Godzina zero (2025) – recenzja, opinia o serialu [Canal+]. Na motywach powieści Agathy Christie
Uwielbiany przez tłumy tenisista zostaje oskarżony przez swoją żonę o zdradę. Mimo wielkiego wstydu, po wszystkim postanawia postarać się zostać z byłą żoną w przyjaznych stosunkach. Wybierają się wspólnie z jego nową małżonką do Gull's Point, które już wkrótce stanie się miejscem zbrodni.
Adaptacja słynnych powieści detektywistycznych zawsze skazana jest na pewien paradoks. Jeśli twórcy danego filmu czy serialu będą kurczowo trzymali się najmniejszych detali, dialogów i wszystkiego pomiędzy, co znamy z oryginału, zostaną posądzeni o stworzenie adaptacji zwyczajnie nudnej, najpewniej przegadanej i kompletnie zbędnej. Jeśli postanowią zrobić coś bardziej swojego, korzystając z książki jedynie jako bazy, niemal na pewno zostaną zrównani z ziemią, bo to przecież już nie ta historia, a w ogóle to oryginał był zwyczajnie lepszy. Oczywiście, złoty środek gdzieś tam istnieje, co udowadniają choćby adaptacje takie jak „I nie było już nikogo”, o którym to serialu pisałem jakoś z miesiąc temu. Są to jednak wyjątki od reguły, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, kiedy tak szalenie trudno jest dogodzić widzowi.
„Godzina zero” tylko w najszerszych pociągnięciach pędzla opowiada historię z papierowego oryginału z 1966 roku. Zmian w temacie intrygi, poszczególnych postaci i nawet ogólnej obsady jest tu tak wiele, że można wręcz pomyśleć, że to już nie ta historia. Lecz nie – zakończenie wciąż pozostaje z grubsza takie samo, choć powiedziałbym, że przez wzgląd na wszystkie te różnice, przestaje robić tak dobre wrażenie jak podczas lektury. I jasne, łatwo rzucić oskarżeniem, że gdyby najpierw obejrzeć serial, a dopiero później zapoznać się z książką, to nie byłoby problemu. Spieszę jednak donieść, że ja zapoznawałem się z tą historią właśnie w tej odwróconej kolejności i tak jak serial do pewnego stopnia nawet mi się spodobał, tak nie mogłem wyjść później z podziwu, jak wiele istotnych elementów zostało pominiętych lub zmienionych.
Godzina zero (2025) – recenzja, opinia o serialu [Canal+]. Rozwleczony materiał
„Najbardziej” głównym bohaterem serialu jest Nevile Strange (Oliver Jackson-Cohen). Poznajemy go, kiedy akurat siedzi w sądzie i stara się udowodnić, że wcale nie zdradził swojej żony, Audrey (Ella Lily Hyland), z ponętną Kay Elliot (Mimi Keene). Nevile i Audrey znają się od dziecka, kiedy to oboje byli wychowankami arystokratów, Lorda i Lady Tresslin. Stary pan już nie żyje, lecz jego żona (Anjelica Huston) wciąż wyzłośliwia się na świat z okiem swojej posiadłości w Gull's Point. Trochę bardziej niż wszystko inne, wnerwia ją obecność hotelu stojącego po drugiej stronie zatoki, nad którą mieści się jej dom. Alkohol, seks i głośne zabawy są tam codziennością, a głupi goście, starający się udowodnić sobie i wszystkim, którzy akurat patrzy, jacy to są męscy, regularnie topią się próbując przepłynąć spod hotelu pod posiadłość. To właśnie ten teren stanie się miejscem zbrodni tak głupiej i okrutnej, że na zawsze już skala pamięć Gull's Point.
Niestety, nastąpi to dopiero gdzieś w połowie tego czteroodcinkowego serialu. Skojarzenia ze „Śmiercią nad Nilem” zdecydowanie są na miejscu. Nawet zestaw postaci wygląda zaskakująco podobnie, choć to akurat zasługa faktu, że tak właśnie zazwyczaj wygląda zbiór podejrzanych w książkach Christie. Rzecz w tym, że tak jak tamta ostatnia adaptacja z 2022 roku, autorstwa Kennetha Branagha, trwała całkiem nieźle wykorzystane dwie godziny, tak tutaj dostajemy blisko cztery godziny telewizji, z czego w pierwszych dwóch dzieje się... zaskakująco niewiele. Na pewno miłym jest fakt, że dostajemy czas na dobre zapoznanie się z wszystkimi bohaterami tego dramatu, lecz prawda jest taka, że ten sam efekt spokojnie można by osiągnąć skracając całość o dobrą godzinę albo i półtorej.
Godzina zero (2025) – recenzja, opinia o serialu [Canal+]. Niepotrzebne zmiany
Reżyser, Sam Yates, sprawia wrażenie, jakby na siłę rozciągał materiał, jakby wcale nie miał pomysłu, jak przekuć tę historię w cztery godziny telewizji, ale zwyczajnie nie miał wyjścia. Sceny tańca są długie, mierzące spojrzenia poszczególnych postaci, mściwie patrzących na siebie nawzajem, niepotrzebnie przeciągnięte, a wiele panoram zwyczajnie zbędnych. Przyznam, że siadając do pierwszego odcinka, po całkiem intrygującym wstępie z narracją pana Trevesa (Clarke Peters), szybko zacząłem się nudzić. Nie pomógł również fakt, że na jego końcu nie czeka żaden wielki zwrot. Ten następuje dopiero godzinę później, ale jego wykonanie jest tak pozbawione napięcia, atmosfery wyczekiwania i niepewności, że można wręcz mrugnąć zbyt przeciągle i kompletnie go przegapić. Czysto technicznie, zdjęcia wyglądają dobrze – zarówno wnętrza, jak i stojący nad klifem dom robią dobre wrażenie, a aktorzy robią co mogą, by dobrze odegrać swoje role. Tylko kilka razy miałem wrażenie, że pewne emocje i gesty wyglądają zbyt teatralnie, ale może taki właśnie był zamiar, biorąc pod uwagę czasy, w których rozgrywa się akcja? Trudno powiedzieć.
Największym problemem serialu jest sposób prowadzenia narracji. Mam wrażenie, że zdecydowanie zbyt szybko jasnym staje się, kto będzie czarnych charakterem serialu – nawet jeszcze zanim na scenie pojawi się ciało. Wiąże się to zarówno z kilkoma zupełnie niepotrzebnie ujawnionymi nam tak wcześnie faktami – których w książce próżno szukać – jak i charakterystyką poszczególnych bohaterów. Nie zrzucałbym winy na aktorów, którzy po prostu wykonali swoją pracę, ale właśnie na scenariusz, zmieniający oryginał za bardzo i zazwyczaj kompletnie niepotrzebnie. Odebrało to postaciom niuanse, zbytnio je spłycając i szufladkując. Audrey i Kay stały się do siebie zbyt podobne, część postaci kompletnie wycięto, inspektor Battle został wymieniony na inspektora Leacha (Matthew Rhys) – za to została jego córka, Sylvia (Grace Doherty), która teraz jest zupełnie inną postacią, w dodatku przez znakomitą większość fabuły nie mającą nic do roboty. To aż komiczne, jak nie pasuje ona do większości scen, w których bierze udział. Wszystko to byłoby jednak do wybaczenia, gdyby nie zwieńczenie historii, tak mocno skanibalizowane, skrócone i spłycone, że stało się wręcz śmieszne. Motyw mordercy i jego plan wciąż wrzucają ciarki na plecy, ale wszystko inne leży i kwiczy.
Chciałbym powiedzieć, że „Godzina zero” bardziej mi się podobała niż nie podobała, lecz chyba nie mogę. Fabuła rozkręca się niemożliwie wręcz wolno i choć po drodze dostajemy kilka ciekawych ujęć, a plan i motyw mordercy są naprawdę ciekawe, twórcy serialu aktywnie działają na swoją szkodę, popadając w banał i oczywistości, jakby bali się, że przeciętny widz byłby w innym wypadku zbyt głupi, aby nadążyć za fabułą. Jest tu kilka rzeczy, które mogą się podobać, ale w ostatecznym rozrachunku, „Godzina zero” jest zwyczajnie kiepska.
Atuty
- Intryga ma kilka ciekawych elementów;
- Aktorsko nie jest źle;
- Ładne zdjęcia.
Wady
- Zbyt ślamazarne tempo;
- Zmiany w stosunku do oryginału, które szkodzą zarówno postaciom, jak i samej zagadce;
- Mało satysfakcjonujące, byle jak skonstruowane rozwiązanie;
- Kilka przesadnie teatralnych momentów.
Może gdyby twórcy serialu nie uparli się, aby zmienić tak wiele elementów oryginału, dostalibyśmy prawdziwie udany kryminał. Zamiast tego wyszła im powolna, nie szanująca inteligencji widza męczarnia z ciekawym, acz niedorobionym finałem.
Przeczytaj również
Komentarze (1)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych