częściowo się z tym sentymentem zgadzam, tak miejscami film Camerona daje trochę zbyt wyraźnie znać o tym, że ma już na karku 35 lat. Biorąc jednak pod uwagę, że rozmawiamy o filmie z początku lat dziewięćdziesiątych, tak niewielki przytyk w jego stronę naprawdę jest bardziej zawoalowaną pochwałą niż krytyką. Ale dobra! Od początku.
Terminator 2: Dzień sądu (1991) - recenzja, opinia o filmie [Kino świat]. Drugi Terminator to i dwa Terminatory
Rzecz dzieje się dziesięć do jedenastu lat po części pierwszej. Sarah Connor (Linda Hamilton) urodziła przyszłego zbawcę świata, z czym mam problem taki, że psuje mi to trochę tutejszą koncepcję podróży w czasie, ale o tym za chwilę. Sama Sarah została zamknięta w wariatkowie, bo nieustannie wieściła koniec świata, a John (Edward Furlong), mieszkając u rodziny zastępczej, oddaje się typowym dla zbawców świata uciechom – okrada bankomaty za pomocą komputerka Atari, gra na automatach, pali fajki. Świetny jest ten właśnie dysonans. John kompletnie nie sprawia wrażenia kogoś, od kogo zależy przyszłość świata. Dzisiaj to nic takiego, widzieliśmy tę kliszę już setki razy, ale na początku lat dziewięćdziesiątych wcale nie było to jeszcze takie oczywiste.
Później natomiast na ekranie pojawiają się maszyny – z jednej strony znany z części pierwszej T-800 (Arnold Schwarzenegger), z drugiej kompletnie nam nieznany T-1000 (Robert Patrick). I choć film nie mówił nam o tym wprost, łatwo było założyć, że obaj panowie nie mieli być dla siebie przyjemnie nastawieni. Dzisiaj już wszyscy wiedzą, jak prezentuje się sytuacja, ale kiedy ludzie poszli do kina, nie mieli pojęcia czego mogą oczekiwać, a Cameron wcale nie ułatwiał im rozeznania się w temacie. T-1000 brutalnie, bo brutalnie, ale jednak przejmuje tożsamość policjanta, stróża prawa, osoby, której domyślnie powinniśmy ufać (zabawne, wiem), podczas gdy Arnie morduje cały bar, ubiera się w zaskakująco dobrze dopasowaną do niego skórę i wsiada na choppera. Skojarzenia? Hell's Angels, Bandidos, Outlaws i tak dalej. Zostaliśmy uwarunkowani, aby obawiać się tego samego, co w pierwszym filmie, więc kiedy dochodzi do ich pierwszej konfrontacji i to klasyczny Terminator ratuje Johna i jego mamę, widz przeżywa swój pierwszy szok. Doskonały to był moment, kompletnie spartolony przez zwiastuny, które jasno określały, co i jak. Nie rozumiem, jak można było to tak zepsuć.
Terminator 2: Dzień sądu (1991) - recenzja, opinia o filmie [Kino świat]. Przyszłość, która nadejdzie
Jedną z przyczyn dla których dwójka była takim sukcesem, jest niesamowicie ciasny scenariusz, w którym praktycznie cały czas się coś dzieje. Obie maszyny po trupach torują sobie drogę do Johna, który raz za razem ledwie unika konfrontacji z nimi. Później zaczynają się aktywne ucieczki, z doskonałą sekwencją na motorze, kiedy to T-1000 wjeżdża z impetem w kanał do odprowadzania wody, próbując dopaść naszych bohaterów. Wszystko to zostało faktycznie nakręcone na żywo, na lokacji – głównie dzięki temu, że Cameron nie zamierzał słuchać producentów i prawników w temacie tego, co mu wolno, a co nie. Najbardziej ikonicznym przykładem tej jego niepokorności jest sytuacja z końcówki filmu, kiedy podczas kolejnego pościgu, nasi są gonieni przez helikopter, w pewnym momencie przelatujący pod wiaduktem, żeby nie tracić Connorów z oczu. I ta scena również nakręcona została naprawdę, bez pomocy komputera. Studio absolutnie nie wyrażało na nią zgody, a i ekipa nie chciała brać w tym udziału, więc Cameron złapał zdeterminowanego pilota, Chucka Tamburro, kamerę i nakręcił ten szalenie wręcz niebezpieczny przelot samodzielnie. Piękne jest to, że nawet dzisiaj widz oglądając tę scenę, czuje rosnący poziom adrenaliny, nawet nie wiedząc, jak scena powstała. Bo wtedy to musiało zostać zrobione uczciwie – nie istniała jeszcze technologia, która pozwoliłaby na zrealizowanie czegoś takiego w komputerze tak, aby wyglądało to wiarygodnie. Na podobnej zasadzie zrealizowano całą resztę efektów specjalnych. T-1000 zbiera się z ziemi i przyjmuje formę zdziwionego ochroniarza. Jak to osiągnięto? Tak samo jak w jedynce – zatrudniając do roli bliźniaków. Siostra Lindy Hamilton występuje zresztą i w tej części i do dziś wygląda to dobrze (i nigdy nie przestanie) ponieważ to, co widzimy, to to, co zostało nakręcone. Bez ściem.
