Morfeusz (2026) – recenzja, opinia o serialu [SkyShowtime]. Ambitna przestępczość zorganizowana
Rodzina Leyerów trudni się pracą, którą raczej trudno jest chwalić się na mieście – wymuszenia, narkotyki, rozboje, porwania. Piotr jest jednak inny. Grubą kreską odciął się od ojca i brata, skończył studia prawnicze i pomaga ludziom, choćby i pro bono. Lecz kiedy brat traci życie podczas nieudanego przerzutu dużej ilości kokainy, Piotrek zostaje poproszony o zajęcie się pogrzebem. Wkrótce zaczyna interesować się rodzinnym biznesem, nieświadomy tego, że wśród współpracowników ojca czai się policyjna wtyka.
Przyznam, że oglądając pierwszy odcinek nowego serialu Macieja Migasa, nie byłem przekonany, czy podoba mi się to, co widzę. Początek sprawia wrażenie bardzo teledyskowego – napakowane chłopy, smukłe dziewczyny w samych majtkach, woda, koks na tacy i muzyczka. Sztampa pełną gębą. Później zmiana klimatu, więc i inna muzyka, ale wciąż to po prostu ładne obrazki z ładną muzyką. I tak przez większą część odcinka. Dialogi wydawały mi się być trochę do przesady oczywiste i oklepane, a całość taka... generycznie gangsterska. Spieszę donieść jednak, że warto się przez ten pierwszy odcinek przemęczyć, bo dalej jest już tylko lepiej, a pod koniec intryga nabiera takiego tempa, że aż trudno złapać oddech.
Mamy tu zasadniczo trzy historie. Z jednej strony osobistą opowieść o Piotrku Leyerze (Kamil Szeptycki), prawniku na siłę wciągniętym w przestępcze życie swojej rodziny. Z drugiej strony – przez większą część pierwszego odcinka jest to spoiler, ale nie da się bez tego rozmawiać o serialu - obserwujemy Moro (Mateusz Kmiecik), działającego pod przykrywką policjanta, który nieustannie musi balansować na granicy bycia przestępcą i stróżem prawa. Trzeci wątek to natomiast sama operacja, cały plan działania Leyerów i jego wykonanie. Sytuacja, jak to w półświatku, zmienia się bardzo dynamicznie, czasami nawet kilka razy w ciągu jednego odcinka, raz za razem tworząc nowe problemy i stawiając naszych bohaterów w skrajnie niebezpiecznych sytuacjach. Scenariusz bardzo zręcznie łączy ze sobą te trzy, wzajemnie napędzające się nitki, dzięki czemu finał sezonu i trzyma w napięciu i daje satysfakcję i pobudza apetyt na więcej. Jasne, jest to finał utrzymany w takiej samej konwencji, jak cała reszta serialu, a więc bardzo umownej, stawiającej spektakl ponad wszystko inne, ale ja tę konwencję kupuję. To nieprzesadnie wysokich lotów rozrywka, skrojona pod dobrą zabawę, a tej zdecydowanie "Morfeuszowi" nie brakuje.
Morfeusz (2026) – recenzja, opinia o serialu [SkyShowtime]. Przestępcza praca u podstaw
Być może zastanawiasz się, skąd wzięła się nazwa serialu? Czy to pseudonim któregoś z bohaterów? Nawiązanie do jakiegoś narkotyku albo leku? Otóż nie. To po prostu nazwa operacji policyjnej, wokół której kręci się fabuła serialu. Ostatecznie mogłoby to być dowolne, inne słowo. Na szczęście, sama operacja i wszystko z nią związane, robi już znacznie lepsze wrażenie. Wszystko zaczyna się od klasycznej gangsterki, o której wspomniałem już wyżej. Król (Jan Błachowicz) zostaje zamordowany, jego ojciec, poprzedni szef ich grupy przestępczej, Andrzej Leyer (Andrzej Grabowski) zostaje warunkowo zwolniony z więzienia, by móc pójść na pogrzeb syna. Mój jedyny problem z tym wstępem wiąże się z rolą Piotrka w tym wszystkim. Leyerowie mają całą armię wiernych ludzi, a i sam Andrzej wychodzi na wolność, więc po co zmuszać uczciwego, młodszego syna do wejścia w ten świat? Bo bez tego nie mielibyśmy serialu – brzmi najprostsza odpowiedź, ale wydaje mi się, że można to było zrobić trochę bardziej wiarygodnie.
Bardzo ciekawie wypadają przepychanki Leyerów z szefem innej ekipy, Romanem (Andrzej Konopka). Pełno w nich przemocy i ciągłego podbijania stawki. Najpierw delikatnie – zapłać nam, to się odczepimy. Później jednak zaczyna się siłowe przejmowanie cudzych interesów, napaście, porwania i diabli wiedzą, co jeszcze. To bardzo skutecznie pokazany krąg samonapędzającej się agresji, która praktycznie nie ma końca, a więc również i zwycięzców. Ostatecznie, zostają sami przegrani. Pytanie jedynie, kto stracił więcej. Oczywiście to nie tak, że cały serial to jedynie kolejne porachunki i zabijanie się. Jasne, ani jednego ani drugiego w „Morfeuszu” nie brakuje, lecz dużo bardziej istotny jest nowy biznesplan wymyślony przez Piotrka, stanowiący podstawę jego przejścia na „ciemną stronę mocy”. Nie będę się tu rozpisywał, o co dokładnie w nim chodzi, ale byłem pod wrażeniem tego, jak kompleksowo, szczegółowo i oddolnie zostaje on nam pokazany. To wciąż fikcja, ale przedstawiona na tyle wiarygodnie, że trudno jest nie dać się jej porwać.
Morfeusz (2026) – recenzja, opinia o serialu [SkyShowtime]. Po co ten pośpiech?
Tym, co nie do końca mi się spodobało, była prędkość z jaką Piotrek staje się bezwzględnym, niewiernym, lubiącym przywalić szczurka bydlakiem. Praktycznie z odcinka na odcinek przechodzimy od uczciwego faceta, dla którego liczy się przede wszystkim sprawiedliwość i bezpieczeństwo jego rodziny, do typa, który bez problemu zastrasza innych, wali koks i olewa swoją rodzinę żeby pobawić się w klubie ze striptizem. Dobra osoba dająca się skorumpować złu to nic nowego, ale jeśli dobrze rozpisać jej historię na cały sezon, to może to być szalenie wręcz skuteczny wątek. Wszyscy lubią Anakina/Vadera, czy Waltera/Heisenberga. Tutaj też Kamil Szeptycki daje z siebie wszystko żeby jakoś nam tę przemianę Piotrka sprzedać i wypada przekonująco zarówno jako „Piotruś” jak i „Pan Leyer”, ale cała ta przemiana jest zrobiona zbyt prędko – w sumie trochę jak w przypadku wspomnianego Anakina Skywalkera. Pięć minut i nagle jest już na wskroś zły, nie do uratowania.
Dużo ciekawsza wydała mi się postać Moro, bo w jego przypadku slalom między byciem dobrym i złym jest niejako wpisany w DNA postaci. Kmiecik z jednej strony musi grać policjanta udającego, że jest gangsterem, z drugiej dobrego policjanta, któremu życie pod przykrywką zaczyna wchodzić już na psychikę, z trzeciej męża i ojca, z czwartej... jeszcze kogoś innego. Jest niczym samotny statek na wściekłym morzu, stalowym wzrokiem kapitana wpatrzony w majaczącą na horyzoncie latarnię morską, bo tylko dzięki niej jeszcze nie zatonął. Już samo to wystarczyłoby zapewne, aby zbudować intrygującą postać, lecz twórcy serialu wcale się na tym nie zatrzymują i rozwijają Moro jeszcze nie w jeden, a kilka interesujących kierunków, które sprawiają, że staje się on praktycznie najciekawszą postacią w całym serialu. Niestety, ta jego złożoność obnaża jednocześnie jeden z największych problemów serialu - jego bardzo rzucającą się w oczy umowność. Scenariusz dosłownie tonie w niedopowiedzeniach i wygodnych zbiegach okoliczności, które bardzo dobrze widać właśnie przez pryzmat Moro. Profesjonalni bandyci podejrzewają, że ktoś może na nich kapować, śledzą jednego ze swoich, znajdują go rozmawiającego z kobietą, której nigdy wcześniej nie widzieli na oczy i po prostu zakładają, że to jego kochanka, na bank nie policjantka ani nikt taki (co łatwo można było sprawdzić) i po prostu stwierdzają, że to na pewno nie on. Serio? Niestety, scenariusz Michała Wawrzeckiego pełen jest tego typu absurdów, co potrafi lekko ostudzić zapał w trakcie oglądania.
Jak na polską produkcję z lat dwudziestych obecnego wieku przystało, sceny akcji stoją na poziomie, którego nie trzeba się już wstydzić. Ekipa kaskaderska zadbała o to, by tam, gdzie to możliwe, sami aktorzy mogli kręcić swoje pościgi czy walki, zastępując ich tylko w tych najbardziej niebezpiecznych sytuacjach. Mamy tu pościgi na wodzie, samochodowe i piesze; bohaterowie tłuką się ze sobą – czasami ulicznie, a innym razem w oktagonie, jak choćby w przypadku wiernej, prawej ręki Andrzeja, Mamuki (Ali Bahrudinov), który prócz bycia gangsterem jest również utytułowanym zawodnikiem MMA. Czy jest to w jakiś sposób istotne dla szerszej fabuły serialu? Nie. Ale to właśnie takie smaczki, pokazanie codziennego życia wszystkich tych ludzi, sprawia, że świat wykreowany przez Maćka Migasa i Michała Wawrzeckiego, sprawia wrażenie żywego, prawdziwego. Od dzisiaj na SkyShowtime można oglądać pierwsze dwa odcinki „Morfeusza”. Sugeruję włączyć drugi, nawet jeśli pierwszy nie do końca Cię porwie - dalej jest lepiej. Koniec końców, jest to kawałek naprawdę wciągającej historii.
Atuty
- Sensowna, zrozumiała i wciągająca intryga;
- Szeptycki i Kmiecik jako dwie strony tej samej monety;
- Jak zawsze świetni Andrzej Grabowski i Andrzej Konopka;
- Solidnie nakręcona, choć może lekko zbyt teledyskowa akcja;
- Pełen zwrotów akcji, wciągający i satysfakcjonujący finał;
- Miejscami niesamowicie żywe, rozrywające serce emocje.
Wady
- Rozmazany, nieskoncentrowany początek, który może zniechęcić część widzów;
- Zbyt raptowna przemiana Piotrka Leyera;
- Kilka specyficznych, trudnych do zaakceptowania decyzji scenariuszowych.
Jaki kraj taka „Infiltracja”? Może poniekąd, ale „Morfeusz” to przede wszystkim po prostu kawał ciekawej historii, opowieść o tym, jak niewiele trzeba, by dobrzy ludzie zeszli na złą ścieżkę. Dobre postacie i wciągająca intryga, ale trzeba przebić się przez lekko siermiężny początek.
Przeczytaj również
Komentarze (1)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych