Stuart nie ratuje wszechświata (2026) – recenzja serialu [HBO max]. Skoro wszyscy mają swoje multiwersa...

Stuart nie ratuje wszechświata (2026) – recenzja, opinia o serialu [HBO max]. Wszyscy mają swoje multiwersa...

Piotrek Kamiński | Dzisiaj, 21:00
Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źrodeł Google

Stuart był jedną z największych czarnych dziur całej “Teorii wielkiego podrywu” - przynajmniej w temacie charyzmy. Dlaczego ktoś miałby chcieć oglądać serial z nim w roli głównej? Nie mam pojęcia. Chuck Lorre i Bill Prady stwierdzili jednak, że to właśnie dlatego jest to tak zabawny pomysł i tak oto powstał „Stuart nie ratuje wszechświata”, serial, o który nikt nie prosił, ale, być może, każdy potrzebował?

Ostatnie sezony „Teorii wielkiego podrywu” to już była dla mnie katorga. Niby oglądałem dalej, ale miałem wrażenie, że robię samemu sobie na złość włączając kolejne odcinki. Mimo opowiadania o kulturze nerdów, geeków i ludzi nauki, serial nigdy nie gloryfikował żadnego z tych tematów, często raczej korzystając z tych wygodnych tematów aby móc w prosty i zrozumiały sposób wyśmiewać głównych bohaterów i ich zainteresowania. Same odniesienia też zresztą nigdy nie były przesadnie głębokie, ograniczając się do prostego - „a pamiętasz Flasha?!” i tak dalej. Ale z początku chociaż czuć jeszcze było, że główni bohaterowie lubią siebie nawzajem, że dobrze spędza im się wspólnie czas. Później, kiedy każdy znalazł sobie parę, a gagi zmieniły kierunek na bardziej przyziemnie romantyczno-związkowy, zmieniło się również podejście chłopaków (i dziewczyn w sumie też) do reszty ekipy. Praktycznie wszyscy stali się najzwyczajniej w świecie okrutni wobec siebie, czysto złośliwi i chamscy. Jasne, w ostatnim odcinku wcisnęli tę piękną mowę akceptacyjną Sheldona, która miała wszystko naprawić, ale patrząc na sytuację z boku, już trzeźwym okiem, nie ma ona więcej sensu niż zrzucenie pianina na głowę Charliego Sheena w finałowym odcinku „Dwóch i pół”. 

Dalsza część tekstu pod wideo

Sama postać Stuarta Blooma (Kevin Sussman) jest od początku raczej ciekawa. Kiedy poznaliśmy go w drugim sezonie serialu, był najzwyklejszym facetem na świecie, właścicielem własnego, całkiem dobrze prosperującego biznesu, pewnym siebie i nie bojącym się zaprosić Penny (Kaley Cuoco) na randkę przy pierwszej możliwej okazji – i to jak najbardziej udaną randkę. Później jednak, wcielający się w niego aktor postanowił pozwolić sobie na odrobinę improwizacji i w trzecim sezonie wyszeptał do dziewczyny Leonarda, że wciąż ją kocha, robiąc przy tym dziwną minę. Producentów tak to rozbawiło, że postanowili pójść w tym kierunku. Zrobili z niego nieudacznika, jego biznes zaczął podupadać, on sam mieszkał na zapleczu, co czyniło go, na dobrą sprawę, bezdomnym. Z sezonu na sezon stawał się coraz bardziej neurotyczny i coraz gorzej szło mu z dziewczynami. Później jednak dopisano mu asystentkę sklepową, Denise (Lauren Lapkus), która ostatecznie została jego dziewczyną, dzięki czemu udało się zawrócić go znad krawędzi urwiska i ostatecznie dał się zapamiętać jako całkiem urocza pierdoła – facet, który ma po prostu nadprogramowo dużo pecha w życiu. Czy robi to z niego materiał na głównego bohatera? Nie powiedziałbym, ale jeśli otoczyć go innymi, podobnie specyficznymi postaciami, może wyjść z tego coś naprawdę ciekawego. Oto „Stuart nie ratuje wszechświata”.

