Monopoly Star Wars: Heroes vs Villains – recenzja gry. Specyficzna wariacja na temat klasyki
Niby ten sam Monopol co zawsze, ale lekko zgięty, aby nie być dokładnie tym samym, co zawsze. Wraz z grupą znajomych, wciel się w jednego z bohaterów Rebelii lub agentów Imperium i wspólnie spróbujcie przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę.
Nowa propozycja Ubisoftu to niby „wariacja na temat”, ale w swoim najbardziej podstawowym DNA, jednak w dalszym ciągu przede wszystkim po prostu klasyczna gra Parker Brothers (lub Elizabeth Magie, jeśli chcemy zagłębić się w detale tego, kto tak naprawdę grę stworzył, kto ją opatentował, a kto sprzedał). Tak więc gramy na podzielonej na czterdzieści elementów planszy, po której poruszamy się rzucając dwoma kostkami – jeśli wyrzucimy dublet, możemy ruszyć się ponownie, ale jeśli jakimś cudem dokonamy tego trzy razy z rzędu, pójdziemy do więzienia za oszukiwanie. Większość pół tworzy rewiry, w skład których wchodzą od dwóch do trzech miejsc. Gracz musi kupować je, aby powoli stawać się rekinem nieruchomości i pobierać opłaty od innych graczy, którzy odwiedzają jego pola. Wygrywa ten, który ostatni utrzyma się przy pieniądzach. Przynajmniej w klasycznej wersji gry.
W „Heroes vs Villains” bankructwo wcale nie oznacza przegranej. Można wręcz być lekko na minusie, a i tak grać dalej – po prostu ogranicza nam to pole do manewru. Rozpoczynając rozgrywkę, wybieramy do ilu „wydarzeń” chcemy grać. Docelowo jest ich osiem, ale możemy tę liczbę zwiększyć lub też zmniejszyć. A czym te wydarzenia są? To krótkie „misje”, których podejmujemy się przechodząc przez pole start. Rebelianci muszą wysadzić gwiazdę śmierci, Imperialiści wypalić z bazy Starkiller. Generalnie, każda z tych mini gier sprowadza się do rzutu kostką – jeśli wyrzucisz odpowiednie liczby, zaliczasz zadanie, jeśli nie, to nie. Każdy z graczy z twojej drużyny ma własną szansę na wykonanie zadania i wystarczy aby choć jednemu się udało. Co dostaje się za odniesienie sukcesu? Punkty zwycięstwa.
Monopoly Star Wars: Heroes vs Villains – recenzja gry. Wygrywa ten, kto więcej walczy
Punkty zwycięstwa są główną mechaniką, wokół której kręci się cała rozgrywka w „Monopoly Star Wars: Heores vs Villains”. Punkty zdobywamy za przejmowanie lokacji oraz za zaliczanie zadań po przejściu przez pole start. Kto będzie miał więcej punktów po zaliczeniu wyznaczonej ilości wydarzeń, wygrywa. Oznacza to, że samo przejmowanie lokacji nie jest wcale gwarantowaną drogą do sukcesu. Możemy uzbierać monopol w dwóch najlepszych rejonach w grze, skosić kupę pieniędzy od przeciwnika, praktycznie go wyzerować, a ostatecznie i tak przegrać. Mało tego! Kupno lokacji jest w tej wersji gry tak relatywnie mało istotne, że można stracić zakupioną posesję nawet i w tej samej kolejce, w której się ją kupiło. Jak to?
Otóż, z początku handel nieruchomościami wygląda z grubsza tak samo, jak w oryginale – wchodzisz na pole, co pozwala ci dokonać jego zakupu, a jeśli chwilę później wejdzie na nie przeciwnik, będzie musiał zapłacić ci haracz. Czy tam czynsz. Na tym jednak podobieństwa się kończą. Otóż, jeśli inny gracz wejdzie na twoje pole, to zaraz po zapłaceniu kary dostaje szansę... przejęcia go za niewielką opłatą. Brzmi kuriozalnie? I tak też dokładnie jest. Mało co wkurza tak bardzo, jak utrata pola, które dosłownie przed chwilą się kupiło. Odrobinkę inaczej wygląda sytuacja, kiedy przeciwnik wchodzi na nasze pole, kiedy my też na nim stoimy. W tej sytuacji, jeśli chce je przejąć, będzie musiał z nami zawalczyć. Jak? Rzucając kośćmi, oczywiście. Najpierw jeden gracz rzuca trzema kostkami, a po nim drugi swoimi trzema. Co ciekawe, można zdecydować, gdzie te kości mają polecieć, co oznacza, że w zależności od sytuacji możemy spróbować przepchnąć kości przeciwnika, aby zmienić ich wynik na coś bardziej korzystnego dla nas – oczywiście nie ma żadnej gwarancji, że nie uzyskamy dokładnie odwrotnego efektu.
Monopoly Star Wars: Heroes vs Villains – recenzja gry. Różne postacie to różne umiejętności
Walki pomiędzy graczami są dodatkowo urozmaicane specjalnymi umiejętnościami wybranych przez nas postaci. Każdy bohater jest inny i tak na przykład Luke Skywalker potrafi przywołać Wedge'a Antilesa, który zajmie następne wolne pole i pozwoli nam je kupić – imperialną wersję tego skilla posiada Darth Vader, więc to nie tak, że wybierając dobrych albo złych, automatycznie odcinamy się od umiejętności. Maul potrafi ruszyć do przodu na pole zajęte przez przeciwnika aby spróbować mu je odebrać. Ktoś inny potrafi dokupywać dodatkowe kości do starć i tak dalej i tym podobnie. Pozwala to choć odrobinę planować strategię naszej rozgrywki, ponieważ znakomita większość gry, jak to w „Monopolu”, jest czysto losowa.
I losowość ta jest, w moim odczuciu, szalenie irytująca. Uwielbiam klasyczny Monopol i jego wariacje – sam posiadam przynajmniej z sześć różnych wersji gry, od klasycznego, przez wersję z terminalem płatniczym, chopenowską i nawet dystrybuowaną przez Canal+ czy Monolith. Mimo, ze dobrze wiem, że jest to gra losowa, to czuję, że to ja rzucam kośćmi i mam jakiś tam wpływ (bardo złudny) na przebieg zabawy. Tu natomiast trzymamy po prostu guzik, który „podrzuca” naszymi kośćmi, puszczamy go w wybranym momencie i... rzeczy się dzieją. Niby to samo, ale gdzieś z tyłu głowy cały czas siedzi mi myśl, że nie mam tu absolutnie nic do gadania, a możliwość wybrania poziomu trudności sugeruje, że rzuty mogą wcale nie być aż tak losowe, jak mogłoby się wydawać. Grając z synem, jedną z rund ledwie udało nam się wygrać nawet grając na niskim poziomie trudności. Z grubsza pełna losowość i minimalna ilość taktyki – nie brzmi jakoś przesadnie super, prawda? Znacznie mniej irytująca jest gra wyłącznie między żywymi graczami, bo wtedy po prostu wszyscy marudzimy na to, jak irytująco źle się nam rzuca. Kiedy nikt nie jest szczęśliwy, nikt nie jest również przesadnie zły.
Monopoly Star Wars: Heroes vs Villains – recenzja gry. Niby wszystko po staremu, ale działa inaczej
Większość pół na planszy działa dokładnie tak samo, jak zawsze. Mamy pole „idź do więzienia”, parking, szansa (tutaj zwana „przeznaczeniem”) – z grubsza takie same karty jak zawsze – i na tym koniec. Reszta pół to swoista nowość. Kasa społeczna to teraz kantyna, gdzie możemy za pieniądze kupować różne, losowo dobierane rzeczy, a to przeszkadzające przeciwnikowi, a to pomagające nam, jak na przykład wyciągnięcie sprzymierzeńca z więzienia. Czyli z grubsza podobnie, jak w oryginale, ale podlane nowym sosem. Wodociągi i elektrownia zostały natomiast zastąpione wizytami w Canto Bight – kosmicznym kasynie, gdzie stawiamy wybraną kwotę, rzucamy kośćmi i patrzymy czy wygraliśmy czy przegraliśmy. Niby zawsze jakaś to odmiana od klasycznej rozgrywki, ale mimo wszystko sprowadzająca się do tego samego, co zawsze, więc nie angażuje jakoś specjalnie mocno. Najciekawsze stały się natomiast dworce, których teraz się nie kupuje, a które są dla nas tunelami hiperprzestrzennymi, pozwalającymi przejść albo na najbliższe zajęte przez nas pole, albo na neutralne pole, pozwalając zrobić szybkie zakupy, albo nawet przenieść nas do innego pola hiperprzestrzeni i tym samym zbliżyć naszą postać do pola start. Całkiem ciekawy patent, a faktyczny wybór stojący przed graczem, który wszedł na to pole sprawia, że jest to chyba najciekawszy element całej gry.
Z bardziej... konsolowych elementów zabawy, za wykonywanie misji (zdobądź monopol, skorzystaj z nadświetlnej ileś tam razy, wygraj ileś walk) dostajemy nowe postacie oraz skórki do już odblokowanych – nic ciekawego, ale miło, że dostajemy cokolwiek. Nie czarujmy się, większość osób będzie grało dla samego grania, a nie żeby odblokowywać nowe stroje, więc to tylko taki tam, względnie sympatyczny dodatek. Graficznie plansza i postacie nie wyglądają źle, ale już animacje towarzyszące wygrywaniu walk czy wyzwań kojarzą się trochę z animacjami z kręgielni – krótkie, powtarzające się i wyprodukowane za raczej niewielkie pieniądze. Nie wydaje mi się również, aby ktokolwiek z obsady seriali (o filmach nawet nie wspominając) wrócił aby podłożyć głos pod swoją postać – choć nie jestem pewien, co do Dartha Maula. Większość postaci brzmi... akceptowalnie. Gdyby ktoś kazał mi na ślepo zgadywać, kto to mówi, to pewnie bym się domyślił, ale brzmią bardziej jak jutubowi naśladowcy, a nie oryginalni aktorzy. No i zdecydowanie zbyt często powtarzają się ze swoimi tekstami.
Koniec końców, „Monopoly Star Wars: Heores vs Villains” jest raczej umiarkowanie świetnym eksperymentem. Miło, że to nie po prostu ten sam „Monopol”, co zawsze, tyle że z innymi skórkami, ale pomysł na rozgrywkę nie porwał ani mnie ani mojego syna. Obaj czuliśmy, że chętniej zagralibyśmy następnym razem w „prawdziwą” wersję gry, niż kolejną rundę w ten tutaj. Dla fanów gwiezdnej sagi może to być jakaś tam gratka, godna sprawdzenia ciekawostka, ale cała reszta raczej nie ma tu czego szukać.
Atuty
- Moce postaci oraz pola hiperprzestrzeni wprowadzają odrobinę strategii;
- Zawartość do odblokowania oznacza, że fani zbieractwa będą mieli powód do rozgrywania co raz to kolejnych partii;
- Holograficzne dioramy pół na które wchodzimy mogą się podobać.
Wady
- Obrót nieruchomościami kompletnie traci na znaczeniu;
- Uciążliwa losowość;
- Wszystkie mini gry sprowadzają się do tego samego;
- Na dłuższą metę brak różnorodności.
Powolne tempo, irytująca losowość i bijąca z wszech stron budżetowość tego projektu skutecznie odstraszą większość przypadkowych graczy. Fani filmów George'a Lucasa mogą sprawdzić z ciekawości, ale generalnie nie polecam. Do oryginału nie ma startu.
Galeria
Przeczytaj również
Komentarze (0)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych