Panna młoda! (2026) - recenzja filmu [Warner Bros]. Ajajaj, kobiety rządzą nami mężczyznami

Panna młoda! (2026) - recenzja, opinia o filmie [Warner Bros]. Ajajaj, kobiety rządzą nami mężczyznami

Piotrek Kamiński | Wczoraj, 22:00

Potwór Frankensteina, obecnie znany jako Frank, zaczyna narzekać na swoją samotność. Idzie więc do genialnej naukowczyni, aby ta zrobiła mu żonę z czyichś zwłok. Wybór pada na świeżo zmarłą prostytutkę. Cóż najgorszego mogłoby się wydarzyć?! 

Chciałbym od samego początku postawić sprawę jasno: nie lubię Maggie Gyllenhaal. Uważam, że jest kiepską aktorką - zdecydowanie była najsłabszym ogniwem nolanowego "Mrocznego rycerza" z 2008 roku - przez co trudno mi też brać ją na poważnie jako reżyserkę. Jej debiut, "Córka" z 2021, zebrał raczej przychylne recenzje, choć wielu widzów uważa również, że cały film był chaotyczny i nudny, ratowany do jakiegoś tam stopnia przez mocną obsadę aktorską. I to chyba jest styl, którym charakteryzuje się pani Gyllenhaal, bo zgadnij co - "Panna młoda!" jest dokładnie taka sama. 

Dalsza część tekstu pod wideo

O czym jest ten film? Mówiąc prosto, o wszystkim. Trochę o Frankensteinie, trochę o jego nowej żonie, trochę o policji, o mafii, o kinie, o toksycznej męskości i o feminizmie, który bierze wszystkie te tematy i spina je niezwykle niewprawnie w jedną całość. Sam siebie opisałbym jako przyjaciela kobiet i kogoś na wzór feministy, ale nie takiego bezrefleksyjnie skandującego puste hasła i zdecydowanie nie takiego, który siłę kobiet buduje przez umniejszanie mężczyznom. Wszystko da się zrobić dobrze i źle. Maggie w swoim filmie korzysta, niestety, z tej drugiej opcji. Wszyscy mężczyźni w jej filmie są albo głupi albo bezużyteczni albo jedyne o czym marzą to żeby zgwałcić lub w inny sposób wykorzystać każdą kobietę, na którą trafią. Frank jest tu jedynym wyjątkiem, ale przy tym dosłownie nie posiada penisa, więc jemu wolno. Subtelne, jak strzał z plaskacza. 

Panna młoda! (2026) - recenzja, opinia o filmie [Warner Bros]. Pomieszanie z poplątaniem 

Dwa główne wątki filmu to specyficzna historia miłosna Franka (Christian Bale) i Penny (Jessie Buckley), którzy chwilę spędzają w Chicago lat trzydziestych ubiegłego wieku, po czym ruszają w tourne, oraz wątek policyjny, który również wiąże się z tytułową postacią. Zacznijmy od romansu. Frank i pani doktor (Annette Bening) wmawiają świeżo ożywionej Penny, że miała wypadek, przez który nie pamięta swojej przeszłości. Całość zaczyna się więc od najbardziej ekstremalnego gaslightingu, jaki w życiu widziałeś - dobrze wróży na przyszłość. Większość ich scen wygląda dosyć podobnie, Penny nie bawi się najlepiej robiąc rzeczy, które interesują jej męża, ten kłamie, że zawsze je lubiła, ona trochę mu nie wierzy, ale jednak ostatecznie daje się nakłonić. Koniec. Powtórz dwadzieścia razy. Czasami również trafiają się ci wspomniani wcześniej gwałciciele, przez których Franky musi stanąć na wysokości zadania i ratować ukochaną - choć broni się przed reakcją tak długo, jak tylko się da. Szybko staje się to męczące, a w dłuższej perspektywie też nudne. Więc może chociaż ten drugi wątek będzie lepszy? 

Policję reprezentują detektyw Wiles (Peter Sarsgaard) i jego protegowana, funkcjonariusz Malloy (Penelope Cruz). Zaczynają interesować się naszymi bohaterami po krwawej - i tragicznie absurdalnej - jatce, którą w pewnym momencie urządził Frank. Z początku mamy wrażenie, że po prostu chcą po prostu dopaść sprawców przestępstwa, lecz z czasem zaczynamy dowiadywać się o drugim dnie całej tej sytuacji, o niebezpiecznych gangsterach, pracy pod przykrywką i innych rzeczach, które na papierze brzmią nawet ciekawie, ale wyjeżdżają tak mocno znikąd i ostatecznie nie są zbyt dobrze powiązane z główną historią Franka i Penny, że sprawiają wrażenie wyciągniętych z zupełnie innego filmu. No i, oczywiście, pełno tu sytuacji typu: Mallory jako jedyna ma mózg, ale nikt nie chce jej słuchać, bo jest kobietą. 

Panna młoda! (2026) - recenzja, opinia o filmie [Warner Bros]. Jest stylowo 

Tym, co poniekąd ratuje film Gyllenhaal są warstwa wizualna i aktorzy w głównych rolach. Cały film wygląda szalenie stylowo, przenosząc nas do Chicago sprzed blisko stu lat. Zdjęcia Lawrence'a Shera są wyraziste i pięknie pokolorowane, pełne regularnych odniesień do innych filmów dzielących czasy i/lub tematykę z "Panną młodą!". Nawet zwykły pociąg przejeżdżający przez las wygląda romantycznie, z nutą nostalgii i tęsknotą za czasami dawno minionymi. Stroje bohaterów rzucają się w oczy i biją po oczach kolorami, wnętrza potrafią zaskoczyć niebanalnym oświetleniem i tylko ten stroboskop w jednym klubie jakoś nie pasuje mi do dekady i do kompletu sprawiał, że musiałem mrużyć oczy, bo ciągle skakanie między ostrym, białym światłem, a ciemnością strasznie mnie męczył. Co ciekawe, Gyllenhaal nakręciła też ładnych kilka ujęć "starego kina" - filmów, które z pasją ogląda Frank - i trzeba przyznać, że gdyby nie fakt, że widzę na ekranie Jake'a Gyllenhaala, bez problemu uwierzyłbym, że to prawdziwe nagrania z tamtej epoki. 

Christian Bale to klasa sama w sobie, więc wiadomo, że Frankenstein w jego wykonaniu działa bez szwanku. To postać tragiczna, boleśnie samotna i kiepsko przystosowana społecznie, przez co rozmowa z nim nie należy do najłatwiejszych. Fascynuje go sztuka, nie szuka zwady, zdaje się, że naprawdę zależy mu na nowej żonie, ale nie bardzo umie z nią rozmawiać, więc albo coś burczy pod nosem albo krzyczy na całe gardło, starając się dopasować do jej energii. Efektem jest wersja postaci, jakiej jeszcze nie widzieliśmy. Ale królową balu i tak jest Buckley - tutaj w podwójnej roli Penny oraz przemawiającej co jakiś czas, a to do widza, a to do panny młodej, pisarki, autorki Frankensteina, Mary Shelley. Ta druga kreacja nie jest specjalnie udana - jakoś nie widzę Shelley jako przeklinającej, wiecznie poirytowanej feminy. Penny natomiast jest niesamowicie ciekawa. Absolutny wulkan energii, choć potrafi się i zadumać, zasmucić swoim losem. Miejscami zdaje się też lekko "zacinać" i przez chwilę mówić jedynie pojedynczymi hasłami. Buckley jest przy tym tak ekspresyjna, że zwyczajnie nie pozwala oderwać od siebie wzroku.

Mimo to, moim zdaniem "Panna młoda!" jest filmem zwyczajnie słabym. Aktorzy swoją się i troją byle odciągnąć naszą uwagę od scenariusza, ale sami całego filmu nie udźwigną. To banalna, pełna obrzydliwego pseudo-feminizmu, chaotyczna i nieskładna opowiastka, która mogłaby równie dobrze nie mieć nic wspólnego z postaciami Shelley, bo jako modernistyczna wersja ich historii wypada po prostu blado. Nie polecam.

Advertisement

Atuty

  • Jessie Buckley i Christian Bale;
  • Ładne zdjęcia.

Wady

  • Chaotyczna, nieskoncentrowana fabuła;
  • Postać Mary Shelley;
  • Miejscami zapomina, w którym stuleciu się dzieje;
  • Obrzydliwy pseudo-feminizm;
  • Repetytywny, kopiuje sam siebie;
  • Masa logicznych absurdów.

"Panna młoda!" to film przypominający trochę potwora, o którym opowiada - monstrum pozszywane niewprawnie z wielu różnych elementów.

3,0
Piotrek Kamiński Strona autora
Z wykształcenia filolog, z zamiłowania gracz i kinoman pochłaniający popkulturę od przeszło 30 lat. O filmach na PPE pisze od 2019. Zarówno w grach, jak i filmach najbardziej ceni sobie dobrą fabułę. W wolnych chwilach lubi poczytać, pójść na koncert albo rodzinny spacer z psem.
cropper