Kopnęłabym cię, gdybym mogła (2025) - recenzja, opinia o filmie [Best Film]. Załamanie nerwowe
Linda jest żoną, matką, psycholożką, kobietą i po prostu osobą. Jej życie nie należy do najłatwiejszych, jako że mąż jest wiecznie w pracy, córka poważnie choruje, obecni pacjenci należą do tych raczej trudnych, a jakby tego było mało, w jej pięknym domu nagle zawaliła się część sufitu, zalewając wszystkie podłogi wodą z góry i wymuszając przeniesienie się na czas naprawy do motelu. Linda jednak się nie daje. Przynajmniej do czasu...
Mary Bronstein nie ma na koncie zbyt wielu filmów, a jeśli nie liczyć krótkometrażowego "Roundtown girls", to prócz dzisiejszego wręcz tylko jeden, ale już zdążyła wyrobić sobie opinię autorki chcącej opowiadać o kobietach - ale nie w jakiś banalny sposób, o wyzwolonej sile czy innych oczywistościach. Jej bohaterki to ludzie z krwi i kości, niedoskonałe jednostki, mierzące się z trudnymi, ale w gruncie rzeczy bardzo życiowymi sytuacjami.
I być może właśnie ten fakt sprawia, że "Kopnęłabym cię, gdybym mogła" będzie raczej trudnym do polecenia filmem. Dlaczego? Bo to się zwyczajnie ciężko ogląda. Bronstein dba o to, aby widz mógł co jakiś czas się z czegoś pośmiać, żeby lekko przełamać ogólny nastrój, ale generalnie dostajemy od niej przede wszystkim dojmująco smutny obraz kobiety na skraju załamania nerwowego, a jeśli chcemy wczytać się w nie tak znowu subtelną metaforykę jej scenariusza, to może nawet i już przechodzącej załamanie. To jej ciągłe spadanie niżej i niżej, wgłąb samej siebie jest naprawdę trudne do oglądania i sprawia, że film zdaje się nie mieć końca, choć trwa niecałe dwie godziny.
Kopnęłabym cię, gdybym mogła (2025) - recenzja, opinia o filmie [Best Film]. Rose Byrne
Film skupia się na postaci Rose Byrne i tym, jak ona się czuje, co przeżywa. Oznacza to, że wszystko, co widzimy, widzimy jej oczami, a niekoniecznie takim, jakim jest naprawdę. Oznacza to, że film jest pełen metafor, bardzo naumyślnego montażu, kadrowania i nawet dialogów. Praktycznie od początku do końca musimy powątpiewać we wszystko, co widzimy, interpretować każdą scenę, każdy obraz. Przykład pierwszy z brzegu - praktycznie do samego końca filmu, młodziutka córka głównej bohaterki pokazywana jest nam niemal wyłącznie jako bezcielesny głos, okazjonalnie jako dłoń, kawałek nogi, tył głowy. Poznajemy ją nie jako osobę, ale przez pryzmat jej choroby i to też tylko jej strzępków, ponieważ Linda stara się o niej za dużo nie myśleć, nie pozwolić, by zdefiniowała ona ich życie.
Pisząc, że film "skupia się" na Byrne, miałem na myśli dokładnie to. Kamera niemal zawsze koncertuje się na jej osobie, na jej twarzy, często w raczej mało komfortowych zbliżeniach, które lubią sobie jeszcze powoli zwęzić kadr tak, że można zacząć liczyć pory na nosie aktorki. To jest jej sztuka, jej życie i jej emocje, cała reszta jest tu tylko po to, by to uwydatnić. Wiąże się z tym, niestety, fakt, że większość postaci pobocznych jest karykaturalnie wręcz wyolbrzymiona, skrojona tak, by pasować do narracji snutej przez autorkę.
Kopnęłabym cię, gdybym mogła (2025) - recenzja, opinia o filmie [Best Film]. Suchy drugi plan
A$AP Rocky gra motelowego sąsiada Lindy, przypadkowego chłopaka, który z niewiadomych przyczyn zaczyna spędzać z nią czas i przy okazji potrafi ogarnąć różne rzeczy, co pokazuje brak odpowiedzialności i skłonną do uzależnień naturę bohaterki. Conan O'Brien debiutuje w swojej pierwszej dramatycznej roli, ale tak jak nie wypada źle, tak narracyjnie jest jedynie mikrofonem, do którego może wylewać swoje przemyślenia Linda. Prócz nich mamy również panią terapeutkę rodziny, w którą wciela się sama reżyserka i trójkę pacjentów Lindy, którzy są zasadniczo lustrami reprezentującymi różne aspekty niej samej. Nigdy nie odczułem jakoś przesadnie, że Bronstein bije mnie po głowie przesłaniem, ale też nie ma co udawać, że jest ono jakoś niesamowicie głębokie i ezoteryczne. To intrygujący portret kobiety na krawędzi, ale mocno wystylizowany, skonstruowany.
Siłą i wartością podbijającą warstwę humorystyczną filmu jest gra aktorską Rose Byrne. Sposób, w jaki jej twarz zmienia się w reakcji na kolejne kłody, rzucane jej pod nogi przez życie, jak powoli zatraca się w nieproszonych myślach - to dla niej ogląda się ten film. Reszta obsady jest albo okej albo razi teatralnym wyolbrzymieniem, jak córka Lindy. Rozumiem, że to wciąż dziecko, a młodym aktorom się pewne rzeczy wybacza, ale właśnie w tym rzecz, że ona wcale nie gra, jak młoda dziewczynka. Jej dialogi są idealnie nacechowane emocjonalnie, podręcznikowe... I sztuczne, męczące wręcz. Wypada pochwalić Conana za zaskakująco udaną kreację, ale tak naprawdę mamy tu do czynienia stricte z postacią zbudowana przez Byrne - na dobre i na złe.
"Kopnęłabym cię, gdybym mogła" to w gruncie rzeczy tylko niezła opowieść, windowana w górę absolutnie niesamowitą kreacją niezastąpionej Rose Byrne. Intrygujący, ale jednocześnie męczący portret kobiety, która ma już dosyć. Czy swoją formą oferuje coś więcej? Przekonasz się na sali kinowej.
Atuty
- Świetna Rose Byrne;
- Miejscami bardzo dobre, ciekawe, metaforyczne budowanie narracji;
- Intrygujące zdjęcia.
Wady
- Postacie poboczne zrobione z kartonu;
- Raczej nierówne tempo;
- To nie wada, ale wspomnę, że ze względu na temat, raczej ciężko się to ogląda, męcząco.
"Kopnęłabym cię, gdybym mogła" to film wybitny pod względem gry Rose Byrne i raczej przeciętny pod każdym innym. To wciąż robiący kolosalne wrażenie portret osoby na skraju, lecz z dokładnie tego samego powodu trudno mi powiedzieć ci, żebyś poszedł i go obejrzał. Przeczytaj tekst i sam podejmij decyzję. Trudny to film.
Przeczytaj również
Komentarze (1)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych