12 gniewnych ludzi (1957) – retro recenzja, opinia o filmie [MGM]. Nieugięta dociekliwość
Ktoś został zamordowany. Władze myślą, że sprawcą jest młody chłopak, który akurat znajdował się w okolicy. Po usłyszenia wszystkich za i przeciw, grupa dwunastu, przypadkowo wybranych jurorów musi zgodzić się, czy jest on winny czy niewinny zarzucanej mu zbrodni.
Kiedyś to robiło się filmy! Jasne, od samego początku istnienia kinematografii interesowało nas opowiadanie historii wybitnie mało prawdopodobnych, lecz imponująca duża część wszystkich filmów opowiadała nie o kosmosie czy fantastycznych stworzeniach, a o zwykłych ludziach w niezwykłych sytuacjach. I „12 gniewnych ludzi” to jest właśnie apogeum tego podejścia. Idealny film o ludziach.
Pierwszym, szalenie istotnym elementem układanki, jaką jest film Lumeta, jest fakt, że scenariusz autorstwa Reginalda Rose'a nie opierał się na żadnej, wcześniej istniejącej własności intelektualnej – co w tamtych latach nie było niczym nadzwyczajnym. Rose sam służył jako przysięgły w trudnej sprawie, gdzieś w połowie lat pięćdziesiątych, i to właśnie to doświadczenie zainspirowało go do napisania dzisiejszego filmu. Niby nic takiego, ale wydaje mi się, że w dzisiejszych czasach, gdzie znakomita większość filmów i seriali bazuje na istniejących już książkach, jest to coś, co warto zauważyć.
12 gniewnych ludzi (1957) – retro recenzja, opinia o filmie [MGM]. Prostota w istocie
Fabuła jest tak prosta, jak to tylko możliwe. Dwanaście osób musi zdecydować o dalszym losie jednego człowieka. Sytuacja wydaje się być do bólu prosta. Praktycznie wszystko wskazuje na winę oskarżonego. Wystarczy jedno głosowanie i można wracać do domu, oglądać mecz, siedzieć z rodziną, bawić się z psem. Jest tylko jeden problem. Z dwunastu osób jedenaście chce załatwić sprawę jak najprędzej. Jeden natomiast uważa, że sytuacja jest na tyle nieoczywista, że oskarżony zasługuje na chociaż najbardziej pobieżne przejrzenie jego sprawy, zanim zostanie skazany na śmierć.
Przez kolejnych 90 minut – w zupełności wystarczających – obserwować będziemy jak juror numer 8 (Henry Fonda) stara się przekonać swoich kolegów, że, być może, sytuacja nie jest tak oczywista, jak mogłoby się wydawać. Żaden z bohaterów filmu nie jest nam znany z imienia, ale nie jest to konieczne, ponieważ istotne jest to, jakimi są oni ludźmi, a nie czy mają na imię Paweł czy Marek. Odrobinę problematyczny, z dzisiejszej perspektywy, może być fakt, że praktycznie żadna z postaci nie daje się za bardzo poznać jako osoba. Jasne, główny agitator skazującego wyroku rzuca się w oczy bardziej niż pozostali, ale tak samo jak o innych, wiemy o nim tyle, co nic. Ponieważ nie ma takiej potrzeby.
12 gniewnych ludzi (1957) – retro recenzja, opinia o filmie [MGM]. Trójca jedności
Praktycznie cały film dzieje się w jednym miejscu – kilka pierwszych i ostatnia scena pokazują nam fasadę sądu, w którym debatuje naszych dwunastu gniewnych ludzi, lecz są to jedynie narracyjne okładki, otwierające i zamykające faktycznie istotną fabułę. Ta natomiast rozgrywa się w czterech ścianach sali, w której nasi bohaterowie mają rozstrzygnąć, czy nigdy nie ujawniony nam oskarżony jest winny zarzucanych mu czynów, czy nie. Reżyser nie dostarcza widzowi wizualnych fajerwerków – jedyne, na co możemy liczyć, to odrobina deszczu, głównie sugerowana nieustępliwym dźwiękiem wody uderzającej o szyby. To jeden z tych filmów, które rozgrywają się w jednym miejscu i choć brzmi to jak przepis na katastrofę, to jednak w tym przypadku twórcy mogą opuścić pole bitwy z wysoko podniesionymi brodami. Przez 90 minut obserwujemy rozmawiających ze sobą facetów z nudnych garniturach, a i tak nie potrafimy oderwać się od ekranu.
Co można zarzucić filmowi Sidneya Lumeta? Cóż, na upartego da się powiedzieć, że dzieje się w nim raczej niewiele, a jeśli nie liczyć głównego bohatera, reszta postaci jest tu jedynie ozdobą, narzędziem pchania narracji do przodu. Jest to szalenie wręcz prost w swojej koncepcji film, ale co z tego, skoro fabuła Rose'a po prostu działa? Przez dziewięćdziesiąt minut obserwujemy grupę niepowiązanych ze sobą osób, które przeciągają między sobą metaforyczną linę, bawiąc się ludzkim życiem. I jest to absolutnie niezapomniane, zostające z człowiekiem przeżycie.
Atuty
- Świetny Peter Fonda;
- Zajmująca, dobrze poprowadzona fabuła;
- Solidne tempo opowieści.
Wady
- Być może odrobinę zbyt nijako potraktowana reszta postaci.
„12 gniewnych ludzi” to zero akcji i sto procent napięcia. Prosta w swojej istocie, za to nieskończenie skomplikowana sytuacja, którą po prostu chce się oglądać.
Przeczytaj również
Komentarze (4)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych