Song Sung Blue (2025) - recenzja filmu [SkyShowtime] Nigdy nie jest za późno
Choć film “Song Sung Blue” Craiga Brewera przeszedł przez nasze kina niepostrzeżenie, pozostał w pamięci wielu widzów, przede wszystkim ze względu na oscarową nominację dla Kate Hudson. Gdyby statuetki rozdawano za sceniczne duety być może - wraz z Hugh Jackmanem - aktorka miałaby na nią większą szansę, gdyż największym atutem tego całkiem sympatycznego obrazu jest właśnie para głównych bohaterów. Wzorowana na prawdziwych postaciach Mike’a i Claire Sardina, znanych jako Lightning & Thunder, którzy zyskali sławę jako zespół wykonujący piosenki Neila Diamonda.
Uznawany za najzdolniejszego artystę, kojarzonego ze słynnym nowojorskim Brill Building, Neil Diamond nigdy nie był specjalnym pupilem muzycznej krytyki, która zwykle zarzucała mu zbytni sentymentalizm. Nawet jednak oni nie mogli mu odmówić ogromnego talentu kompozytorskiego, charakterystycznego głosu, a także niezwykłej umiejętności tworzenia utworów trafiających do szerokiej publiczności. Diamond wkrótce dał się poznać również jako jeden z najlepszych artystów koncertowych swojego pokolenia (nic dziwnego, że to właśnie klasyczna koncertówka “Hot August Night” z 1972 roku uchodzi za jego największe dzieło), a takie utwory jak po latach kojarzone ze wspólnym stadionowym śpiewaniem, przez to wyeksploatowane do granic ludzkiej wytrzymałości, “Sweet Caroline”, “Cracklin’ Rosie, “America” czy właśnie “Song Sung Blue” trafiały do kolejnych pokoleń słuchaczy od lat 60’ aż do 80’, a współcześnie są na nowo odkrywane, dzięki obecności w znanych filmach i serialach.
O ostatnim z fenomenów mówił sam reżyser filmu, Craig Brewer. Wspominając o tym, że producenci filmu sądzili, że użyta w nim piosenka “I’m a Believer”, skomponowana właśnie przez Diamonda, skojarzy się większości z najbardziej znanym wykonaniem zespołu The Monkees. Tymczasem ogromna część młodszej widowni zna ją już przede wszystkim z kultowego “Shreka”. Podstawą rozwijanego przez Brewera scenariusza do filmu stał się dokument Grega Kohsa z 2008 roku, obejrzany przez niego na jednym z festiwali. Opowiadający o parze ludzi po przejściach, których połączyło nie tylko gorące uczucie, ale także upodobanie do muzyki. Ze szczególnym wyróżnieniem właśnie twórczości Neila Diamonda. Choć początkowo żadna z wielkich firm producenckich nie była zainteresowana zrealizowaniem takiego filmu, ostatecznie zielone światło dali mu przedstawiciele Universal Pictures, którzy mogli docenić już nie tylko siłę samej opowieści, ale również świetną obsadę jaką udało się zgromadzić na planie.
Song Sung Blue (2025) - recenzja, opinia o filmie [SkyShowtime] Ogromna charyzma duetu Kate Hudson - Hugh Jackman
Scenariusz filmu podąża drogą Mike’a i Claire Sardina, którzy poznali się na jednym z występów, gdzie nie tylko śpiewali cudze utwory, ale również mieli za zadanie jak najbardziej upodobnić się do pierwotnych wykonawców tych kawałków. Obojgu w zasadzie można by zadedykować fragment tekstu słynnej piosenki Agnieszki Osieckiej: “A gdy się zejdą, raz i drugi, kobieta po przejściach, mężczyzna z przeszłością, bardzo się męczą, męczą przez czas długi, co zrobić, co zrobić z tą miłością” - choć z wyłączeniem owej długiej męki. Para niemal od razu wpada bowiem na pomysł założenia nietypowego zespołu. Niebędącego klasycznym cover-bandem, wyłącznie odgrywającym piosenki Neila Diamonda, ale raczej je na nowo interpretującym. Na ich drodze staną jednak nie tylko początkowe problemy ze startem kariery, ale również wielka rodzinna tragedia.
Film Craiga Brewera, reżysera choćby świetnego “Nazywam się Dolemite”, w bardzo nietypowy sposób podchodzi do klasycznego motywu filmowego. Obecnego już choćby w “Narodzinach gwiazdy”, które doczekały się wielu nowych wersji, ostatniej w 2018 roku, z udziałem nominowanych do Oscara Bradleya Coopera i Lady Gagi. Bardzo trudno tu bowiem mówić o historii “od zera do bohatera” bowiem mamy tu do czynienia z artystami, mającymi swoje lata. W świetny sposób ilustruje to już jedna z pierwszych scen, w której grany przez Jackmana Mike próbuje przećwiczyć ruchy na wyimaginowanej scenie, lecz w pewnym momencie... Zdarza się coś, czego nie będę zdradzał, z czym niestety zidentyfikować może się coraz więcej z nas. Zarówno on, jak i Claire należą zresztą do, nie tyle może pogardzanej, ale z pewnością potężnie niedocenianej grupy odtwórców, tylko prezentujących cudze utwory. W sposób jednak tak znakomity, że nie dziwi, iż w swoim czasie występ przed nimi zaoferował im niezwykle wówczas popularny wśród młodej publiczności Pearl Jam, a jego lider Eddie Vedder, rzeczywiście wystąpił z duetem Lightning&Thunder na jednej scenie.
Song Sung Blue (2025) - recenzja, opinia o filmie [SkyShowtime] Radość płynąca ze wspólnego grania
„Song Sung Blue” to kolejny film, który uzmysławia, że jednym z największych atutów amerykańskiej popkultury jest jej niezwykła wręcz zdolność do podłączania odbiorców pod cudzą nostalgię. Przed seansem obrazu Brewera wiedziałem o Neilu Diamondzie niewiele, a film bardzo skutecznie uświadomił mi, jak ważnym artystą był on dla wielu Amerykanów. Osiągnął to nie tylko dzięki ogromnej charyzmie i znakomitej chemii duetu Kate Hudson i Hugh Jackmana, lecz także sugestywnemu ukazaniu radości płynącej ze wspólnego muzykowania. Po raz kolejny kłania się tu znakomity casting. Choć do roli Michaela Imperioliego w tej produkcji – o czym później – mam sporo zastrzeżeń, to w sekwencjach scenicznych występów aktor wypada wręcz fantastycznie. Nie ma w tym zresztą przypadku, bowiem pamiętany przede wszystkim jako Christopher Moltisanti z „Rodziny Soprano”, Imperioli jest również liderem zespołu ZOPA. Błyszczy także Mustafa Shakir jako Sex Machine, przywołujący skojarzenia zarówno z legendarnym Jamesem Brownem, jak i nieodżałowanym Charlesem Bradleyem. Nieprzypadkowo w obsadzie znalazła się również piosenkarka King Princess.
“Teraz już właściwie nie robi się takich filmów” - miała według samego reżysera na jednym z etapów jego realizacji powiedzieć Kate Hudson i wypada się z tym zgodzić, co nie zawsze ma jednak wyłącznie pozytywny wymiar. Nawet widz, który nie zna wcześniejszego dokumentu, bardzo szybko zda sobie bowiem sprawę, że ten – nieco zbyt długi – film przedstawia mocno wyidealizowaną, by nie powiedzieć wręcz lukrowaną, wersję losów małżeństwa Sardinów, w których - obok wielkich sukcesów - nie brakowało również tragedii i poważnych problemów finansowych. Tymczasem filmowy Mike jest postacią niezłomną. Mimo licznych przeciwności nigdy się nie załamuje, w najtrudniejszych chwilach swojej żony pozostaje dla niej prawdziwą opoką, a z jej dziećmi zaskakująco szybko nawiązuje bliską relację. Już na początku swojej kariery otaczają go zresztą ludzie gotowi bezinteresownie go wspierać, jak pozbawiony wyrazistego charakteru bohater, grany przez wspomnianego już Imperioliego, a w późniejszym okresie iście kuriozalna persona, w którą wciela się Jim Belushi.
To, jak dużą przyjemność widz będzie czerpał z oglądania filmu Craiga Brewera, zależy przede wszystkim od tego, czy zaakceptuje nietypową, rzeczywiście staroświecką konwencję "feel-good movie", którą niewątpliwie nam tu proponuje. Reżyser wyraźnie odpowiada na potrzebę opowiadania o wspólnocie ludzi, których może łączyć niewiele, poza uwielbieniem dla muzyki i autentyczną radością płynącą z jej wspólnego przeżywania na żywo. To także historia o tym, że nigdy nie jest za późno, by odnaleźć w życiu cel i spotkać miłość swojego życia. Być może jest to rzeczywiście ckliwe, a nawet okrutnie naiwne, a wspomniana wspólnota już dawno przestała istnieć. Mimo to przez nieco ponad dwie godziny seansu „Song Sung Blue” zdarzają się momenty, w których można uwierzyć, że wciąż jest ona możliwa.
Atuty
- ciekawa historia
- znakomity duet Kate Hudson - Hugh Jackman
- fantastyczne sekwencje muzyczne
- widz potrzebujący filmu poprawiającego nastrój z pewnością się nie zawiedzie
Wady
- opowieść jest zdecydowanie zbyt przesłodzona, zwłaszcza w kontekście prawdziwej historii duetu
- film jest trochę za długi
- kiepsko napisana rola Jima Belushiego
“Song Sung Blue” to niepozbawiony wad, ale jednak krzepiący obraz na faktach. Mogący się pochwalić nietypowym podejściem do klasycznego filmowego motywu, kapitalnym duetem Hudson-Jackman, a także świetnymi sekwencjami muzycznymi.
Przeczytaj również
Komentarze (0)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych