Maszyna do zabijania (2026) – recenzja filmu [Netflix]. Metal Gear Reacher

Maszyna do zabijania (2026) – recenzja, opinia o filmie [Netflix]. Metal Gear Reacher

Piotrek Kamiński | Wczoraj, 20:00

Wojskowy z traumatyczną przeszłością bierze udział w szkoleniu na Rangera. Jego zadanie – przetrwać w dziczy, dotrzeć do mety i być najlepszym z najlepszych. Tutaj ludzie przestają być imionami, a stają się numerami. 81 nie wie jeszcze, że walka o miejsce w jednostce wkrótce zmieni się w horror i walkę o życie.

Patrick Hughes jest solidnym wyrobkiewiczem. Jego pełnometrażowy debiut, „Red Hill”, to film o którym nawet do tej pory nie słyszałem. Po nim nastąpiło kilka lat posuchy, aż w końcu przełom w postaci trzecich „Niezniszczalnych”, lecz od początku była to raczej problematyczna produkcja – naciski studia, aby trzeci odcinek serii znanej ze swojej brutalności zmieścił się nagle w kategorii wiekowej 13+, konieczność reżyserowania dinozaurów kina akcji jako drugi gig w karierze, sam fakt, że to już trzecia część serii. Wszystko pod górkę. Film nie był wcale aż tak tragiczny, ale zarówno recenzenci, jak i fani marki solidnie sobie z niego żartowali. 

Dalsza część tekstu pod wideo

Na szczęście, już chwilę później Hughes dał nam „Bodyguarda Zawodowca”, zaskakująco udaną komedię akcji z Ryanem Reynoldsem i Samuelem L. Jacksonem, czym udowodnił, że ma dryg i czuje bluesa. Sequel nie był już aż tak udany, choć ja osobiście wciąż bawiłem się na nim bardzo dobrze, podobnie zresztą, jak na „Człowieku z Toronto”, bardzo głupiej, ale przy tym uroczej komedii akcji Netflixa z Kevinem Hartem i Woodym Harrelsonem. Ani jednego, prawdziwie złego filmu, to całkiem niezły wynik, jak na dzisiejsze czasy. Pytanie, jak długo uda się go utrzymać? Hmmm...

Maszyna do zabijania (2026) – recenzja, opinia o filmie [Netflix]. Historia bez jaj i bohaterowie bez imion

Myślę, że pewnym problemem nowej propozycji czerwonego N może być jej fabuła. A właściwie to jej brak. Muszę przyznać, że dawno już nie widziałem aż tak szkieletowego scenariusza. Ot, poznajemy naszego głównego bohatera, numer 81 (Alan Ritchson). Po szybkiej akcji z pierwszych minut – odkąd Matt Damon zwrócił na to uwagę w wywiadzie, nie mogę przestać myśleć o tym, jak każdy jeden film Netflixa musi zaczynać się od jakiejś eksplozji, nieważne czy prawdziwej czy metaforycznej – przeskakujemy w przyszłość, gdzie ten sam 81 staje przed komisją rekrutacyjną do U.S. Army Rangers. Zostaje przydzielony i z grupą innych chętnych rusza na poligon szkoleniowy, gdzie czeka go morderczy trening. Słabi eliminowani są każdego dnia. 81 zdaje się nie mieć słabych stron, lecz „każda maszyna prędzej czy później się psuje”...

Pozostali rekruci również nie mają imion i jest to chyba największa bolączka tego filmu. Może nie sam fakt, że najbliższym kumplem naszego bohatera jest facet, na którego wołają po prostu 7 (Stephan James), ale to, jak nierozwinięci są oni wszyscy jako postacie. Każdy ma przypiętą jakąś tam, bardzo prostą łatkę – śmieszek, gaduła, homoseksualista i tak dalej – ale film nigdy nie daje nam poznać ich jako ludzi, nie pozwala im spędzić ze sobą czasu, co zbudowałoby między nimi więzi, a nam pozwoliło mocniej przejąć się ich losem. Jasne, czuć taką bardzo ogólną komitywę, braterstwo między nimi (skropione paroma litrami testosteronu), lecz koniec końców postacie poboczne są najsłabiej zrealizowanym elementem całego filmu.

Maszyna do zabijania (2026) – recenzja, opinia o filmie [Netflix]. Tego się nie spodziewałem

Gdzieś w okolicach połowy seansu film zalicza kolosalną woltę, kompletnie zmieniając kierunek rozwoju fabuły i przy okazji gatunek filmowy. Nie będę pisał dokładnie, o co chodzi, ale zdaje się, że mogę powiedzieć, że akcja mocno się rozkręca, a artyści wizualni mają pełne ręce roboty. I trzeba przyznać, że pod tymi względami „Maszyna do zabijania” naprawdę może się podobać. Zarówno sam projekt stworzonych komputerowo obiektów robi dobre wrażenie, jak i sposób ich wkomponowania w obraz. Szczególnie detale ich interakcji z otoczeniem oraz gigantyczna ilość efektów cząsteczkowych mogą się podobać. W ogóle, obraz w filmie, z wyrazistym, błękitnym filtrem nałożonym na całość, przykuwa uwagę widza. Po drodze, naprawdę łatwo jest się dobrze bawić z filmem Hughesa.

Czar pryska jednak, kiedy docieramy do mety i okazuje się, że cała ta przygoda nie została do końca przemyślana – niemal cała fabuła, to po prostu zbiór zadań, przeszkód do pokonania: jak przejść przez rzekę, jak zejść ze skały, gdzie czeka dowództwo i jak się tam dostać. Kiedy w połowie zmienia się kierunek narracji, a na ekran wjeżdżają wspomniane już, komputerowo generowane obrazy, część postaci zaczyna zastanawiać się nad ich pochodzeniem. Rzucają kilkoma teoriami, kłócą się i... do niczego ostatecznie nie dochodzą. Film oferuje w końcu wyjaśnienie, ale jest ono bardzo ogólne, pełne dziur i dodatkowych pytań, a przez to raczej mało satysfakcjonujące. W gruncie rzeczy, jedynym należycie zrealizowanym od początku do końca wątkiem filmu jest droga, którą musi przebyć postać Ritchsona. Znamy stawkę, rozumiemy powody, widzimy przeciwności, którym będzie musiał stawić czoła i ostatecznie możemy czuć się usatysfakcjonowani, bo wszystkie elementy jego historii zostają poruszone, rozwinięte i ostatecznie zakończone.

„Maszyna do zabijania” nie jest złym filmem, ale nie jest też filmem dobrym. To po prostu średniak z dużym budżetem, który pozwala mu całkiem skutecznie porwać widza na tych 100 minut. Akcja jest wartka, efekty dobre, a Ritchson już nieraz udowodnił, że potrafi dźwignąć na swoich wielkich barkach ciężar całej produkcji. Ostatecznie jednak, gdy kurz już opadnie, okaże się, że nie ma tu nic ponad tę imponującą akcję. Niektórym zapewne to wystarczy. Ja uważam, że w dzisiejszych czasach szkoda dwóch godzin na film, który jest zasadniczo po prostu bezmyślną sieczką.

Advertisement

Atuty

  • Alan Ritchson z PTSD to solidny materiał na głównego bohatera;
  • Dobrze zrealizowane akcja, zdjęcia i CGI;
  • Potrafi solidnie zaskoczyć, jeśli podchodzi się do niego na ślepo;
  • Całkiem porządnie zrealizowane sceny gore.

Wady

  • Płaskie jak papier postacie;
  • Podejście do pisania fabuły na zasadzie „just accept it”;
  • Ostatecznie raczej miałka i monotonna historia.

„Maszyna do zabijania” to niecałe dwie godziny strzelania, eksplozji, kłótni i testosteronu. Można obejrzeć, jeśli ktoś ma czas i lubi takie klimaty, acz, jak dla mnie, trochę za mało mięsa jest na tych metaforycznych kościach, by warto było się za nie brać.

5,0
Piotrek Kamiński Strona autora
Z wykształcenia filolog, z zamiłowania gracz i kinoman pochłaniający popkulturę od przeszło 30 lat. O filmach na PPE pisze od 2019. Zarówno w grach, jak i filmach najbardziej ceni sobie dobrą fabułę. W wolnych chwilach lubi poczytać, pójść na koncert albo rodzinny spacer z psem.
cropper