Elle (2026) – recenzja, opinia o serialu [Amazon]. Zanim poszła na prawo, musiała zdać maturę
Zanim Elle Woods stała się wziętą prawniczką, była zwykłą licealistką. No, “zwykłą” to może lekkie nadużycie, ponieważ już wtedy znała się na modzie, miała serce wielkości tira i była najbardziej różową osobą w promieniu setek kilometrów. Kiedy z musu przeprowadza się do Seattle, staje przed nią zupełnie nowe wyzwanie – nadać odrobinę koloru najbardziej szaremu miastu Stanów Zjednoczonych.
„Legalna blondynka” to był absolutny hit w 2001 roku. Miałem wtedy ledwie trzynaście lat, szedłem do gimnazjum, we wrześniu Bin Laden wpakował dwa samoloty w World Trade Center. Świat nie był najprzyjemniejszym miejscem. Lecz wtedy, na HBO – wtedy jeszcze takim zwykłym, telewizyjnym – pojawiła się ona! Elle Woods poszła na prawo tylko dlatego, że jej były chłopak powiedział jej, że jest na takie studia za głupia. Na miejscu nie dość, że poradziła sobie świetnie, to jeszcze zawiązała dziesiątki nowych znajomości, poznała przyszłego męża i wsadziła Velmę z live action Scooby Doo za kratki ponieważ znała się na modzie i dbaniu o siebie. Oglądałem ten film z mamą chyba ze dwadzieścia razy, za każdym razem bawiąc się pierwszorzędnie.
Dlatego, kiedy usłyszałem, że Amazon bierze się za serial o przygodach Elle Woods, moja pierwsza reakcja nie była zbyt pozytywna. Bałem się, że przerabianie tej historii na dobrych kilka godzin telewizji to raczej kiepski pomysł. Później natomiast dowiedziałem się, że to nawet nie będzie serialowy remake, a prequel – Elle chodzić miała do liceum. I co, nagle okaże się, że od zawsze była świetną prawniczką? Zobaczymy jak zapoznaje się ze wszystkimi swoimi znajomymi z filmu? Biorąc pod uwagę, że wiem już, dokąd wszystkie te znajomości zmierzają, nie czuję się zbyt zainteresowany zobaczeniem skąd się one wzięły. Wiemy, że Warner nie będzie najlepszym chłopakiem świata, komu można ufać, a komu nie. No i jeśli panna Woods od zawsze była doskonała we wszystkim, za co się bierze, psuje to odrobinę cały rdzeń, najważniejszy wątek oryginalnego filmu. Na szczęście, mimo że kilka z tych problemów faktycznie przebija się na powierzchnię, „Elle” jest zaskakująco udaną produkcją samą w sobie, dobrze adaptującą DNA oryginału.
Elle (2026) – recenzja, opinia o serialu [Amazon]. Trochę szkolnych dram, a trochę kryminalnych zagadek. I Klub Winowajców
Serial bardzo naturalnie łączy w sobie wątek detektywistyczny – jakoś w końcu tę wprawkę przed studiami prawniczymi trzeba zrobić – z kompletnie przyziemnymi staraniami zjednoczenia sobie ludzi w nowej szkole. Woodsowie musieli uciekać z LA po tym, jak pan Woods (Tom Everett Scott) spartaczył operację nosa jednej wpływowej klientki. Ich nowy dom? Deszczowe Seattle, gdzie wszyscy ubierają się jak Kurt Cobain, wszystko jest szare, a dzieciaki pretensjonalne do granic możliwości. Elle (Lexi Minetree) jest tam zdecydowanie najbardziej barwną postacią, ale przy tym również kompletnie niepasującą do całej reszty otoczenia. Już pierwszego dnia udaje się jej stać wrogiem numer jeden najbardziej popularnej dziewczyny, zauroczyć się chłopakiem swojej jedynej koleżanki i zwolnić z pracy jedyną przychylną jej osobę w całej szkole.
Drugą połowę serialu stanowi zagadka kryminalna i trzeba przyznać, że nie jest ona wcale źle rozpisana. Szybko zaczynamy słyszeć pierwsze sugestie tego, że ze szkolnymi finansami jest coś nie tak. Przez dobre dwa-trzy odcinki karmieni jesteśmy szczątkowymi informacjami, aż w końcu scenarzyści wykładają karty przed nami. Czy jednak sytuacja jest tak prosta, jak mogłoby się w pierwszej chwili wydawać? Cóż, nie byłaby to wtedy zbyt satysfakcjonująca tajemnica, prawda? Głównymi bohaterami tej części fabuły są dorośli – dobroduszna sekretarka o dosyć frywolnym podejściu do własności, Donna (Amy Pietz), sztywny, podejrzanie wręcz zwyczajny dyrektor Anderson (Matt Oberg) i po raz ostatni widziany na ekranie James Van Der Beek jako kurator Dean Wilson. Już samo to trio sprawia, że wątek ten ogląda się ciekawie, ale poza tym jest to po prostu wciągająca historia, pełna zwrotów, sympatii i cwaniactwa. Jedyne, do czego można się tu przyczepić, to że zdecydowanie zbyt prędko zaczynamy czuć, do jakiego finału zmierza fabuła i jest dokładnie tak, jak myśleliśmy.
Elle (2026) – recenzja, opinia o serialu [Amazon]. Różowe ciuchy do rockowej muzyki? Czemu nie
Serial brzmi i wygląda bardzo sympatycznie. Ścieżka dźwiękowa, to oczywiście wszystko, co wychodziło akurat na przełomie 94 i 95 roku – usłyszymy więc trochę Nirvany, Oasis, Radiohead czy, sięgając odrobinę głębiej, również Queen. Specyficzny to zestaw, raczej niekoniecznie kojarzący mi się z cukierkową Elle Woods, ale tutaj zdecydowanie pasujący do klimatu miasta. Zdjęcia również opisać można jako bardzo mocno kontrastujące. Jak już wspominałem, tylko Elle w całym serialu używa pastelowych barw (no, może jeszcze jej matka, grana przez June Diane Raphael), podczas gdy całe jej otoczenie, wszystkie dzieciaki, wnętrza, sklepy, pogoda są ekstremalnie wręcz smutne, sprane, z saturacją zajechaną niemal do zera. Zabawnie się na to patrzy, a twórcy serialu zadbali również o to, aby za pomocą tych kolorystycznych zagrywek opowiedzieć część historii, pokazując jak w życiach przyjaciół głównej bohaterki powoli zaczyna pojawiać się jakiś tam koloryt dzięki jej obecności. Nie żeby nagle przestali nosić się jak najbardziej pozerskie, grunge'owe dzieciaki w historii, ale zmiana jest widoczna i odczuwalna. Pełno tu też oldskulowych, długich najazdów i kręcenia z mechanicznego ramienia. Raczej rzadko kiedy czułem abym faktycznie przeniósł się do lat dziewięćdziesiątych, ale serial jako taki jest bardzo miły dla oka.
Prócz absolutnie doskonałej Minetree w roli Elle, największą siłą serialu są inne dzieciaki. Młoda obsada dobrana została absolutnie wyśmienicie, a każde z nich to swój własny wulkan charakteru i nastoletnich emocji. Jeszcze w Los Angeles poznajemy najlepszą przyjaciółkę Elle, Madison (Jessica Belkin), świetnie łączącą w sobie cechy podobne do samej panny Woods – blond wyniosłość wymieszaną z toną serca i empatii. W Seattle natomiast mamy cały przekrój różnych osobowości. Od nie tak znowu skrycie lesbijskiej Liz (Gabrielle Policano), przez buraczaną, otwarcie gardzącą naszą bohaterką Kimberly (Chandler Kinney), na koleżeńskiej, choć mierzącej się z własnymi problemami Shannon (Danielle Chand) kończąc. A do tego mamy jeszcze chłopaków – Miles (Jacob Moskovitz) leci na Elle, mimo że spotyka się z jej koleżanką, podczas gdy Dustin (Zac Looker) zaprzyjaźnia się z nią niemal przez przypadek. Co najważniejsze – wszyscy aktorzy mają niesamowitą chemię ekranową, dzięki czemu naprawdę nie wiemy w kim nasza bohaterka się zakocha, z kim będzie, kogo zrani, ale szczerze nas to interesuje. Zacząłem oglądać dla Legalnej Blondynki, zostałem dla całej reszty.
Bez bicia przyznam, że zaczynając pierwszy odcinek nie byłem przekonany, czy polubię się z „Elle”. Zbędny prequel, w dodatku z dwudziestopięcioletnią nastolatką i całą masą nowych, ostatecznie nieistotnych przecież postaci. Ale skończyłem ten pierwszy odcinek, a później włączyłem drugi. I tak ciurkiem do końca całego sezonu. Nie jest to najlepszy serial detektywistyczny/young adult we wszechświecie, ale zdecydowanie kompetentny, zabawny, uroczy i z dobrym przesłaniem. Polecam.
Atuty
- Świetna Lexi Minetree;
- Wciągająca zagadka kryminalna;
- Plejada interesujących postaci;
- Dużo, dobrego humoru;
- Cała tona serca.
Wady
- Ostatni odcinek trochę się ciągnie – to zasadniczo po prostu przydługi epilog;
- Zagadka mogłaby zostać odrobinę lepiej schowana.
„Elle” to jednocześnie jest i nie jest ta Legalna Blondynka, którą poznaliśmy ćwierć wieku temu. Minetree jest doskonałą kalką Reese Witherspoon, ale fabuła nie próbuje nawet udawać oryginalnego filmu. Widzowie znajdą tu jednak wszystko to, co sprawiało, że film był dobry, choć z początku może nie być to wcale takie oczywiste. Przemęczcie się przez pierwszy odcinek i dalej już pójdzie.
Przeczytaj również
Komentarze (0)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych