90 minut do wolności (2026) - recenzja, opinia o filmie [UIP]. OBJECTION!
W niedalekiej przyszłości, AI ma dostęp do praktycznie wszystkich zasobów na całym świecie - publicznych czy prywatnych - aby na tej podstawie dowodzić winy i wykonywać wyroki na podejrzanych. System zadziałał już osiemnaście razy, lecz tym razem jego obiektem jest policjant i jeden z jego największych orędowników. Czy to możliwe aby był winny?
To samo mówiłem ostatnio przy okazji pisania o "Łupie" i to samo powiem i dzisiaj - świat potrzebuje też takich filmów. Prostej, głupkowatej rozrywki, na której możemy się po prostu zrelaksować i pobawić w zgadywanie kto, jak i dlaczego. Jedyną istotną różnicą między historią z Affleckiem i Damonem, a dzisiejszym filmem jest to, że na "90 minut do wolności" trzeba faktycznie wybrać się do kina, co może lekko odstraszać potencjalną widownię, ale usprawiedliwiam to zauważalnie wyższym budżetem wpakowanym w produkcję Timura Bekmambetova.
Powiedzmy sobie już na samym starcie jedną rzecz - "90 minut do wolności" ma fajną koncepcję, której nie daje rady utrzymać jakość scenariusza. Nie znaczy to, że film jest od razu nieoglądalny! W trakcie bawiłem się świetnie. Po prostu jeśli tylko zaczniesz choć przez chwilę zastanawiać się nad logiką tego, co tu się dzieje i co się nie dzieje, a powinno, historia natychmiast rozchodzić się w szwach. Taki to już jednak urok umieszczania potężnych, niemalże magicznych wątków/bytów w fabule: jeśli ludzki mózg oficera Chrisa Ravena może znaleźć wszystkie niezbędne wskazówki i dowody, to dlaczego miałaby tego nie zrobić potężna sztuczna inteligencja, która w pół sekundy potrafi złożyć z różnych kamer pełen timeline twojego poruszania się po całym mieście (często z wnętrzami). Odpowiedź? Nie myśl o tym... Albo skończ czytać już tutaj, bo już wiesz, że to nie jest film dla ciebie.
90 minut do wolności (2026) - recenzja, opinia o filmie [UIP]. Skazany na Raport Mniejszości
Detektyw Raven (Pratt) budzi się pewnego dnia z gigantycznym kacem. Nie pamięta większości poprzedniego dnia. Wie jedynie, że znów zajrzał na dno butelki. Mimo pulsującego bólu głowy, szybko zaczyna trzeźwieć, ponieważ zauważa gdzie się znalazł. Siedzi przypięty do fotela, zdany na łaskę Mercy (Rebecca Ferguson) - superkomputera, który przez następnych dziewięćdziesiąt minut udostępni mu wszelkie dostępne dane, by mógł spróbować się wybronić. Przed czym? Przed oskarżeniem o zamordowanie własnej żony.
Na przestrzeni rozgrywających się z grubsza w czasie rzeczywistym dziewięćdziesięciu minut, Raven będzie dzwonił do córki, przyjaciół i współpracowników żony, starając się odkryć, co tak naprawdę się stało. Będzie przeglądał nagrania z taśm, analizował miejsca zbrodni prawie jak Connor w "Detroit: Become Human", przeszukiwał konta społecznościowe i robił wszystko, byle tylko udowodnić to, w co święcie wierzy - że nie zabił swojej żony (Annabalelle Wallis). Pomagać mu w tym będą jego partnerka z pracy, Jaq Diallo (Kali Reis), sponsor ze spotkań AA i przy okazji kolega z pracy żony, Rob (Chris Sullivan), oraz ciągle pogrążona w rozpaczy córka, Britt (Kylie Rogers). Scenariusz skonstruowany został w taki sposób, że część odpowiedzi na dręczące Ravena pytania będzie dla widza oczywista praktycznie od samego początku, lecz spokojnie! Ostatni akt to jest takie tornado zwrotów akcji, że czymś na pewno cię zaskoczy.
90 minut do wolności (2026) - recenzja, opinia o filmie [UIP]. Piękna skorupka, ale pustawe wnętrze
Trzeba przyznać, że filmowcy starają się jak mogą żeby to nie była kolejna "Wojna światów" z Ice Cube'em. Prócz siedzącego w fotelu Chrisa Pratta dostajemy też jak zawsze miłą dla oka Rebeccę Ferguson, masę wizualizacji, w tym takie, które zasadniczo "przenoszą nas" na miejsce akcji. Praca kamery pozostaje całkiem dynamiczna przez cały film - ważny detal, kiedy twój główny bohater przez 90 procent filmu po prostu siedzi w fotelu - a regularnie widoczny na ekranie timer, odliczający czas do egzekucji Ravena, skutecznie powstrzymuje przed koniecznością sprawdzenia na telefonie ile jeszcze do końca. Cały seans zlatuje bardzo prędko i raczej przyjemnie.
Potencjalnie ciekawym wątkiem mogła być cała etyczność tak szeroko i głęboko sięgającego AI, lecz scenarzyści kompletnie nie zamierzali nawet tykać tak mocnego tematu. Mercy jest jedynie narzędziem do odpowiedzenia whodunnita. Zastanawiałem się po drodze czy to nie przesada z tym, że może ona sprawdzić dosłownie wszystko i wszędzie, przebić się przez każdy rodzaj zabezpieczeń. Z jednej strony, jeśli wykorzystywane jest to tylko przez nią i tylko do rozwiązywania spraw, to czemu nie - jestem niewinny, niech sobie szukają, może dzięki przypadkowej wiadomości do kogoś innego, znajdą brakujące połączenie i rozwiążą sprawę, która w innym wypadku pozostała by tajemnicą. Z drugiej, jeśli podejrzany może korzystać z wszystkich tych zasobów i uda mu się wybronić, to co sobie zobaczył, to jego. Rzecz w tym, że film w ogóle się takimi rzeczami nie przejmuje. Mało tego! W pewnym momencie Mercy sprawia wrażenie jakby zyskała samoświadomość, co jest jeszcze ciekawszym tematem do rozwinięcia, który, oczywiście, nigdy nie zostaje nawet podjęty.
Szkoda, że to właśnie scenariusz jest najsłabszym ogniwem tego filmu. Gdyby trochę dopracować te dziury logiczne, może nałożyć jakieś ograniczenia na samą Mercy, które pozwoliłyby ich uniknąć, mielibyśmy kawał naprawdę świetnego science-fiction. Zamiast tego dostaliśmy tylko niezły akcyjniak, który ogląda się bardziej sercem niż rozumem. Jeszcze zaczynając pisać ten tekst, byłem do "90 minut do wolności" nastawiony znacznie bardziej pozytywnie. Zrobiłem jednak to, przed czym sam przestrzegam, jeśli chcesz się na nim dobrze bawić - bo wciąż uważam, że to możliwe - i zacząłem się nad nim głębiej zastanawiać. I czar prysł.
Atuty
- Ciekawy pomysł i jego wizualna realizacja;
- Chris Pratt potrafi nawet z siedzenia w fotelu wyciągnąć coś zajmującego;
- Pełen eksplozji i zwrotów akcji finał...
Wady
- ...który rozpada się pod ciężarem czarnych dziur w logice filmu;
- Prezentuje te wysoce kontrowersyjne koncepcje AI, po czym w żaden sposób ich nie komentuje, nie podejmuje filozoficznego tematu.
Z odpowiednim nastawieniem, "90 minut do wolności" to całkiem dobra rozrywka. Jeśli potrafisz zawiesić swoją niewiarę na półtorej godziny, to możesz spokojnie dodać oczko. W innym wypadku powinieneś je odjąć.
Przeczytaj również
Komentarze (2)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych