Przepis na morderstwo (2026) - recenzja, opinia o filmie [Kino świat]. Problemy rodzinne i wielkie pieniądze
Becket Redfellow miał przyjemność urodzić się w obrzydliwie bogatej rodzinie. Niestety, miał również nieprzyjemność urodzić się bękartem i zostać kompletnie odciętym od rodzinnego splendoru. Lata później, zdaje się być w miarę zadowolony ze swojego miejsca na świecie. To jest, dopóki nie wpada na dawną miłość z czasów młodości, która mimochodem sugeruje mu pewien plan - a może by tak postarać się być następnym w kolejce do fortuny Redfellowów?
Film Johna Pattona Forda to kolejna z kilku już adaptacji powieści Roya Hornimana, pod tytułem "Israel Rank: The Autobiography of a Criminal". Co ciekawe, żadna z adaptacji nie współdzieli tytułu z oryginałem, sugerując, że są one nim jedynie zainspirowane. W 1949 powstała czarna komedia "Kind Hearts and Coronets" z Aleciem Guinnessem, u nas znana pod tytułem "Szlachectwo zobowiązuje", a w 2013 na deskach Broadwayu premierę miał musical "A Gentleman's Guide to Love & Murder". Zarówno klasyczny film, jak i wersja sceniczna spotkały się z ciepłym przyjęciem krytyków i publiczności. A jak przedstawia się nowa wersja?
Mówiąc krótko: dziwnie. Z jednej strony, Ford i wcielający się w główną rolę Glen Powell - który zaczyna powoli wyskakiwać z lodówki, grając we wszystkim, w czym się da - serwują nam tu lekką komedię na skrajnie absurdalny temat, ale przemycają też przy tym kilka odrobinę głębszych obserwacji na temat moralności, satysfakcji z życia i parę innych rzeczy. Efekt, choć z początku intrygujący, ostatecznie nie do końca się ze sobą klei. Lądujemy z bohaterem robiącym złe rzeczy, ale to nic, bo jego ofiary są jeszcze gorsze, a całość traktować należy z przymrużeniem oka, po czym okazuje się, że jednak pewne sprawy wypadałoby rozpatrywać bardziej poważnie, a więc w gruncie rzeczy śledzimy bezwzględnego mordercę własnej rodziny - to kibicować mu, czy nie? Film sam nie do końca chyba wie, jak odpowiedzieć na to pytanie.
Przepis na morderstwo (2026) - recenzja, opinia o filmie [Kino świat]. Karykatura elit bez polotu
Czego by jednak nie mówić o kierunku fabuły i mocno specyficznym jej zwieńczeniu (albo zahaczającym o geniusz, albo kompletnie miałkim, zależy od nastawienia widza), trzeba przyznać Fordowi, że zebrał w swoim filmie naprawdę solidną obsadę, doskonale bawiącą się w swoich rolach. Wbrew pozorom, chyba najbardziej w całym filmie NIE pasował mi Powell, a to ze względu na ten wspomniany wyżej dysonans dotyczący jego postaci. Z drugiej strony mamy członków jego rodziny - początkowo skrytego w cieniu nestora rodu, Whitelawa Redfellowa (Ed Harris), barwną śmietankę kuzynów, granych przez Raffa Lawa, Zacha Woodsa i Tophera Grace'a, oraz kilku wujków i jedną ciotkę.
Kawa na ławę: to są postacie z kreskówki, a nie prawdziwi ludzie. Odnoszę wrażenie, że reżyser specjalnie zrobił z nich chodzące karykatury, żeby widz nie czuł się zbyt źle, kibicując głównemu bohaterowi. I tak jak gardzący biednymi kuzyn czy wyniosła ciotka są odpowiednio irytujący, dzięki czemu w ogóle nie jest nam ich szkoda, tak już kuzyn fotograf, którego największym grzechem jest pretensjonalna natura artysty, na śmierć nie zasługuje, raz jeszcze wprowadzając ten wspomniany już dysonans i sprawiając, że widz sam nie wie, jak powinien się czuć. Problemu tego w ogóle nie powoduje natomiast postać Margaret Qualley, Julia. Jej wyrachowanie, żądza pieniędzy oraz natura femme fatale natychmiast stawiają ją w bardzo wyraźnym świetle postaci, którą kocha się nienawidzić. I wychodzi na to, że choć w filmie pojawia się raczej rzadko, jest jedną z najlepiej napisanych postaci - w pięknej kontrze do granej przez Jessicę Henwick Ruth. Trzeba jednak mieć świadomość tego, z jakimi postaciami mamy tu do czynienia, że to nie są ludzie z krwi i kości, że mają być wyolbrzymieni do granic możliwości, bo tak to zostało zaplanowane. Bez zgodzenia się na tę konwencję możesz nawet do "Przepisu na morderstwo" nie podchodzić.
Przepis na morderstwo (2026) - recenzja, opinia o filmie [Kino świat]. Trochę zbyt znajomo wygląda
Biorąc pod uwagę, kto gra w filmie Forda główną rolę, nie do końca też spodobało mi się, jak gdzieś w okolicach środka projekcji dostajemy montaż Becketa wcielającego się w kilka ról, przyjmującego imiona, udającego akcenty, żeby potajemnie dostać się do swoich krewniaków i pozbawić ich życia. Przecież to niemal dosłownie to samo, co Richard Linklater zrobił z nim w "Hit Manie" z 2023, tyle że tam jego postać udawała płatnych zabójców, aby łapać osoby próbujące zlecić morderstwo, a tutaj robi to naprawdę. I niby nie jest to dosłownie to samo, ale przez zatrudnienie takiego, a nie innego aktora, staje się nieprzyjemnie odtwórczo podobne.
Powiedziałbym jednak, że oceniając "Przepis na morderstwo" w próżni, nie porównując go ani z wcześniejszymi wersjami tej historii, ani z innymi dziełami kultury, w których ta samą obsada mogła występować w podobnym charakterze, jest to film całkiem niezły. Narracja Becketa nie jest przesadnie natarczywa i nie sprawia, że czujemy się, jakby na chama wtłaczano nam ekspozycję. Akcja leci do przodu całkiem wartko, a ładne wnętrza i eleganckie stroje sprawiają, że czujemy się komfortowo. Przy tym wszystkim, warto również dodać, że scenariusz Forda jest całkiem zabawny, choć zwykle w dosyć stonowany sposób - aby nie kłócić się nazbyt z poważniejszymi motywami filmu, co, jak już parokrotnie wspominałem, udaje się z mocno mieszanym skutkiem.
"Przepis na morderstwo" to kawał dziwnego kina. Z jednej strony lekka komedia, satyra na bogate rody, z drugiej rodzinny dramat o podłożu egzystencjonalnym i nieuchronności fatum. Glen Powell ma odpowiednią energię i charyzmę żeby pociągnąć oba tematy, ale czegoś tu zabrakło. Jest odtwórczo, scenariusz miejscami zdaje się być niedopieczony, morał gdzieś się po drodze gubi, a zakończenie... No, jakieś tam jest. Nawiązując do tego, co napisałem wcześniej - w moim odczuciu raczej miałkie.
Przeczytaj również
Komentarze (1)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych