Zaproszenie (2026) – recenzja filmu [Monolith]. Problemy małżeńskie podane z jajem

Zaproszenie (2026) – recenzja, opinia o filmie [Monolith]. Problemy małżeńskie podane z jajem

Piotrek Kamiński | Dzisiaj, 20:00

Joe i Angela są małżeństwem z wieloletnim stażem, ale od pewnego już czasu są jakby obcymi sobie ludźmi, mieszkającymi wciąż pod jednym dachem. On nie rozumie jej potrzeb, ona ma dosyć jego problematycznej natury i ciągłego użalania się nad sobą. Wszystko to jednak ma szansę zmienić się – na lepsze bądź na gorsze – kiedy ich wiecznie niezaspokojeni seksualnie sąsiedzi z góry wpadną do nich na kolację. Czy będzie to nowy start dla ich związku czy może początek końca dla ich małżeństwa?

Dzisiejszy film jest rimejkiem hiszpańskiego „Sentimental” z 2020 roku – typowa, hollywoodzka zagrywka. Dwie pary – jedna kłócąca się o wszystko, druga, z pozoru idealna, pełna namiętności. Przez lekko ponad półtorej godziny rozmawiają ze sobą, kłócą się, przyjaźnią i robią całą masę innych rzeczy, po drodze odkrywając o sobie nowe rzeczy. Trzeba przyznać odpowiedzialnej za reżyserię Olivii Wilde, że udało jej się zrealizować scenariusz Cesca Gaya, Willa McCormacka i Rashidy Jones z dozą stylu i całą masą raz mniej, raz bardziej subtelnego humoru – mimo dosyć ciężkiej przecież tematyki.

Dalsza część tekstu pod wideo

Nieszczęśliwe małżeństwa były, są i będą częścią naszej codzienności. Kiedyś po prostu ludzie częściej siedzieli ze sobą do końca „z przyzwyczajenia” albo „bo nie wypada”, podczas gdy teraz z uporem szukają szczęścia w innych miejscach, często nawet nie próbując zawalczyć o to, co już mają. Trudny temat, tutaj skontrowany dodatkowo przez parę Hawk oraz Pina (odpowiednio Edward Norton i Penelope Cruz), dla których sekretem szczęśliwego pożycia jest... seks z innymi ludźmi. Osobiście mam dosyć silnie ugruntowaną opinię na ten temat, a i mieszkała obok mnie kiedyś taka „wyzwolona” para, więc wiem, z czym to się je. Podchodząc do „Zaproszenia” starałem się jednak zostawić swoje własne przekonania przed salą kinową i oceniać film wyłącznie jako film.

Zaproszenie (2026) – recenzja, opinia o filmie [Monolith]. Dwie pary nie do pary

Pina i Angela
resize icon

Już od pierwszych minut, reżyserka pokazuje nam dualizm postaci Joe i Angeli (Seth Rogen i Olivia Wilde) – ona z entuzjazmem kupuje jedzenie, nowy dywan, śmieje się i rozmawia z ludźmi, podczas gdy on w coraz większym znoju wraca na rowerze do domu, pokonując kolejne górki malowniczego San Francisco. Po powrocie do domu nasze przypuszczenia jedynie się potwierdzają – ona podnieca się wizytą gości, on nawet nie chce słyszeć, że ktokolwiek miałby ich odwiedzać, a już na pewno nie ci głośni i uciążliwi ludzie z góry. Problemy są wszędzie, a co jeden, to głupszy – bo nie kupiłeś wina, bo dotykasz ser, bo kupiłaś nowy dywanik, bo bolą cię plecy. Trzeba jednak przyznać, że jest w wielu z tych sytuacjach i dialogach czysty, szczerze bawiący widza humor. Czy to wynikający z maniery, z jaką wysławia się Rogen, z mimiki Wilde, samych dialogów czy fizyczności danej sytuacji. Śmiejemy się regularnie i gromko.

Później natomiast na ekran wchodzą Hawk oraz Pina i natychmiast... robi się jeszcze bardziej niezręcznie. Tak jak Angela pragnie ze wszystkich sił, aby wieczór był udany, tak Joe ma to absolutnie gdzieś, nie marzy o niczym innym, tylko o tym, by jego nieproszeni goście sobie poszli i nie zamierza być w związku z tym jakkolwiek subtelny. Tym, co sąsiedzi wnoszą do warstwy humorystycznej filmu jest ich absolutny stoicyzm w świetle walącego się coraz bardziej wieczoru. Historia rozwija się w raczej przewidywalny sposób – nie znajdziesz absolutnie niczego, czego byś już wcześniej nie oglądał – ale nieustannie solidne poczucie humoru i całkiem urocze zakończenie sprawiają, że po zakończeniu seansu nie czujemy abyśmy zmarnowali czas. To po prostu dobra, letnia komedia, raczej powierzchownie poruszająca kilka niełatwych tematów. 

Zaproszenie (2026) – recenzja, opinia o filmie [Monolith]. Pięknie wyglądająca komedia

Joe i Angela
resize icon

O wartości merytorycznej filmu (lub jej braku) można by dyskutować pewnie i ładnych kilka godzin, ale zdecydowanie i bezapelacyjnie świetnie wypada strona wizualna filmu. Już montaż sekwencji tytułowej pozytywnie nastraja widza na seans, a później jest tylko lepiej. Wilde i jej operator, Adam Newport-Berra, za inspirację wzięli sobie klasyki takie jak „12 gniewnych ludzi” czy „Sceny z życia małżeńskiego” i to widać. Kamera regularnie pokazuje akcję z nieoczywistych kadrów, jak kiedy jedna postać stoi plecami do nas, w tle widzimy lustro, a drugi z bohaterów wchodzi przed to lustro. Dostajemy również całą masę pięknie symetrycznych kadrów, lub opowiadania obrazem, jak kiedy jedna z postaci stoi pod jedną futryną szerokiego przejścia przez salon, a druga po przeciwnej stronie, symbolizując ich niezgodny punkt widzenia. Do tego dochodzi regularne oglądanie akcji przez różnego rodzaju „ramki”, jak patrzące z zewnątrz okno oraz pięknie dobrana kolorystyka, utrzymana w stonowanych odcieniach zieleni i półmroku.

Jedynym, co potrafię zarzucić „Zaproszeniu” jest to jego powierzchowne podejście do poruszanej tematyki. Jasne, sama konstatacja, że związki nie umierają zwykle nagle, ze względu na jakieś wielkie, dramatyczne wydarzenia, ale powoli, kropla za kroplą napełniając czarę goryczy, która w końcu musi się przelać, jest bardzo trafna i świetnie ukazana, ale to już w zasadzie tyle. Nie zobaczymy drugiej strony medalu, która faktycznie działa cuda, frywolna seksualność sąsiadów jest jedynie wątkiem komediowym, nigdy nie rozpatrzonym w głębszy sposób, a cały problem naszych głównych bohaterów, być może błędnie, wydaje mi się być boleśnie jednostronny – wina jest po stronie Joe i koniec tematu. Zabrakło mi trochę balansu w tym temacie, choć nie mogę powiedzieć, aby jakoś bardzo znacząco wpłynęło to na odbiór końcowy filmu, bo i nie spodziewałem się terapii rodzinnej w formie kinowej, a po prostu dobrej komedii i dokładnie to dostałem.

„Zaproszenie” to tylko i aż po prostu dobrze zrobiona komedia. Tematyka robi dobre tło dla czwórki głównych aktorów, którzy trzymają na swoich barkach całą resztę filmu, regularnie bawiąc nas, miejscami wprawiając w zakłopotanie, a w jednym czy dwóch momentach nawet rozczulając. Bardzo chętnie wybrałbym się do teatru, gdyby ktoś u nas zabrał się za adaptację. Tymczasem jednak warto przejść się na seans i po prostu spędzić miło niecałe dwie godziny. Najlepiej w towarzystwie. Choć niekoniecznie sąsiadów.

Atuty

  • Piękne zdjęcia;
  • Cała główna obsada błyszczy;
  • Humor jest bardzo regularny i zwykle celny;
  • Scenariusz podejmuje kilka trudnych tematów...

Wady

  • ...Choć nie zgłębia ich jakoś przesadnie mocno.

Olivia Wilde zaprasza nas na swój najnowszy film, „Zaproszenie” i wszyscy fani dobrych komedii powinni z tego zaproszenia skorzystać. Cztery osoby, jedno mieszkanie i tona śmiechu oraz niezręczności.

8,0
Piotrek Kamiński Strona autora
Z wykształcenia filolog, z zamiłowania gracz i kinoman pochłaniający popkulturę od przeszło 30 lat. O filmach na PPE pisze od 2019. Zarówno w grach, jak i filmach najbardziej ceni sobie dobrą fabułę. W wolnych chwilach lubi poczytać, pójść na koncert albo rodzinny spacer z psem.
cropper