Niebo nad Normandią (2026) – recenzja, opinia o filmie [Kino Świat]. Półtorej godziny kłótni o pogodę
Szóstego czerwca 1944 roku amerykańskie wojska wylądowały na plaży w Normandii, rozpoczynając operację Overlord, która pozwoliła wbić szpilę w plan Hitlera, tworząc drugą linię frontu i ostatecznie pozwalając Aliantom położyć kres Trzeciej Rzeszy. Każdy na historię chodził albo grał chociaż w Medal of Honor: Frontline, więc wie, czym był D-Day i dlaczego było to tak ważne wydarzenie. Zanim jednak do tego doszło, trzeba było całość zaplanować i, jak pokazuje film Anthony'ego Marasa, absolutnie żaden detal nie miał prawa umknąć Eisenhowerowi i jego ludziom.
Przyznam panu reżyserowi, który wcześniej nakręcił ciepło przyjęty, również oparty na faktach „Hotel Mumbai” z 2018 roku, że ma on jaja ze stali. Przepraszam za kolokwializm, ale nie da się inaczej nazwać tego, co on tu wyczynił. W ogóle zdecydować się, że nakręci się film wojenny jest już przejawem odwagi albo głupoty, ponieważ jest to trudny do ugryzienia kawałek chleba. Do tego stwierdził, że głównym tematem będzie... prognoza pogody! I jeszcze miał czelność zrobić z tego tematu całkiem zajmującą historię. Absolutny wariat, ale myślę, że potrzeba nam w Hollywood więcej tego typu twórców – nie bojących się podejmować twórcze ryzyko. Bo można było ten film sklecić znacznie bardziej typowo, z żołnierzami „na miejscu”, spoglądającymi w niebo, przeciętymi pojedynczymi scenami kłócącego się ze swoimi kolegami po fachu Andrew Scotta. Byłaby klasyczna akcja, męstwo, odwaga i tylko od czasu do czasu jakiś nerd w okularach. Ale byłby to nieskończenie gorszy, generyczny film.
Żeby nie było – nie uważam aby eksperyment pod tytułem „Niebo nad Normandią” był w stu procentach udany. Badań meteorologicznych i sporów o to czyja metoda jest lepsza nie da się oglądać w nieskończoność bez wkradającego się gdzieś chyłkiem uczucia znużenia, a film Marasa to z grubsza tylko spory o pogodę i umieszczanie ich w kontekście wojennym. Do kompletu, obraz skupia się na prawdopodobnie najbardziej ikonicznym wydarzeniu w całej drugiej wojnie światowej, więc praktycznie wszyscy widzowie wiedzą od początku do jakiego finału zmierzamy. Znika więc gdzieś stawka i napięcie, ten podskórny lęk, który czujemy zastanawiając się, czy naszemu bohaterowi uda się osiągnąć zamierzony cel. Tutaj wiemy to z góry.
Niebo nad Normandią (2026) – recenzja, opinia o filmie [Kino Świat]. Zderzenie osobowości
Rdzeniem filmu, tym, co sprawia, że mimo raczej mało dynamicznego tematu ogląda się go raczej dobrze, jest tercet Andrew Scott, Brendan Fraser oraz Kerry Condon. Po jednej stronie spektrum emocjonalnego mamy postać Scotta, głównego meteorologa amerykańskiego sztabu wojennego, Jamesa Stagga. To profesjonalista z krwi i kości, któremu brakuje jednak siły przebicia. On wie co mówi, ale ludzie nie zawsze chcą go słuchać – zwłaszcza, kiedy jego prognozy są znacznie mniej korzystne niż te reszty jego kolegów po fachu. Na przestrzeni filmu widzimy w oczach Scotta determinację, lęk, złość, czysty strach, irytację. Nie będzie chyba przesadą, jeśli napiszę, że to on „robi” ten film, zabierając widza w głąb umysłu swojego bohatera.
Po drugiej stronie stoi natomiast Dwight D. Eisenhower (Fraser), świetny strateg i przywódca, któremu ciężar nadchodzącej misji – od której zależeć będą przecież losy wojny – zaczyna ciążyć na głowie. Ale tam, gdzie Stagg ucieka do środka własnej głowy i cierpi w milczeniu albo mówiąc sobie coś pod nosem, Eisenhower jest znacznie bardziej ekspresyjny, nerwowy – nie złośliwie. On po prostu rozumie wagę tego, co próbują tutaj zrobić i chce mieć pewność, że WSZYSCY jego podwładni również będą zdawali sobie z tego sprawę. Sami w sobie panowie raczej nigdy by się nie dogadali – zbyt kompletnie odmienne charaktery. Na szczęście właśnie po to w filmie mamy Kay Summersby (Condon), osobistą asystentkę, kierowcę i powierniczkę Eisenhowera. Jej zadaniem jest mediacja między oboma panami i dbanie o to, by dali radę znaleźć jakiś złoty środek w tej swojej trudnej relacji. Spora część filmu polega na oglądaniu spięć między panami i następnie rozmów Kay z oboma po kolei.
Niebo nad Normandią (2026) – recenzja, opinia o filmie [Kino Świat]. Żebyś dobrze zrozumiał, o co toczy się gra
Czytałem, że reżyser uparł się aby odtworzyć instrumenty i mapy, z których w latach czterdziestych korzystaliby meteorolodzy. Aktorzy zostali nauczeni jak je obsługiwać, dzięki czemu możemy podczas seansu zobaczyć kilka intrygujących testów, dla laickiego oka (jak moje) wyglądających niemal jak magia. Stagg i jego ludzie puszczają balony meteorologiczne z czymś przywiązanym u dołu, te balony wspinają się ponad chmury – bardzo ładne zdjęcia – po czym pękają, coś się z nich wysypuje, a naukowcy w bazie zapisują jakieś cyferki. Co tu się wyprawia? Nie mam bladego pojęcia, ale wygląda bardzo profesjonalnie i pozwala odpocząć chwilę od scen dialogowych, więc czemu nie. Pod koniec filmu dostajemy również fragmenty samego lądowania i tak jak „Szeregowiec Ryan” to nie jest, tak generalnie wyglądają one solidnie i spełniają swoje zadanie – pokazuje poświęcenie, z jakim żołnierze parli przed siebie na niemal pewną śmierć w imię większego dobra oraz stanowi zwieńczenie pracy Stagga, którego ekspertyza pozwoliła tę akcję przeprowadzić.
Tak jak fabuła filmu Marasa jest zasadniczo z definicji podniosła i pełna patosu, tak wydaje mi się, że w paru momentach reżyser trochę przesadza i skręca w banał i emocjonalny szantaż. Wojna jest straszna i giną na niej ludzie, tak, wiadomo. Od pracy Stagga zależeć będzie, czy żołnierze szykujący się na D-Day wokół niego przeżyją w ogóle podróż, nie mówiąc już nawet o walce – to też wiadomo. Nie trzeba nam tego kłaść do głowy łopatą, pokazywać co i raz wesołych żołnierzy, jakby kompletnie nie zdających sobie sprawy z tego, że za chwilę ruszają na front. Do tego dochodzi odrobina boskiej interwencji – symbolicznej – kiedy to coś bardzo ważnego dzieje się podczas mszy w kościele, podczas śpiewów i modlitwy. Może się czepiam, ale wydaje mi się to wszystko bardzo nachalne, widzę pióro scenarzysty, zamiast dryfować niesiony narracją.
Koniec końców, „Niebo nad Normandią” to film... ciekawy. Zdecydowanie inny niż większość filmów wojennych, co czasem działa na jego korzyść, innym razem lekko przeszkadza. Aktorzy dwoją się i troją – w szczególności wspomniana już, główna trójka – by wlać w tę opowieść emocje i konflikt, ale cudów nie zdziałają, kiedy praktycznie każdy widz z góry wie, dokąd fabuła zmierza, a reżyser nie pokusił się o dodanie jakiegoś bocznego wątku, który mógłby to ziarno niepewności zasiać. Czy warto wybrać się na „Niebo nad Normandią” do kina? Trudne pytanie. Entuzjaści historii i talentów obsady zapewne będą bawić się nieźle, ale widz, który po prostu chce iść obejrzeć zajmujący film, dostarczyć sobie rozrywki, może wyjść z sali lekko zawiedziony.
Atuty
- Mocni Scott, Fraser i Condon;
- Zdjęcia pogodowe;
- Niecodzienne spojrzenie na temat wojny.
Wady
- Środek trochę repetetywny;
- Brakuje napięcia;
- W paru miejscach przesadnie patetyczny, sztuczny;
- Problemy z utrzymaniem tempa.
„Niebo nad Normandią” to zapewne najbardziej zajmująca prognoza pogody, jaką w życiu widziałem, choć do ideału jej daleko. Mocne występy głównej obsady ożywiają trochę tę opowieść, choć trudno o większe emocje, kiedy z góry zna się zakończenie.
Przeczytaj również
Komentarze (0)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych