Star Trek: Strange New Worlds (2022) - recenzja 6 odcinków 4. sezonu serialu [Paramount+]. Warto było czekać

Star Trek: Strange New Worlds (2022) - recenzja 6 odcinków 4. sezonu serialu [Paramount+]. Warto było czekać

Łukasz Musialik | Dzisiaj, 09:00
Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źrodeł Google

Kosmos. Ostateczna granica. Te słowa od sześciu dekad rozpalają wyobraźnię fanów fantastyki naukowej na całym świecie, a w roku wspaniałego sześćdziesięciolecia marki nabierają szczególnego, nostalgicznego znaczenia. Kiedy współczesne inkarnacje Gwiezdnej Floty bywały, delikatnie mówiąc, dość nierówne pod względem artystycznym, to właśnie „Star Trek: Strange New Worlds” wyłonił się z nadprzestrzeni jako absolutny klejnot w koronie Paramountu.

Zbliżająca się wielkimi krokami premiera 4 sezonu (końcówka lipca 2026 roku) niesie ze sobą ogromne oczekiwania, zwłaszcza w obliczu faktu, że przed nami przedostatnia już odsłona tej wspaniałej kosmicznej odysei. Czy załoga U.S.S. Enterprise wciąż z równą gracją balansuje na cienkiej granicy między klasycznym campem a wzniosłym dramatem humanizmu? Tak, choć z każdym skokiem w nieznane, turbulencje na mostku stają się nieco bardziej odczuwalne. Przygotujcie się na podróż, która po raz kolejny udowadnia, że ten statek wciąż ma najlepszego pilota w galaktyce.

Dalsza część tekstu pod wideo

Star Trek: Strange New Worlds (2022) - recenzja i opinia o 6 odcinkach 4. sezonu serialu [Paramount+]. Powrót do korzeni z potężną dawką kontrolowanego szaleństwa

Siłą „Strange New Worlds” od samego początku była fenomenalna umiejętność żonglowania gatunkami. Akiva Goldsman i Henry Alonso Myers, showrunnerzy serialu, wielokrotnie udowadniali, że nie boją się absolutnie niczego - wszak dostarczyli nam już pełnoprawny musical czy szalony, animowany crossover. Pierwsze sześć odcinków czwartego sezonu dobitnie udowadnia, że ten apetyt na ryzyko wcale nie zmalał. Wręcz przeciwnie, twórcy dociskają pedał do oporu. Epizodyczna struktura, nawiązująca bezpośrednio do klasycznego modelu telewizji z lat 60., pozwala scenarzystom na realizację najbardziej nieszablonowych pomysłów. Nie psując wam zabawy, powiem tylko, że sposób, w jaki twórcy wpletli z pozoru absurdalną konwencję w ramy poważnego i filozoficznego dylematu, zasługuje na najwyższe branżowe laury.

Jednak sezon czwarty to nie tylko eksperymenty formalne. To również cudowny powrót do klasycznego awanturnictwa i eksploracji przestrzeni. Epizody otwierające serię oferują kapitalne, pełnokrwiste science fiction oparte na wielkich ideach, dyplomatycznych impasach i spotkaniach z nieznanym. Mamy tu na przykład fenomenalny wątek z kapitanem Pike, który stanowi przepiękny, bezpretensjonalny hołd dla dawnych, mocno przygodowych odsłon cyklu. Balans pomiędzy odcinkami wypada zadziwiająco dobrze. Widz płynnie przechodzi od trzymającego w napięciu moralnego thrillera do lekkiej, momentami wręcz komediowej opowieści. W erze silnie zserializowanych, mocno rozwlekłych narracji streamingowych, model „planety tygodnia” wciąż jest absolutnym powiewem świeżości, przypominając nam, za co pokochaliśmy ten wszechświat w pierwszej kolejności.

Star Trek: Strange New Worlds (2022) - recenzja i opinia o 6 odcinkach 4. sezonu serialu [Paramount+]. Trudna sztuka kompromisu i oswajanie legendy

Ewolucja bohaterów zawsze była jednym z największych wyzwań telewizyjnych prequeli. „Strange New Worlds” znajduje się dziś w szczególnie interesującym momencie, ponieważ coraz śmielej zbliża się do wydarzeń znanych z „The Original Series”. Powrót Jamesa T. Kirka jest tego najlepszym przykładem. Paul Wesley wyraźnie nabrał pewności w tej roli i coraz skuteczniej buduje własną interpretację przyszłego kapitana Enterprise, zamiast kopiować charakterystyczny styl Williama Shatnera.

Co ważne, serial nie zapomina przy tym o własnej tożsamości. Obok bohaterów doskonale znanych fanom klasycznej serii wciąż ważną rolę odgrywają postacie stworzone specjalnie na potrzeby „Strange New Worlds”. Ethan Peck pozostaje jednym z najmocniejszych punktów obsady, Celia Rose Gooding konsekwentnie rozwija Uhurę, Rebecca Romijn wnosi do roli Uny coraz większą pewność siebie, a Christina Chong, Melissa Navia i Jess Bush nadal tworzą niezwykle wiarygodny zespół. Nad całością niezmiennie góruje jednak Anson Mount. Christopher Pike pozostaje sercem serialu – charyzmatycznym, empatycznym i spokojnym dowódcą, którego trudno nie polubić. Mimo że jego przyszłość pozostaje przesądzona, scenarzyści nie sprowadzają tej postaci wyłącznie do znanego fanom przeznaczenia. Równowagę między dramatem a humorem tradycyjnie znakomicie uzupełnia Carol Kane jako Pelia.

Star Trek: Strange New Worlds (2022) - recenzja i opinia o 6 odcinkach 4. sezonu serialu [Paramount+]. Wizualna uczta na krawędzi galaktyki, czyli jak dobrze wydać budżet

Od strony czysto technicznej i realizacyjnej, czwarty sezon Star Treka to telewizyjne rzemiosło z najwyższej półki. Ekipa produkcyjna po raz kolejny udowadnia, że dziesiątki milionów dolarów budżetu trzeba umieć przekuć w namacalny i wiarygodny świat. Praktyczne efekty przypominają nam magię kina lat 80. Jednak SNW potrafi też zachwycić epickim i kosmicznym rozmachem. Obce cywilizacje, barwne mgławice czy walki w próżni - wszystko to wygląda tu momentami zauważalnie lepiej, niż w niejednym wysokobudżetowym blockbusterze z wielkiego ekranu.

Nie sposób pominąć aspektu reżyserskiego. Z prawdziwą przyjemnością odnotowałem, że wśród pierwszych sześciu odcinków znalazło się miejsce dla absolwentów „starej szkoły” - za kamerą stanął między innymi sam Jonathan Frakes (niezapomniany Will Riker). Jego bezbłędne wyczucie materiału i empatia w prowadzeniu aktorów lśnią pełnym blaskiem. Reżyserowane przez niego momenty mają w sobie ów charakterystyczny, klasyczny sznyt z lat 90., skupiony na dialogu i spokojnym budowaniu napięcia, co stanowi wyśmienitą przeciwwagę dla szybszych, naładowanych akcją segmentów. Oczywiście, w całej tej beczce luksusowego miodu znajdzie się łyżka dziegciu - tempo epizodów bywa czasem nierówne, a niektóre wątki poboczne proszą się o znacznie dłuższy czas ekranowy (co w 10-odcinkowym formacie boli najbardziej). Niemniej jednak, oprawa audiowizualna z iście symfoniczną ścieżką dźwiękową skutecznie kamufluje te drobne narracyjne zgrzyty.

Star Trek: Strange New Worlds (2022) - recenzja i opinia o 6 odcinkach 4. sezonu serialu [Paramount+]. Podsumowanie

„Star Trek: Strange New Worlds” wchodzi w swój czwarty, przedostatni sezon bez najmniejszej zadyszki. To wciąż serial tworzony z dumnie podniesionym czołem, przepełniony szczerym sercem i głową pękającą od kreatywnych idei. Pierwsze sześć odcinków gwarantuje fantastyczną, zróżnicowaną gatunkowo podróż, udowadniając wprost, że klasyczna epizodyczna struktura obroniła się świetnym aktorstwem i wybitną oprawą wizualną.

Nawet jeśli czasem coś delikatnie zaburza wypracowany wcześniej balans, to pierwsza połowa 4 sezonu wywołuje autentyczne dreszcze ekscytacji. Ewoluujące relacje na mostku Enterprise to momenty, do których z chęcią będziemy wracać za kilka lat. Jeśli druga połowa sezonu utrzyma tę trajektorię lotu, czeka nas wybitne widowisko. Zasiądźcie w fotelach, zapnijcie pasy - energia i świetna zabawa zostały oficjalnie zaangażowane.

Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źrodeł Google
Advertisement

Atuty

  • Świetna gra aktorska
  • Gatunkowa różnorodność
  • Wizualny majstersztyk

Wady

  • Niektóre wątki poboczne dostały zdecydowanie za mało czasu
  • Miejscami nierówne tempo

Czwarty sezon nie próbuje na nowo definiować Star Treka, lecz konsekwentnie rozwija wszystko to, co od początku było największą siłą Strange New Worlds. Trudno oczekiwać od SNW lepszego kierunku rozwoju.

8,0
Łukasz Musialik Strona autora
Dla niego gry to nie tylko piksele na ekranie, ale przede wszystkim emocje i historie, które zostają w głowie na lata. Kolekcjoner wspomnień, który potrafi docenić zarówno wysokobudżetowe hity, jak i niszowe perełki od twórców niezależnych. Wierzy w ideę „gaming łączy, a nie dzieli”, dlatego z równym entuzjazmem podchodzi do każdej platformy, która ma do zaoferowania coś ciekawego. Gdy nie trzyma pada w dłoniach, pewnie planuje, w jaki sposób zmieścić na dysku kolejną wielką produkcję, obiecując sobie, że tym razem na pewno ją ukończy.
cropper