Stuart nie ratuje wszechświata (2026) – recenzja, opinia o serialu [HBO max]. Absurdalny, ale pozwalający uzyskać bardzo wiele pomysł

Zacznijmy od tego, że ten serial to nie jest „Teoria wielkiego podrywu”. Tak ani trochę. Jasne, uprzednia znajomość postaci potrafi być pomocna, ponieważ sprawia, że bardziej rozśmieszy nas zobaczenie ich w nowych rolach, ale powiedziałbym, że nie jest niezbędna. Rzecz dzieje się jakiś czas po zakończeniu tamtego serialu. Leonard i Sheldon stworzyli wspólnie urządzenie, które – z niewielką pomocą pewnej osoby – zniszczyło świat. Przez wyrwy w czasoprzestrzeni przedostają się gigantyczne robale, ludzie umierają, pełny armagedon. Wciąż pracujący w swoim sklepie z komiksami Stuart zostaje pewnego dnia odwiedzony przez swoją alternatywną wersję z innego wszechświata i dostaje zadanie. Ruszyć w podróż przez multiwersum, odnaleźć Sheldona i Leonarda, oraz naprawić świat zanim będzie za późno.

Proste założenie, które pozwala scenarzystom z jednej strony opowiedzieć jedną, ciągłą, podzieloną na odcinki historię, z drugiej każda jedna przygoda może być czymś zupełnie innym. I scenarzyści serialu bardzo wzięli sobie ten fakt do serca – skoro teoria wielu światów zakłada, że każda jedna wersja świata mogłaby istnieć, to czemu się tym nie pobawić? Trafiamy więc do świata, w którym ludzie wyewoluowali od krów i mają cztery żołądki (choć w sumie to jeden żołądek podzielony na cztery części, ale mniejsza o detale), odwiedzimy dystopijną Pasadenę, w której nie wolno jest się denerwować, zawitamy do świata złotej ery komiksów DC w całej jej absurdalnej chwale, a nawet do... Nie mogę powiedzieć. Starczy, jak napiszę, że ostatni odcinek sezonu wchodzi na bardzo meta poziom i nie mogę się już doczekać, co scenarzyści zrobią z nim dalej.

W odróżnieniu od bardzo powierzchownego podejścia do popkultury znanego z „Teorii wielkiego podrywu”, tutaj scenarzyści naprawdę wgryzają się w każdy z odwiedzanych światów. Potrafię wyobrazić sobie burzę mózgów nad światem DC i zastanawianie się jakież to jego elementy można by obśmiać – fakt, że nikt nie wie, że Jay Garrick jest Flashem, choć jest to najbardziej oczywista rzecz na świecie, biorąc pod uwagę, że nie nosi on nawet maski, cała ta jego kosmiczna bieżnia i parę innych rzeczy, których nie chcę tutaj spoilować. No i wydaje mi się, że scenarzyści regularnie puszczają również oko do fanów oryginalnego serialu, bawiąc się z ich oczekiwaniami, choć, ponownie, wolałbym nie pisać tutaj, o co dokładnie mi chodzi. Lepiej dać się zaskoczyć samemu.

Stuart nie ratuje wszechświata (2026) – recenzja, opinia o serialu [HBO max]. Stare twarze w nowym ujęciu

Serial wygląda... jak to serial. Wiadomo było, że efekty CGI nie będą niczego urywały, ale biorąc pod uwagę, że sam serial nie zamierza traktować się zbyt poważnie, nie uważam aby był to problem. Jest coś naturalnie komicznego w patrzeniu na Stuarta walczącego z wielkim insektem, którego z całą pewnością nie było z nim na planie. Ale nadaj każdemu światu jego własny styl i nagle okazuje się, że relatywnie niewielkim kosztem można z tygodnia na tydzień utrzymywać zainteresowanie widza. Zaczynamy od postapokaliptycznego świata, w którym zawiązuje się powoli nasza ekipa. Prócz Stuarta i Denise do ekipy szybko dołączają Bałi Kłipki (John Ross Bowie) oraz jak zawsze uroczo bezpośredni Bert (Brian Posehn). Jest też Gary (Tommy Walker), nowy chłopak Denise, ale cały żart z nim polega na tym, że zwykle nie żyje zbyt długo. Później zawitamy też do komicznie sztucznej dżungli, do świata z wielkim monolitem na niebie, w pustkę i diabli wiedzą gdzie jeszcze. Otoczenie zmienia się na tyle często i jest na tyle ciekawe samo w sobie, że naprawdę trudno się nudzić.

Aktorzy po tylu latach doskonale wiedzą kim są i kogo mają grać, ale scenarzyści postanowili nie ułatwiać im zadania, raz za razem wprowadzając na ekran ich alternatywne wersje. I całe szczęście, ponieważ nadaje to kolejnym odcinkom sympatyczną dynamikę – aktorzy mają okazję pokazać, że potrafią zrobić z postacią coś nowego i ciekawego, a widz śmieje się, z jak inną postacią ma do czynienia. Regularnie spotykamy również alternatywne wersje już znanych nam postaci. Na gościnny występ wpadają między innymi Meliisa Rauch, Mayim Bialik i Kunal Nayyar, a to tylko, jeśli rozmawiamy wyłącznie o głównej obsadzie. Wielka szkoda, że większość z tych występów jest podręcznikową wręcz definicją cameo – pojawiają się na jedną, maksymalnie dwie sceny i tyle się ich widziało. Myślę, że przytrzymanie ich na trochę dłużej mogłoby jeszcze bardziej rozbudować dialogi, wydobyć więcej gagów i wzbogacić fabułę. Bez tego, część z tych występów staje się odrobinę pusta i bezsensowna.

„Stuart nie ratuje wszechświata” to naprawdę serial, o który chyba nikt nie prosił. Powiedziałbym jednak, że dało to producentom unikalną możliwość zrobienia z nim czegoś prawdziwie nowego. Jasne, nie wszystkie pomysły scenarzystów są równie zabawne, a część wątków zdaje się prowadzić donikąd, ale ostatecznie jest to całkiem ambitnie zrobiona produkcja – komedia science-fiction, której główni bohaterowie są tak bardzo „poboczni” z natury, że aż trudno nie polubić ich w tej nowej, pierwszoplanowej roli.

Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źrodeł Google
Advertisement

Atuty

  • Mnogość pomysłowych światów;
  • Różne wersje znanych postaci;
  • Całkiem sporo celnego humoru;
  • Każdorazowo inne intro;
  • Sporo smaczków dla fanów produkcji Lorrego;
  • Intrygujący cliffhanger, dający nadzieję na naprawdę wciągający drugi sezon.

Wady

  • Część gagów bardzo sucha i nieudana;
  • Choć jest to całkiem zabawne, to jednak niedostatki budżetowe potrafią czasami zakłuć w oczy;
  • Kolejne zakończenie bez zakończenia.

Chuck Lorre i Bill Prady wzięli pudełko nie pasujących do siebie klocków i jakimś cudem złożyli z nich serial, który po prostu działa. Wbrew wszelkiej logice. Nie jest to wybitna telewizja, większość gagów nie sprawi, że spadniesz z krzesła ze śmiechu, ale to po prostu solidna, telewizyjna komedia. Tak niemądra, że aż zabawna.

7,0
Piotrek Kamiński Strona autora
Z wykształcenia filolog, z zamiłowania gracz i kinoman pochłaniający popkulturę od przeszło 30 lat. O filmach na PPE pisze od 2019. Zarówno w grach, jak i filmach najbardziej ceni sobie dobrą fabułę. W wolnych chwilach lubi poczytać, pójść na koncert albo rodzinny spacer z psem.
cropper