Following (1998) – recenzja, opinia o filmie [So Films]. Pierwsze eksperymenty Christophera Nolana
Początkujący pisarz spędza wolny czas chodząc za przypadkowymi ludźmi, przyglądając się ich życiom. Podczas jednej z takich wypraw spotyka Cobba, zaradnego włamywacza, który bierze go pod swoje skrzydła. Czy przyjaźń ta wyjdzie mu w dłuższej mierze na dobre, czy może sprowadzi na niego same kłopoty?
Christopher Nolan od zawsze lubił eksperymentować z formą w swoich filmach. Jego ulubionym zagraniem zdają się być roszady w chronologii wydarzeń. Pierwsza jego duża produkcja, “Memento”, w pełni opiera się na fakcie, że fabuła leci nie po kolei, serwując nam interesującą zagadkę, która wcale by nią nie była, gdyby obejrzeć historię w odpowiedniej kolejności. Później niemalże każdy jeden jego projekt opowiadany był achronologicznie. Tak naprawdę jedynie “Bezsenność”, “Mroczny rycerz” i „Mroczny rycerz powstaje” lecą od A do B, nie bawiąc się w kombinowanie z kolejnością wydarzeń. Ale tak jak filmy takie jak „Prestiż” czy „Tenet” tylko zyskują na tym, że pewne rzeczy pokazują widzowi przed czasem, tak wcale nie każda fabuła wymaga ponownego zagmatwania.
Czy „Following” zyskuje na tym, że przedstawia się nam poza kolejnością? Cóż, szczerze mówiąc powiedziałbym, że nie. Może gdyby zostało to lepiej zaakcentowane, ale w tym pierwszym filmie Nolan nie potrafi tego jeszcze aż tak dobrze zaakcentować. Mało tego, przez pewien czas nie byłem nawet świadom, że zmieniło się coś poza fryzurą i ciuchami głównego bohatera (Jeremy Theobald). Może taki właśnie był zamysł – czemu główny bohater jest pobity? Dlaczego wygląda inaczej? W pewnym momencie wszystko staje się jasne i widz spokojnie może ustawić sobie co i jak, co wynika z czego, co znaczą wcześniejsze rzeczy, ale przez dobrą połowę filmu wygląda to po prostu na dziwne, wynikające z braku doświadczenia zagrania, które nawet później są bardziej ciekawostkami niż faktycznie zrywającymi czapki z głów plot twistami – choć te również zobaczymy, oczywiście.
Following (1998) – recenzja, opinia o filmie [So Films]. Niby prosta, ale ciekawie podana opowieść
Historia naszego bohatera zaczyna się od wyniszczającej nudy i braku artystycznej inspiracji, które sprawiają, że postanawia on zacząć chodzić za przypadkowymi ludźmi, patrzeć na ich życia, dopowiadając sobie historię do ich zachowań. Pewnego razu zaczyna śledzić elegancko ubranego mężczyznę, przedstawiającego się jako Cobb (Alex Haw). Okazuje się, że są oni całkiem podobni – obaj robią coś dziwnego, żeby zabić wypełniającą ich życie nudę. Cobb jest włamywaczem. Nie oczekuje jednak, że każdy jeden włam przyniesie mu pieniądze, dzięki którym będzie mógł odmienić całe swoje życie. Kręci go sam wgląd w czyjąś codzienność, lubi „dawać swoim ofiarom nauczkę”, zabierając im rzeczy nie tyle najbardziej wartościowe materialnie, co przedmioty, które mogą stanowić wartość sentymentalną, których utrata faktycznie zaboli. Bierze głównego bohatera pod swoje skrzydło, pokazując mu kulisy swojej pracy, dając poczuć, jak to jest stać ponad wszystkimi.
Fabuła filmu kręci się wokół tej nieoczywistej znajomości oraz tego, jak łatwo stracić kontrolę nad niebezpiecznym hobby, czy to śledzeniem ludzi czy włamywaniem się do ich domów. Po drodze, główny bohater poznaje jeszcze garść innych osób, z których najważniejsza jest tajemnicza kobieta, ze względu na kolor swoich włosów nazywana Blondynką (Lucy Russell). Najpierw jedynie ją śledzimy. Później włamujemy się do jej domu. Kolejne bariery przełamywane są w bardzo równych odstępach, tworząc złudne wrażenie kontroli, które później przełamywane jest przez wywracający nasze wyobrażenie o sytuacji zwrot akcji. Z pozoru jest to całkiem interesująca sytuacja, pozwalająca spojrzeć na fabułę w inny niż dotąd sposób, ale tak naprawdę nie jest to wcale aż tak imponując wolta, wzmacniana w gruncie rzeczy przede wszystkim przez fakt, że o sytuacji dowiadujemy się poprzez retrospekcję. Gdyby całe ujawnienie zrealizować bardziej klasycznie – na przykład pozwalając postaci przyznać się do swoich win, nie zrobiłoby nawet w jednej dziesiątej takie wrażenia jak w skończonym produkcie.
Following (1998) – recenzja, opinia o filmie [So Films]. Kręć tyle, ile możesz, a nie ile byś chciał
Pierwszy film Nolana nakręcony został w czerni i bieli na tej samej zasadzie, na której Kevin Smith realizował swoich „Sprzedawców” - ponieważ tak było taniej. Nie trzeba martwić się korekcją kolorów w post produkcji, można wiele rzeczy nakręcić z użyciem naturalnego światła, bez utraty jakości obrazu, no i czarno biała taśma filmowa jest zwyczajnie tańsza. Ponoć cały film kosztował ledwie sześć tysięcy funtów, z czego dziewięćdziesiąt procent poszło na materiał filmowy. Biorąc pod uwagę aż tak spartańskie warunki, wypada docenić, jak dobrze – nawet dzisiaj – wygląda skończony produkt. Nolan w znacznej mierze porusza się po pustostanach i starych kamienicach, po mieszkaniach zapewne należących do niego i jego znajomych. Widz nigdy nie czuje jednak, że jest oszukiwany – tanie wnętrza są bardzo jasno wpisane w opowieść. To jest dokładnie taka opowieść, na jaką było stać jej autora. Nie mniej i nie więcej. Można jedynie czepiać się, że część ujęć jest odrobinę zbyt długa, że są w szerszym kontekście zbędne. Myślę, że znalazły się w skończonym produkcie głównie dlatego, że czymś trzeba było ten czas seansu wypełnić, a sam film i tak jest już ekstremalnie krótki – ledwie 70 minut – co zwalam na karb braku doświadczenie autora. Czy można było jakkolwiek sensownie tę historię rozwinąć, tak żeby film mógł trzymać satysfakcjonujące tempo i przy tym trwać około 90 minut? Myślę, że tak. Ta tutejsza historia jest bardzo, ale to bardzo podstawowa, z minimalną ilością postaci.
Aktorzy są... okej, zwłaszcza jak na te ramy budżetowe, choć wiadomo, że nawet do Guya Pearce'a i Carrie Ann Moss z „Memento” nie mają startu. Powiedziałbym, że reżyserowi udało się tu złapać idealną burzę w niewielkim słoiku, ponieważ czarno białe zdjęcia, naturalne oświetlenie, długie ujęcia i specyficzna jak na dzisiejsze czasy gra aktorstwa zbudowały klimat, który z łatwością przyrównać można do klasyki kina z lat sześćdziesiątych i wcześniej, kiedy to grało się zupełnie inaczej niż obecnie. Pewne rzeczy, jak emocje i charakterologiczne wolty zagrane zostały bez cienia subtelności, co było zapewne potrzebne ze względu na ograniczone środki wyrazu, a co nadało tym scenom charakteru. Cobb jest trochę jak Peter Fonda, Bogart czy Mitchum, choć podszyty odrobiną dzisiejszej wrażliwości. To zdecydowanie najciekawsza postać tego dramatu, podczas gdy Theobald i Russell są bardziej użytkowi – wykonują swoje zadanie, ale nigdy nie dają radę chwycić widza za twarz i kazać na siebie patrzeć.
Jak na reżyserski debiut, nakręcony za garść drobniaków, „Following” jest naprawdę udanym filmem, który nawet dzisiaj ogląda się dobrze. Pewne rzeczy zestarzały się trochę słabo – jak przesadnie teatralne aktorstwo i ciężkie dialogi, ale to wciąż intrygująca opowieść, dzięki której późniejszy, tym razem już wyposażony w budżet „sequel” mógł stać się jednym z najciekawsyzch filmów swojej dekady. U nas „Following” nie był nigdy zbyt łatwo dostępny, więc wszystkim fanom Nolana i kinematografii w ogóle zalecam seans, który zgotowało nam w to lato So Films. Następne sugeruję wczesne dzieła Petera Jacksona albo Sama Raimiego – to byłoby coś na wielkim ekranie!
Atuty
- Czarno białe zdjęcia robią robotę;
- Cobb jest bardzo interesującym, nieoczywistym bohaterem;
- Ostatecznie całkiem ciekawa fabuła.
Wady
- Achronologiczne ukazanie fabuły bardziej jako ciekawostka, niż faktycznie nieodzowny element opowieści;
- Tempo mogłoby być lepsze;
- Część dialogów i aktorstwa odrobinę zbyt... oczywista? Banalna?
„Following” to taka wprawka przed „Memento” - mamy zakręconą chronologię, nieoczywistego protagonistę, trudne do określenia postacie poboczne i zagadkę, na rozwiązanie której cierpliwie czekamy. Widać, że budżet był, jaki był, ale to i tak bardzo ciekawe przeżycie, warte sprawdzenia na sali kinowej.
Przeczytaj również
Komentarze (0)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych