Kolory zła. Czerń (2026) - recenzja filmu [Netflix]. Sprawa zaginionych dzieci

Kolory zła. Czerń (2026) - recenzja, opinia o filmie [Netflix]. Sprawa zaginionych dzieci

Piotrek Kamiński | Dzisiaj, 09:01

Po ostatniej sprawie, prokurator Bilski został przeniesiony do niewielkiej miejscowości na Kaszubach. Jego uwagę przykuwa nie do końca wyjaśniona sprawa zaginionego kilka lat wcześniej dziecka. Zanim zdąży się dobrze rozejrzeć, z festynu rodzinnego zniknie kolejny, mały chłopiec. Czy uda się go w porę odnaleźć?

Do pierwszych "Kolorów zła" zabierałem się z całkiem niemałym entuzjazmem. Jakoś czas przed premierą miałem przyjemność poznać jego producentkę, przesympatyczną Anetę Hickinbotham, która sprzedała mi go jako dobrze napisany, mroczny thriller w mocnej obsadzie. Z każdą kolejną minutą coraz bardziej przeszkadzały mi jednak kolejne banały i gatunkowe klisze wylewające się z ekranu, męczyły skróty myślowe i drewniane aktorstwo. Może papierowy oryginał Małgorzaty Sobczak jest pełniejszym, bardziej plastycznym dziełem, ale zdecydowanie nie udało się przełożyć tego na język filmu. 

Dalsza część tekstu pod wideo

Minęły dwa lata i oto przed nami część druga - i to nawet faktycznie na podstawie drugiej książki, a nie jak taki choćby "Reacher" Amazona, który bierze sobie na warsztat te historie, które akurat w danym momencie podejdą showrunnerowi. Prokurator Bilski (Jakub Gierszał) powraca, przez parę chwil widać też jego kumpla, Kitę (Łukasz Pawłowski), a prócz tego dostajemy nową sprawę, trochę mniej oklepaną, trochę lepiej skrojoną, ale również i powielającą kilka irytujących błędów poprzednika. Tak więc, po kolei...

Kolory zła. Czerń (2026) - recenzja, opinia o filmie [Netflix]. Wersja skrócona

W prozie pani Sobczak podoba mi się to, że praktycznie każda postać jest w jakiś sposób istotna i ma swoją rolę do odegrania w szerszej fabule. Niby oczywista oczywistość, ale wcale nie każdy autor o tym pamięta. Staje się to jednak problematyczne, kiedy adaptujemy powieść na film, ponieważ zwyczajnie nie da się w dwie godziny oddać sprawiedliwości wszystkim postaciom, dokładnie nakreślić wszystkich wątków, na które książka ma 400-500 stron. W efekcie, część postaci musi zostać odsunięta na boczny tor, niektóre wątki powinny zostać wycięte, bo i tak nie służą głównej tajemnicy, a tylko zabierają czas temu, co naprawdę ważne. Albo można też spróbować upchnąć wszystko, po czym widz będzie głowił się, czemu widzi nagle dwie niezwiązane ze sobą postacie, które nagle uprawiają namiętny, dwudziestosekundowy seks, po czym temat ten nigdy więcej nie wraca - a to i tak już biorąc pod uwagę zupełne wycięcie drugiej, głównej bohaterki serii i jej wątków. Zgadnij, na którą opcję zdecydował się reżyser i autor scenariusza w jednej osobie, Adrian Panek? 

W następującym akapicie rozprawiam na temat antagonisty filmu, co może zostać uznane za swego rodzaju odwrotny pół-spoilery.

Trzeba jednak przyznać, że znakomita większość fabuły trzyma się kupy. Jasne, od czasu do czasu dostajemy te kompletnie nieistotne, krótkie przerywniki, które można by spokojnie wyciąć bez żadnej straty, ale zarówno śledztwo, jak i poszczególne, istotne postacie są całkiem wyraziste i lekko się za nimi podąża. Nie do końca podeszło mi natomiast rozwiązanie całej zagadki. Z jednej strony, główny podejrzany wpadł mi w oko przy pierwszej możliwej okazji, bo stwierdziłem, że oglądam strasznie dziwną sytuację, zbyt dziwną, by mogła być przypadkowa, więc miło, że jest on zakorzeniony w fabule od bardzo wczesnego momentu, z drugiej zaś, jako postać praktycznie nie istnieje, a moim zdaniem kiedy budujemy historię wokół tajemniczej tożsamości którejś z postaci, wypadałoby zapoznać się z nią wcześniej w filmie. To tak, jakbyśmy oglądali "Krzyk", a morderca pojawił się wcześniej w dosłownie jednej scenie i był kompletnie nieistotną, niezwiązaną z niczym postacią z tła. Oh, wait... Przecież "Krzyk 7" istnieje. Chyba jedynym przykładem, jaki potrafię wymienić, kiedy twórcom filmu faktycznie udało się sprzedać taki zwrot akcji, było "Siedem", ale to był David Fincher, tak nawet to było częścią szerszego planu i miało narracyjny sens. Panek to jednak nie Fincher. 

Kolory zła. Czerń (2026) - recenzja, opinia o filmie [Netflix]. Prokurator Bilski i przyjaciele

Dużo łatwiej było mi tym razem polubić się z postacią Bilskiego, który tym razem jest znacznie bardziej ludzki, empatyczny. Jasne, Gierszał wciąż gra tu głównie monotonem, zdaje się, że mającym pokazać opanowanie i skupienie pana Prokuratora, ale ponieważ tym razem sprawa dotyczy zaginionych dzieci, a on sam spędza właśnie lato z małą córeczką, filmowcy mają znacznie więcej miejsca na uczłowieczenie go. Rozumiemy jego lęk, kiedy nagle traci ją z oczu, staje się on naszym awatarem, kiedy ze współczuciem i pełnym poświęceniem szuka Piotrusia, synka lokalnej dziewczyny, Julii Sarman (Magdalena Zydek), która niedawno powróciła do miasteczka po latach nieobecności. Ich relacja jest nawet niezła - choć bardzo stonowana - przez większą część filmu, ale są takie dwa momenty, w których nie byłem w stanie traktować na poważnie tego, co działo się na ekranie. 

W pozostałych rolach zobaczymy jeszcze między innymi Roberta Goenerę, jako bardzo upierdliwego, nieustannie robiącego Bliskiemu pod górkę kapitana policji, Andrzeja Chyrę w roli zwierzchnika obu panów oraz Beatę Ścibakównę wcielającą się w burmistrz miasta, a prywatnie matkę Julii. Z odrobinę młodszych aktorów swoje trzy grosze dokładają Piotr Żurawski, Julian Świeżewski oraz Adam Bobik, czyli dawni koledzy Julii z czasów szkolnych. Tak jednak, jak mówiłem wcześniej, ostatecznie jest ich w filmie raczej mało, przez co trudno nawet traktować ich poważnie jako potencjalnych podejrzanych - albo ze względu na krótki czas ekranowy albo zbyt oczywiste sugerowanie, że oto obserwujemy czyjeś dziwne zachowanie. W efekcie są to po prostu dziwne, nie w pełni zrealizowane postacie - jeden definiowany niemal wyłącznie tym, że ma poparzoną twarz, drugi swoją obsesją na punkcie Sarman, która znika prawie tak samo szybko, jak się pojawiła, a trzeci... Nie będę spoilerował. Nie żeby było to coś faktycznie ciekawego. Ot, kolejny niewykorzystany potencjał.

Trochę psioczę w tej recenzji, ale to dlatego, że był w tym scenariuszu potencjał na coś naprawdę dobrego. Wątek krzywdy dzieci i tajemnic przeszłości małej społeczności, gdzie każdy zna każdego to absolutnie żadna nowość w temacie opowieści detektywistycznych, ale ogólna trajektoria fabuły i postacie potrafią zaintrygować. Gdyby tylko dostali więcej czasu, gdyby film trwał z pół godziny dłużej albo gdyby zrobić z niego mini serial, to mógł to być czarny koń tego sezonu. Zamiast tego jest tylko niezły thriller z niewykorzystanym potencjałem.

Advertisement

Atuty

  • Ciekawy, solidnie poprowadzony temat;
  • Bilski sympatycznie ewoluuje jako postać;
  • Zdjęcia;
  • Widać tu zalążki interesujących wątków i postaci...

Wady

  • ...które jednak nigdy nie mają wystarczająco czasu, by zrobić odpowiednie wrażenie;
  • Rozwiązanie zostawia widza z niedosytem;
  • Kilka bardzo dziwnych, psujących nastrój decyzji scenariuszowych.

"Kolory zła. Czerń" to krok w dobrym kierunku w stosunku do części pierwszej, ale to topu produkcji kryminalnych wciąż sporo brakuje. Lepiej sprawdziłby się jako serial.

5,5
Piotrek Kamiński Strona autora
Z wykształcenia filolog, z zamiłowania gracz i kinoman pochłaniający popkulturę od przeszło 30 lat. O filmach na PPE pisze od 2019. Zarówno w grach, jak i filmach najbardziej ceni sobie dobrą fabułę. W wolnych chwilach lubi poczytać, pójść na koncert albo rodzinny spacer z psem.
cropper