Wichrowe Wzgórza (2026) - recenzja filmu. Od miłości do nienawiści jest bardzo krótka droga

Wichrowe Wzgórza (2026) - recenzja i opinia o filmie. Od miłości do nienawiści jest bardzo krótka droga

Maciej Zabłocki | Dzisiaj, 21:30

Emerald Fennell, mająca w dorobku Obiecującą. Młodą. Kobietę. oraz Saltburn, poddaje jeden z najważniejszych tekstów brytyjskiej literatury radykalnej dekonstrukcji. Reżyserka świadomie odrzuca literackie konwenanse na rzecz agresywnej estetyzacji. To nie jest wierna adaptacja, lecz ociekająca fizycznością wizualna fantazja, w której XIX-wieczny dramat zostaje przepisany na język współczesnych teledysków i podporządkowany regułom popkulturowego widowiska.

Już sam cudzysłów w tytule filmu stanowi jasny sygnał, że Emerald Fennell nie tyle adaptuje powieść Brontë, co dokonuje na niej bezpardonowego, autorskiego zawłaszczenia. Reżyserka świadomie porzuca literacki szacunek na rzecz estetycznej prowokacji, tworząc wizję przypominającą Bridgertonów w wariancie BDSM, skrzyżowanych z chłodnym stylem Yorgosa Lanthimosa i schematami taniego romansu. Ekran jest tu przesycony fizjologią i dosłownością - dominuje wszechobecny pot, eksponowanie ciał i gorsety trzeszczące w szwach pod naporem fizycznego pożądania. To kino agresywne, które zamiast subtelnie zapraszać do swojego świata, narzuca widzowi duszny, lepki klimat szalonej obsesji, wręcz przesiąkniętej chorobą psychiczną. 

Dalsza część tekstu pod wideo

Angaż tak sprawdzonych osób, jak Margot Robbie i Jacob Elordi to na papierze dobra decyzja, ale w praktyce... aktorzy zupełnie nie pasują do tych ról. Margot Robbie, mimo warsztatowej biegłości, wnosi na ekran zbyt wiele pewności siebie i dojrzałości (a dodatkowo "księżniczkową" urodę), które stoją w jaskrawej sprzeczności z naturą książkowej Cathy - postaci z definicji niedojrzałej, neurotycznej i nastoletniej. Jeszcze bardziej problematyczny jest Elordi. Jego Heathcliff został całkowicie pozbawiony cech klasowego wyrzutka. Nie ma w nim brudu, dzikości ani etnicznej niejednoznaczności pierwowzoru. Ten aktor po prostu nie radzi sobie z takimi emocjami, grając zamulonego, nieco zmęczonego życiem człowieka, któremu w życiu po prostu coś nie wyszło. W pewnym sensie bardziej irytuje na ekranie, niż wzbudza jakiekolwiek inne emocje. To kreacja zbyt wygładzona, estetyczna, pozbawiona wiarygodności człowieka wracającego z wieloletniej tułaczki. Napięcie między aktorami jest niezaprzeczalne, ale sprowadzone wyłącznie do wymiaru biologicznego. W interpretacji Fennell metafizyczny dramat o duszach trawionych przez ból zostaje zredukowany do poziomu erotycznego thrillera, w którym kluczowa jest fizyczność, a nie psychologia.

Piękne ujęcia, które ratują nieco ten film

Wichrowe Wzgórza_1
resize icon

Warstwa wizualna tego projektu to przykład skrajnej estetyzacji, która balansuje na granicy geniuszu i kiczu. Operator Linus Sandgren oraz scenografka Suzie Davies całkowicie odrzucili realizm historyczny na rzecz kreacji przypominającej luksusową, senną wizję z pogranicza prac duetu Pierre et Gilles. Każdy kadr jest tutaj przesycony od nadmiaru bodźców. Fennell operuje agresywną paletą barw - od wściekłego szkarłatu akcentów, przez landrynkowy róż w buduarze Cathy, aż po ciężkie, fetyszyzujące kostiumy, które wydają się więzić bohaterów. Reżyserka idzie o krok dalej, seksualizując nawet gastronomię - w głowie utkwiła mi scena z całym karpiem zastygłym w bloku galarety, który został zestawiony ze skojarzeniem samozaspokojenia - w swojej kuriozalności staje się to wizytówką całego filmu. Całość tej nowoczesnej, popkulturowej układanki domyka ścieżka dźwiękowa autorstwa Charli XCX. Jej anachroniczne brzmienie to ostateczny dowód na to, że nie oglądamy adaptacji literatury, lecz autorski remiks. Chociaż akurat te brzmienia wypadają całkiem nieźle. 

Najbardziej intrygującym zabiegiem scenariuszowym nie jest jednak relacja głównych kochanków, lecz całkowita redefinicja postaci drugoplanowych, ze szczególnym uwzględnieniem Isabelli. W literackim oryginale była ona postacią bladą, wręcz przezroczystą, ale tutaj, dzięki znakomitej kreacji Alison Oliver, kradnie show, wnosząc do filmu elementy czarnego humoru i zaskakującą charyzmę. Jej relacja z Heathcliffem została przepisana na nowo - zamiast klasycznej ofiary jego okrucieństwa, otrzymujemy świadomą uczestniczkę relacji typu sado-maso. To wyrachowany, cyniczny ruch ze strony Fennell, bo zmieniając dynamikę tej więzi, reżyserka neutralizuje toksyczność Heathcliffa, czyniąc go postacią bardziej "strawną" dla współczesnego widza i uodparniając na zarzuty o bycie drapieżcą, który w dzisiejszych czasach zostałby natychmiast zakopany. To manipulacja materiałem źródłowym, ale przeprowadzona pod kątem współczesnej wrażliwości. Nie wypada przez to zbyt przekonująco i w mojej ocenie jest zbyt powierzchowne.

Niestety, ta wizualna i koncepcyjna brawura ma swoją cenę, którą film płaci w trzecim akcie. Gdy opada początkowa fascynacja formą, a z ekranu znikają sekwencje intensywnych zbliżeń i teledyskowy montaż, produkcja wytraca cały impet. Finał obnaża bolesną pustkę emocjonalną. Fennell, skupiona na budowaniu napięcia seksualnego i estetycznego, zaniedbała psychologiczną głębię tragedii. W efekcie, gdy fabuła powinna zmierzać do katastrofalnego rozwiązania, staje się nużąca i powtarzalna. 136 minut to zdecydowanie za dużo jak na utwór, który w swojej konstrukcji przypomina rozciągnięty do granic możliwości wideoklip. Bez wsparcia w postaci wizualnych fajerwerków, dramaturgia siada, a widz zostaje z poczuciem obcowania z piękną, lecz pustą w środku wydmuszką.

Czy warto iść na to do kina? To nie jest film dla każdego

Wichrowe Wzgórza to propozycja skierowana wyłącznie do widza o otwartej głowie, gotowego zaakceptować świadomą, wręcz ostentacyjną profanację literackiego sacrum w imię czystej, estetycznej ekstazy. To kino głośne, momentami celowo wulgarne, a przy tym cudownie bezczelne w swojej ignorancji wobec historycznych realiów i konwenansów. Jeśli waszym punktem odniesienia i niedoścignionym wzorem pozostaje naturalistyczna, utytłana w błocie i smagana wiatrem wizja Andrei Arnold z 2011 roku, to niestety ten film jest kompletnie inny. Tu nie ma miejsca na ziemską autentyczność, chyba że jest to autentyczność wykreowana pod okiem sztabu stylistów.

Jeśli jednak macie ochotę na ryzykowny eksperyment i chcecie sprawdzić, jak wyglądałby XIX-wieczny, ponury klasyk przepuszczony przez jaskrawe filtry Instagrama, zmontowany z teledyskową wrażliwością pokolenia TikToka i podlany gęstym, dusznym sosem z Euforii, będziecie wniebowzięci. To seans, który działa jak nagłe uderzenie dopaminy - jest intensywny, kolorowy i uzależniający, przynajmniej przez pierwsze półtorej godziny. Później, niestety, ta brawurowa konwencja zaczyna zjadać własny ogon. Pod koniec zostałem z uczuciem typowym po zjedzeniu zbyt dużej ilości dobrych słodyczy - było pysznie, ale na koniec mocno mnie zemdliło.

Atuty

  • Odważna, autorska wizja reżyserska, która zrywa z muzealnym traktowaniem klasyki
  • Fenomenalna warstwa wizualna (zdjęcia i scenografia) - to prawdziwa uczta dla oczu
  • Alison Oliver jako Isabella kradnie show, nadając postaci nowy, ciekawy wymiar
  • Ścieżka dźwiękowa Charli XCX idealnie pasuje do teledyskowej estetyki filmu
  • Chemia między głównymi aktorami jest namacalna (choć bardzo powierzchowna)

Wady

  • Przerost formy nad treścią - film bywa pretensjonalny i pusty w środku
  • Zbyt duża ingerencja w wiek i charakterystykę postaci może odrzucić fanów książki
  • Trzeci akt wyraźnie traci tempo i nuży, gdy brakuje już fajerwerków
  • Brak emocjonalnej głębi, która jest kluczowa dla tej tragedii
  • Wiele tu nieścisłości i nie do końca wyjaśnionych wątków, a przy tym za dużo słabo zrealizowanej erotyki
  • Dobór głównych aktorów jest dyskusyjny

Wizualnie znakomita produkcja, ale emocjonalnie to niestety dość pusta interpretacja klasyki. Emerald Fennell stawia na styl, erotykę i popkulturowy blichtr, zapominając nieco o głębi pierwowzoru. Margot Robbie i Jacob Elordi tworzą piękną parę, lecz ich relacja to bardziej fizyczna (i dość prymitywna) obsesja niż jakakolwiek duchowa więź. To film dla widzów szukających wrażeń estetycznych, a nie wierności literackiej.

6,0
Maciej Zabłocki Strona autora
Swoją przygodę z recenzowaniem gier rozpoczął w 2005 roku. Z wykształcenia dziennikarz, ale zawodowo pracujący też w marketingu. Na PPE odpowiada głównie za testy sprzętów i dział tech. Gatunkowo uwielbia RPG, strategie i wyścigi. Uzależniony od codziennego czytania newsów i oglądania konferencji.
cropper