LOL: Kto się śmieje ostatni (2023) - recenzja, opinia o programie [Amazon] Fetysze, falstarty i jedzenie ziemi
Wujek Czarek Pazura po raz czwarty zaprasza do studia, gdzie dziesiątka celebrytów będzie przez sześć godzin próbowała rozśmieszyć siebie nawzajem, a zwycięzca będzie mógł przekazać sto tysięcy złotych wybranej przez siebie organizacji charytatywnej.
Minął rok i oto znowu tu jesteśmy. Mam napisać recenzję programu rozrywkowego. Wciąż nie wiem jak się za to zabrać, wciąż nie wiem na co to komu, ale jest zlecenie i trzeba stanąć na wysokości zadania. Eh. A to miały być takie przyjemne wakacje.
Struktura programu nie zmieniła się w żaden sposób pomiędzy sezonami - w dalszym ciągu do studia po kolei przybywa dziesiątka celebrytów z różnych stron świata rozrywki i stara się rozśmieszyć całą resztę, samemu zachowując przy tym kamienną twarz. Jeśli uśmiechną się albo zaśmieją, do studia wpada Cezary Pazura, pokazuje materiał dowodowy i wręcza winowajcy żółtą kartkę. Dwie żółte kartki i wypadasz z gry - trochę jak w piłce nożnej. A, właśnie, oglądacie dzisiaj finał? Kto wygra, Hiszpania czy Argentyna? Czysto złośliwie chciałbym żeby Hiszpania, choć osobiście od zawsze bardzo sympatyzuję z Messim, więc życzę powodzenia jemu. Trudny temat, obie drużyny dobre. Mam nadzieję, że posypie się drugie tyle goli, co na wczorajszym spotkaniu o trzecie miejsce. Ale miało być o programie!
LOL: Kto się śmieje ostatni (2023) - recenzja, opinia o programie [Amazon]. Solidny zestaw komediowy. I Ruciński
W tym roku producent wysilił się i dobrał naprawdę solidny zestaw osobistości. Kasia Bujakiewicz już dawno przestała mi się kojarzyć z siostrą Martą z "Na dobre i na złe", ale wciąż jest przesympatyczną osobą i, co najważniejsze, bardzo łatwo wybuchającą śmiechem. Kacper Ruciński to już właściwie dinozaur polskiego stand upu - acz wciąż skuteczny. Pytanie czy jego typ humoru da radę wytrącić z równowagi pozostałych uczestników. Żeby nie miał za łatwo, obok niego wystąpił kolega "spod mikrofonu", król abstrakcji, Mariusz Kałamaga. Czasy są jakie są, więc obok nich mamy kolejnego jutubera, niejakiego Jano i tak jak przyznam, że z początku uważałem go za raczej dziwny wybór - raczej specyficzny, z twarzy podobny zupełnie do nikogo - tak ostatecznie stał się on jednym z moich faworytów, bardzo ładnie rozkręcając się z odcinka na odcinek. Resztę obsady stanowili natomiast aktorzy.
Klaudii Halejcio, przyznam bez bicia, kompletnie nie znałem, choć wychodzi na to, że graliśmy nawet kiedyś w jednym filmie. Ostatecznie wypadła całkiem sympatycznie. Niesamowicie bawiło mnie, że praktycznie za każdym razem, kiedy próbowała się nie śmiać, wyglądała jakby miała się zaraz rozpłakać, jakby ktoś jej zrobił krzywdę. Vanessa Aleksander jest genialna w "the Office PL", tak więc nie wątpiłem, że i w takim formacie poradzi sobie bardzo dobrze. Bardzo specyficznym wyborem była natomiast pani Ewa Kasprzyk. Niby ma na koncie legendarną rolę w klasycznym "Kogel Mogel", ale na co dzień raczej nie kojarzy mi się z rozśmieszaniem tłumów. Zdaje się, że w każdym sezonie mamy kogoś takiego - dziką kartę, nieprzewidywalną niczym Andrzej Seweryn w tamtym roku. Dużo bardziej oczywistym wyborem był natomiast Tomasz Kot, którego talent komediowy nie ustępuje w niczym temu dramatycznemu. Do dziś powtarzam, że Tomek był jedynym zabawnym, wartym uwagi elementem niewypału, jakim było "Lejdis". Ostatni będą pierwszymi i tak oto stawkę zamyka Michał Sikorski, a więc serialowy ksiądz Jakub z "1670". No, to się nie mogło nie udać. Jego dead pan jest jedyny w swoim rodzaju.
LOL: Kto się śmieje ostatni (2023) - recenzja, opinia o programie [Amazon]. Co oni wszyscy z tym otwartym szczękościskiem?!
Same rozmowy między uczestnikami są zazwyczaj boleśnie suche i w ogóle nie śmieszne - może z dziesięć procent tego, co się mówi jest faktycznie zabawne. Na szczęście, w tym sezonie tych dziesięć procent wypada naprawdę mocno. od obfitego owłosienia jednej z uczestniczek, po historię o tym, jak to babcia zmuszała Sikorskiego do jedzenia ziemi i on nie widzi w tym niczego dziwnego. Clu całego programu są jednak solowe występy poszczególnych uczestników. To tutaj można popisać się zmyślnie przygotowanymi gadżetami, zaangażować pozostałych, naprawdę wziąć ich z zaskoczenia. W tym sezonie absolutnym królem był Kot i jego lekcja anatomii. Ja bym na pewno nie wytrzymał. Niestety, podobnie jak w przypadku po prostu spędzania czasu, tak i tutaj od czasu do czasu trafiają się kompletne niewypały, jak choćby kolekcja paprochów Kasi Bujakiewicz. Ale prócz samych uczestników, na gościnne występy mogą wpadać również inni, zaproszeni artyści i celebryci. I przysięgam, że nie mogłem wprost uwierzyć, kiedy zasłony się rozsunęły, a obok Igora Kwiatkowskiego w charakterystycznej, czarnej peruce i szpilkach siedziała... Najprawdziwsza Elżbieta Jaworowicz i oboje co i raz rzucali kultowym "Jak długo w Polsce będzie dochodzić do takich sytuacji?!". Prócz tego, na moment wpadł jeszcze chociażby Rafał Rutkowski, jak zwykle nie trafiając w moje gusta, a za kawałek chleba przebrał się klon mojego brata, Michał Milowicz. Ostatecznie całkiem niezły zestaw.
Tym, co od zawsze lekko drażni mnie w tym formacie, jest sposób w jaki uczestnicy "oszukują system". Wiadomo - nie wolno się uśmiechnąć, więc dobrym pomysłem jest zajęcie mięśni mimicznych czymś innym. Tak więc wszyscy po kolei, aby nie paść, zaczynają robić ustami wielkie O, jakby grali w zupełnie innego rodzaju produkcji... I tak jak czasami jest to zdecydowanie szczere, tak często nie mogę oprzeć się wrażeniu, że robią to wybitnie na pokaz. Jest tylko jeden problem. To samo w sobie nie jest ani trochę śmieszne. Drugim, potencjalnym problemem jest reżyseria. Jak to jest, że w pierwszym sezonie Michał Meyer mógł dojechać bez żółtej kartki do samego finału, a teraz praktycznie wszyscy są na żółto zanim ktokolwiek zdąży odpaść? Nie mówię, że to niemożliwe, ale miejscami mam wręcz wrażenie, że widzę jak ktoś się uśmiecha, a producenci to ignorują, bo jeszcze jest na tę osobę za wcześnie. Może się doszukuję, nie wiem.
Ostatecznie, tak jak wciąż uważam, że "LOL" jest okrutnie żenującym programem, tak oglądając go z żoną ostatecznie i tak zawsze bawię się na nim raczej dobrze. Ten nowy sezon miał w sobie kilka takich momentów, że trudno nie wybuchnąć gromkim śmiechem, a przecież o to właśnie tutaj chodzi - żeby schować do kieszeni przesadną powagę i dać się po prostu porwać niedorzeczności sytuacji. I choć swoje zapotrzebowanie na tego typu rozrywkę już zaspokoiłem, to za rok pewnie znowu z miłą chęcią wrócę obejrzeć kolejną grupę znanych twarzy robiących sobie jaja z siebie nawzajem.
P.S. Karolak! Zupełnie zapomniałem o Tomku Karolaku. On też jest jednym z uczestników. I tak jak byłem do niego trochę sceptycznie nastawiony, tak od razu kupił mnie jednym, prostym tekstem: "Ja jestem najlepszym aktorem komediowym w Polsce". Kurtyna.
Przeczytaj również
Komentarze (12)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych