Troja (2004) - retro recenzja, opinia o filmie. W pół drogi do wybitności

Troja (2004) - retro recenzja, opinia o filmie. W pół drogi do wybitności

Jan Piekutowski | Wczoraj, 22:30

Najważniejsze utwory Homera stanowią wdzięczny temat dla filmowców, ale problem zaczyna się, gdy chcemy mówić o jakościowych produkcjach. Tych brakuje na tyle, że cała dyskusja oscyluje przede wszystkim wokół “Troi” z 2004 roku. Filmu, który mógł mieć wszystko, a któremu do wybitności dużo zabrakło.

“Troja” to w dużej mierze… porażka na rynku amerykańskim. W światowym box-office za rok 2004 film zajmuje wysoką, ósmą lokatę, wyprzedza między innymi “Van Helsinga” czy “Ocean's Twelve”. Wyżej uplasowali się jedynie tytani pod postacią drugich części “Shreka”, “Spider-Mana”, a także “Więzień Azkabanu”, “Iniemamocni”, “Pasja”, “Pojutrze” i “Poznaj moich rodziców”. Na dobrą sprawę jedynie przegrana z dwoma ostatnimi tytułami negatywnie wpływa na ocenę wyniku filmu Wolfganga Petersena. Udałoby się jej uniknąć, gdyby nie wspomniana katastrofa na ojczystym rynku.

Dalsza część tekstu pod wideo

“Troja” była hitem jedynie poza USA, w tej kategorii uplasowała się na piątym miejscu. Jeśli jednak chodzi o Amerykę, była dopiero trzynasta. Poza wspomnianymi tytułami wyprzedziły ją jeszcze “Ekspres polarny”, “Skarb narodów” czy “Rybki z ferajny”. Wszystkie z ducha znacznie bardziej amerykańskie, opierające się na motywach lepiej kojarzonych przez widownię w Stanach. “Troja” wypremierowała się na krótko przed wybuchem popularności serii Ricka Riordana o Percym Jacksonie - łącznie sprzedano ponad 100 milionów kopii części cyklu o synu Posejdona, co niewątpliwie musiało wpłynąć na popularność mitologii wśród amerykańskiego odbiorcy. Być może “Troja” przygotowała grunt pod “Złodzieja pioruna”, ale sama musiała działać w znacznie mniej przyjaznym środowisku.

Inne powody klęski są trudno dostrzegalne. Doniesienia o fatalnych warunkach bułgarskich statystów, którym początkowo płacono blisko cztery razy mniej niż meksykańskim odpowiednikom, wypłynęły dopiero z czasem i wątpliwe, aby miały aż takie znaczenie dla widowni. Nie ma również mowy o nieprzekonującej obsadzie, “Troję” zbudowano dookoła aktorów o uznanym statusie - Brad Pitt (już po “Seven” i “Fight Club”) jako Achilles, Eric Bana (“Helikopter w ogniu”) jako Hektor, Orlando Bloom (“Władca pierścieni”, “Piraci z Karaibów”) jako Parys, Sean Bean (“GoldenEye”, “Władca pierścieni”) jako Odyseusz, Brendan Gleeson (“Braveheart”, “Gangi Nowego Jorku”) jako Menelaos, siedmiokrotnie nominowany do Oscara Peter O’Toole jako Priam, nagrodzony Emmy Brian Cox jako Agamemnon. Do tego piękne Diane Kruger i Rose Byrne w rolach kolejno Heleny i Bryzejdy. Gdyby taki casting przeprowadzić dziś, cieszyłby się mianem aktorskich Avengersów.

Nie poskąpiono też budżetu - w owym czasie więcej środków pochłonęły jedynie “Kleopatra” (1963), “Bardzo dziki zachód” (1999), “Wodny świat” (1995) i “Titanic” (1997). W teorii było więc wszystko, aby odnieść spektakularny sukces i stworzyć jeden z najlepszych filmów w historii, porywające widowisko bazujące na tekście fundamentalnym dla kultury europejskiej. No, prawie wszystko.

Na własnych zasadach

Oglądając “Troję” z perspektywy lat trudno nie zauważyć mankamentów. Należy też już w tym momencie postawić sprawę jasno - to nie jest nawet próba wiernej adaptacji dzieł Homera i Wergiliusza. Na “Iliadzie” oraz “Eneidzie” bazuje tylko powierzchownie. Scenarzysta David Benioff, późniejszy twórca “Gry o tron”, przyznał, że z Homera wzięto może dwa, trzy cytaty. Na dobrą sprawę kluczowe są jednak zmiany fabularne, które wytrącają oręż wszystkim już teraz stawiającym “Troję” nad “Odyseją” Nolana, przynajmniej jeśli chodzi o zgodność z materiałem źródłowym. W “Troi” zmieniono większość wątków - rozwiązania fabularne losów Parysa, Heleny, Agamemnona, Achillesa i Menelaosa to kompletna wariacja Benioffa i Petersena.

Wprawdzie nie zatrudniono czarnoskórych aktorów do żadnej z głównych ról, natomiast Pitt jako Achilles czy Bana jako Hektor prezentują się nader imponująco, lecz fabułę zaproponowaną przez Homera potraktowano wyłącznie z przymrużeniem oka. Zabicie Menelaosa na wczesnym etapie filmu sprawia, że trajektoria późniejszych wydarzeń zaczyna żyć własnym życiem. Od tamtej sceny nie ma mowy o jakiejkolwiek zgodności “Troi” z “Odyseją”. To opowieść na motywach, ale nie adaptacja. To jednak nie jest główna wada filmu.

Szwy na wierzchu

W tym zakresie znacznie poważniejsze wydają się inne decyzje Benioffa. “Troja” z 2004 roku liczy blisko trzy godziny w wersji kinowej. Swoją fabułą obejmuje całą wojnę trojańską - od uprowadzenia Heleny po zniszczenie miasta - toteż wprowadza bardzo wielu bohaterów. Tych, niestety, niemal wcale nie rozbudowano. Większość postaci pojawiających się na ekranie po prostu jest, a za ich decyzjami nie stoją za nimi odpowiednio przedstawione motywacje. Gruntownie przedstawiono Achillesa, może jeszcze Hektora i Parysa oraz, za sprawą bardzo przejmującej sceny namiotowej, Priama.

Odyseusz schodzi na dalszy plan, a przy tym wypada niczym fircyk. Menelaos, jako się rzekło, zaskakująco wcześnie zostaje usunięty z planszy. Agamemnon okazał się bohaterem jednowymiarowym, brakuje tylko, aby podkręcał wąsa w swym niecnym planie kolejnego zagrania na nosie Achillesa. O Ajaksie nie sposób powiedzieć cokolwiek. Bryzejda została sprowadzona tylko do roli świecidełka, tylko do pięknego ciała, a to i tak lepiej niż Helena, której sprawczość całkowicie ograniczono względem oryginału. W utworze Homera Helena wraca przecież do Agamemnona, tutaj jej historia została urwana, ale nie ma mowy o ponownym dołączeniu do męża. Sama inwazja do miasta rozwiązuje się zaś w kilkanaście minut i skupia na mało angażującej walce Parysa z Achillesem.

Aktorzy nie mieli na czym pracować, nie pomógł też reżyser. Bo chociaż “Troja” nie jest w stanie poszczycić się najlepiej napisanymi dialogami, to trudno uwierzyć, aby zastępy wybitnych przecież odtwórców były tak nieporadne. W poszczególnych rolach brakuje konsekwencji, nie są one spójne względem siebie. Zupełnie inaczej gra Pitt, zupełnie inaczej Bean. Liczne kwestie wypowiedziano topornie tudzież melodramatycznie, ale nic w tym z antycznego teatru. Trochę lepiej wygląda to w wersji reżyserskiej, czyniącej z produkcję jeszcze bardziej bezkompromisową - więcej golizny, krwi, ale też scen poświęconych konkretnym bohaterom na czele z Priamem i Odyseuszem.

W pół drogi do wybitności

Nic jednak dziwnego, że O’Toole nazwał Petersena “klaunem”, natomiast Pitt, wyciskający ósme soki ze scenariusza, uderzał w bardzo nikłą wartość artystyczną dzieła, wyprucie emocjonalne. Co ciekawe, spośród trzech jakkolwiek poważnych nagród, jakie ten film otrzymał, dwie zgarnął wspomniany przed chwilą duet. “Troja” okazała się czysto komercyjnym podejściem do mitologii. Nic dziwnego, że na wczesnym etapie Werner Bros. odmówił Terry Gilliam, niechętny do realizowania wizji tak dalekiej od Homera. Na stołek reżysera nie trafił również Nolan, w wyniku perturbacji w wytwórni Petersena oddelegowano do “Troi”, natomiast Brytyjczykowi powierzono “Batman: Początek”. 

W “Troi” udało się wiele rzeczy. Scenografia, efekty praktyczne, muzyka i sceny walki stoją na najwyższym możliwym poziomie. Szczególnie dobrze wypada pojedynek Achillesa z Hektorem, Pitt i Bana do perfekcji dopracowali przejmującą choreografię. Świetnie wypada przeprowadzony pod osłoną nocy desant Trojan. Nie sposób też przejść obojętnie obok cieszących oko kostiumów, bo, cóż za zaskoczenie, kino nie musi być odarte z kolorów. Gdyby tylko scenariusz potraktowano z większą czułością, a reżyser faktycznie reżyserował, byłby to film gotowy do pójścia w szranki z “Gladiatorem”. Czas pokaże, czy “Odyseja” przeskoczy tak zawieszoną poprzeczkę.

Advertisement

Atuty

  • Rewelacyjny casting
  • Większość walk
  • Muzyka autorstwa Jamesa Hornera
  • Scenografia, kostiumy, efekty praktyczne

Wady

  • Nudne, jednowymiarowe postaci kobiece
  • Brak odpowiedniej rozbudowy bohaterów
  • Reżyser jedynie stojący za kamerą

“Troja” została przyjęta surowiej niż na to zasługuje. Nie jest produkcją pozbawioną wad, ale przez większość swojego długiego metrażu trzyma uwagę widza. Żal, że scenariusz okazał się tak niedopracowany.

7,0
Jan Piekutowski Strona autora
Popkulturę pochłania masowo, łapczywie. Od dziecka, od kiedy zakatował DVD z "Królewną Śnieżką". Nie ma serialu, którego nie obejrzy. Nie ma filmu, na który nie pójdzie do kina. Nie ma komiksu, którego nie przeczyta. We wszystkim stara się znaleźć jakiś pozytyw, bo przecież pewnego dnia smutek się skończy.
cropper