Później jednak film się kończy. Sarah twierdzi, że Dzień Sądu został powstrzymany (nie do końca spoiler, bo wiemy, że istnieją dalsze sequele). I to właśnie, między innymi, z tym zakończeniem, mam lekki problem. Ponieważ lekcja, którą wyciągnęliśmy z części pierwszej kompletnie zaprzecza temu, co dzieje się tutaj. Mam na myśli wspomniany wyżej fakt, że Kyle (Michael Biehn) był przyjacielem Johna w przyszłości, po czym ten wysłał go w przeszłość, gdzie okazało się, że jest on jednocześnie ojcem Johna. Powstała więc pętla – samospełniająca się przepowiednia, sugerująca, że czas w świecie „Terminatora” jest wartością stałą – Kyle zawsze miał cofnąć się w czasie aby spłodzić Johna, który następnie ratował go w przyszłości i stawał się jego przyjacielem. Tak samo Skynet powstał dzięki ręce T-800, którą udało się odzyskać po wydarzeniach pierwszego filmu. Więc Dnia Sądu nie da się powstrzymać. Wszystko to, co się wydarzyło, wydarzy się ponownie. Trochę jak podróże w czasie z „Harry'ego Pottera” zanim ten przebrzydły fanfic „Przeklęte dziecko” wszystkiego nie zepsuł. Jest to chyba jedyny minus całego tego filmu, który i tak został później – poniekąd – naprawiony przez dalsze sequele. Ale hej, podróże w czasie to trudny temat, nawet Cameronowi może powinąć się noga.
„Dzień sądu”, nawet po przeszło trzech dekadach, wciąż pozostaje jednym ze szczytowych osiągnięć kina rozrywkowego. Faktycznie ewoluujące, intrygujące postacie, wartka akcja, świetne efekty specjalne, doskonała ścieżka dźwiękowa, nawet na garść pytań natury filozoficznej znalazło się miejsce. James Cameron stworzył obraz absolutnie ponadczasowy, który z dumą pokazywałem swojemu dziecku na wielkim ekranie. Jeśli tylko masz taką okazję, zachęcam do zrobienia tego samego. Ten film się nie starzeje.
Atuty
- Dwa Terminatory i ich rywalizacja;
- Świetna ewolucja Sarah Connor;
- Interesująca relacja między Johnem, a T-800;
- Doskonale wyważone tempo;
- Połączenie CGI i praktycznych efektów specjalnych, które praktycznie się nie starzeje;
- Definiująca karierę rola Roberta Patricka;
- Garść bardzo skutecznego, czarnego humoru;
- Wszystko pomiędzy.
Wady
- Pewna nieścisłość w temacie podróży w czasie.
„Terminator 2: Dzień sądu” ogląda się tak samo świetnie dzisiaj, jak 35 lat temu. Kino niemal kompletne i rozrywka na najwyższym poziomie. Łapcie go w kinach póki się da!
Przeczytaj również
Komentarze (27)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych