Mumia (1999) - retro recenzja filmu [Universal]. Klasyka w blockbusterowym wydaniu

Mumia (1999) - retro recenzja, opinia o filmie [Universal]. Klasyka w blockbusterowym wydaniu

Piotrek Kamiński | Dzisiaj, 10:00

Klasyczna "Mumia" z 1932 roku opowiadała historię Imhotepa, żywej, starożytnej mumii, która przemierza Kair w poszukiwaniu reinkarnacji swojej dawnej ukochanej. Wersja Stephena Sommersa w sumie też. Tylko bardziej... Hollywoodzko.

Kiedy w 1922 roku brytyjski archeolog, Howard Carter, odkrył grobowiec faraona Tutanchamona, świat zachłysnął się historią starożytnego Egiptu, a wkrótce po tym również historią "klątwy faraona", przez którą ludzie związani z wykopaliskami mieli ginąć nagle w podejrzanych okolicznościach. Sytuacja stała się na tyle medialna, że szychy z Universala względnie prędko podłapały temat i stwierdziły, że trzecim, po "Draculi" i "Frankensteinie", horrorem ich wytwórni będzie właśnie historia zainspirowana Egiptem.

Dalsza część tekstu pod wideo

Mumia (1999) - retro recenzja, opinia o filmie [Universal]. Jak mumia, to i bandaże 

Producenci nie silili się jednak na zbytnią oryginalność, robiąc zasadniczo nową wersję "Draculi", lecz osadzoną w innym miejscu. Wszystkie najważniejsze elementy scenariusza pozostawały te same - nadprzyrodzone stworzenie przybywa do miasta w poszukiwaniu dawnej miłości, lokalsi próbują ustalić jego tożsamość, zanim wydarzy się tragedia, potwór ma władzę nad swoją wybranką, w ostatniej chwili zostaje powstrzymany. Z początku chciałem pisać właśnie o tej wersji filmu, ale stwierdziłem, że byłoby to trochę nudne i wtórne.

Ktoś mógłby zacząć zastanawiać się, jakim cudem bohaterowie oryginalnego filmu nie potrafili rozpoznać granego przez Borisa Karloffa Imhotepa - przecież raczej trudno jest przegapić chodzące zwłoki, całe owinięte bandażami. To dlatego, że w tym pierwszym filmie w bandażach widzimy go jedynie na samym początku filmu. Później wygląda on prawie jak normalny człowiek, jedynie z ciut dziwnie marszczącą się skórą na twarzy. Dopiero w kolejnych iteracjach historii przyjęto, że mumia ma być rozkładającymi się zwłokami w bandażach. Najpierw w sequelu z 1940 roku, a później już wszędzie, łącznie z kilkoma występami w "Scooby-Doo" i jednym naprawdę mocno działającym na moją kilkuletnią głowę odcinku "Johnny'ego Questa".

Mumia (1999) - retro recenzja, opinia o filmie [Universal]. To samo, ale z pompą

Kiedy pod koniec lat dziewięćdziesiątych podjęto decyzję o wskrzeszeniu marki, z początku miała ona być klasycznym horrorem z raczej mizernym budżetem. Dopiero kolosalna wtopa "Babe: Świnka w mieście" sprawiła, że studio zdecydowało się na pokaźny zastrzyk do budżetu, a projekt przekształcił się w letni blockbuster o przyjaznej rodzinom z dziećmi kategorii wiekowej. W głównej roli obsadzono Brendana Frasera - ponoć po tym, co pokazał w "George prosto z drzewa" i po uporczywie męczącym okresie zdjęciowym i miesiącach pracy magików z Industrial Light&Magic, film wszedł do kin, z miejsca stając się jednym z hitów 1999 roku. 

Rzecz opowiada z grubsza tę samą historię co klasyk sprzed blisko stu lat. Wezyr Imhotep (Arnold Vosloo) naraził się faraonowi nawiązując romans z jego oblubienicą. Próbował uniknąć odpowiedzialności, lecz ostatecznie został schwytany i żywcem pogrzebany w grobowcu, w którym przez trzy tysiące lat czekał na odzyskanie wolności. Nieoczekiwana ekipa poszukiwaczy przygód, składająca się z byłego skazańca, Ricka O'Connella (Fraser), dumnej bibliotekarki, Evelyn (Rachel Weisz) oraz jej tchórzliwego brata, Jonathana (John Hannah), przypadkiem uwalnia mumię, która nie cofnie się przed niczym, byle tylko odzyskać ukochaną sprzed lat. Na swój sposób, całkiem uroczy cel, gdyby nie ta idąca za nim wszędzie śmierć. 

Mumia (1999) - retro recenzja, opinia o filmie [Universal]. Początki ery nadużywania CGI

Film potrafi być odrobinę upiorny w niektórych momentach, lecz horrorem nazwać go nie sposób. Okazjonalny jump scare sprawi zapewne, że młodsza część widowni podskoczy lekko przed telewizorem, wysuszone ciała ofiar mumii wyglądają całkiem przekonująco, a sam Imhotep, w swojej... Niepełnej postaci, choć dziś już mocno niedzisiejszy ze względu na ogólny postęp grafiki komputerowej w obecnym wieku, wciąż imponuje samym pomysłem. Dziurawe ciało, przez które widać, co jest po drugiej stronie, krzywa, niepełna szczęka i nierówno osadzone oczy mogą się podobać, a gnijące ciało nie wygląda wcale tak najgorzej nawet i renderowane w tamtych latach - na pewno lepiej niż Król Skorpion w kontynuacji. Choć, nie czarujmy się, i tak jest to zdecydowanie najsłabiej wyglądający element całego filmu - patrząc z dzisiejszej perspektywy.

W ogóle, efekty wizualne w większości wcale nie wyglądają źle, a to dlatego, że powstawały jeszcze przed czasami, kiedy wszyscy zaczęli robić wszystko na ekranie komputera. Podziwiamy tu imponującą ilość miniatur, podbitych jedynie dodanym tu i tam CGI. Kiedy Ricka atakuje moc mumii pod postacią ruszającego się piachu, ekipa zwyczajnie powsadzała w ziemię rurki podłączone do zbiorników ze sprężonym powietrzem i naprawdę znęcała się nad pocącym się w egipskim słońcu Fraserem. Dopiero gigantyczne burze piaskowe o twarzy Imhotepa trzeba było zrobić komputerowo i powiedziałbym, że do dziś wyglądają solidnie. Oczywiście nie każdy jeden efekt robi równie dobre wrażenie. Kiedy coś wali się za naszymi bohaterami, zwykle widać ogromną ilość rozmycia ruchu, zastosowaną by ukryć niską rozdzielczość efektu. Koniec końców, powiedziałbym jednak, że jak na 26 letni film, wizualnie film Sommersa broni się całkiem dobrze. 

Mumia (1999) - retro recenzja, opinia o filmie [Universal]. Jest przygoda, jest zabawa

Całość trwa bite dwie godziny, ale po drodze zupełnie się tego nie czuje, a to ze względu na świetne tempo i poczucie przygody towarzyszące nam od początku do końca. Nie wiem czyim dokładnie pomysłem było obsadzenie w głównej roli Brendana Frasera, lecz zdecydowanie był to przebłysk geniuszu. W tamtych latach posiadał on idealną mieszankę zawadiackiej dziarskości i uroczej pierdołowatości. Był jak weselszy, luźniejszy Indiana Jones - skaczący nad przepaściami, kradnący pocałunki, wzdrygający się na widok ruszających się zwłok, atakujący widza tymi swoimi wyrazistymi oczami. Reszta obsady też została dobrana odesłanie pod popcornowy film na lato. Rachel Weisz imponowała urodą i miała niesamowitą chemię z Fraserem, a Hannah był doskonałym tchórzem i snobem, nadając scenom lekkość i humor. Ciekawie wypadają również Vosloo i grający przywódcę stróżów mumii Oded Fehr. Są niemal jak dwie strony tej samej monety - obaj trochę straszni, ale z zupełnie innych powodów.

Żeby jednak nie było, że film jest absolutnie bez skazy, wypada przyznać, że niektóre elementy scenariusza są raczej mocno naciągane, napisane głównie dla utrzymania tempa opowieści, a nie ponieważ miały sens. Do tego, nie wszystkie elementy magii stojącej za mumią zostały należycie wytłumaczone, co samo w sobie może i nie jest złe, ale sprawia, że część filmu zamienia się w umiarkowanie świetnie zmontowane polowanie na MacGuffiny. Nie są to jednak niedopatrzenia na tyle duże, by w jakiś znaczący sposób wpłynąć na frajdę z oglądania. 

Kiedy zobaczyłem, że w kwietniu do kin wchodzi nowa wersja "Mumii", wiedziałem, że chcę wrócić do którejś z poprzednich wersji. Zrządzenie losu sprawiło, że była to wersja z końca ubiegłego wieku i bardzo się cieszę, że tak się stało. Zrobiliśmy sobie z synem rodzinny seans i on po raz pierwszy, a ja już kolejny, przekonaliśmy się, że jest to kawał dobrego kina przygodowego. Lee Cronin zamiast "Mumii" zrobił egzorcystę. Stephen Sommers połączył klasykę z kinem nowej przygody i wyszedł mu absolutny klasyk. Polecam. 

Advertisement

Atuty

  • Świetny Brendan Fraser w roli głównej;
  • Większość efektów wizualnych wciąż wygląda solidnie;
  • Sporo praktycznych efektów, miniatur i zdjęcia kręcone faktycznie w Egipcie;
  • Klimatyczna muzyka Jerry'ego Goldsmitha;
  • Poczucie przygody i spora dawka humoru;
  • W większości dobre tempo.

Wady

  • Część efektów komputerowych może wywołać dzisiaj uśmiech politowania;
  • Dziwne, nielogiczne decyzje scenariuszowe, wpływające lekko na odbiór środka filmu.

Nikt nie wymyślał tu koła na nowo. Stephen Sommers wziął mocno już skostniałą koncepcję i przerobił ją na wesołe kino przygodowe z dreszczykiem emocji. Scenariusz mógł jeszcze zostać poprawiony, ale to i tak kawał dobrej zabawy.

8,0
Piotrek Kamiński Strona autora
Z wykształcenia filolog, z zamiłowania gracz i kinoman pochłaniający popkulturę od przeszło 30 lat. O filmach na PPE pisze od 2019. Zarówno w grach, jak i filmach najbardziej ceni sobie dobrą fabułę. W wolnych chwilach lubi poczytać, pójść na koncert albo rodzinny spacer z psem.
cropper