28 lat później: Świątynia kości (2026) - recenzja, opinia o filmie [UIP]. Ateizm kontra satanizm
Spike, teraz część gangu satanistów sir Jimmy'ego Crystala, stara się odnaleźć w nowej sytuacji, podczas gdy doktor Kelson nawiązuje dziwną relację z alfą Samsonem.
Seria "28 czegoś później" jest dosyć specyficznym tworem. Pierwszy film był intrygujący, oferował ciekawe, nowe spojrzenie na temat zombie - mianowicie, to wcale nie były zombie - ale bardzo kiepsko się zestarzał przez fakt, że reżyser, Danny Boyle, uparł się aby kręcić cyfrową kamerą, które w tamtych latach nie oferowały jeszcze takiej jakości jak dzisiaj. Następnie " 28 tygodni później" było zasadniczo kompletnie innym filmem, skupionym na innych postaciach i motywach, a tkanką łączną był w sumie jedynie wirus wywołujący agresję. Na kolejny sequel przyszło nam czekać osiemnaście długich lat i wyszedł... Mocno średnio. Piękne zdjęcia i kilka ciekawych pomysłów mieszały się ze strasznie chaotycznym wykonaniem i tonalnym miszmaszem, przez co film nie robił zbyt dobrego wrażenia. I jeszcze ci dresiarze w perukach na samym końcu... A właśnie!
Druga część z planowanej trylogii "28 lat później" rozpoczyna się z grubsza dokładnie (sic) tam, gdzie skończyła się jedynka. Sir Lord Jimmy Crystal (Jack O'Connell), przywódca bandy dresiarzy wystylizowanych na popularnego prezentera telewizyjnego z dawnych lat i zboczeńca, Jimmy'ego Savile'a, łaskawie pozwolił znanemu z poprzedniego filmu Spike'owi (Alfie Williams) dołączyć do jego gangu. Ich przygodne mordowanie wszystkich napotkanych ocalałych w imię szatana będzie pierwszą z dwóch głównych nitek fabularnych filmu. Z drugiej strony mamy natomiast doktora Kelsona (Ralph Fiennes), który zaczyna tworzyć sobie partnera do rozmów z poznanego w pierwszym filmie Samsona (Chi Lewis-Parry), tego wielkiego zombiaka z wyłupiastymi oczami i trąbą słoniową między nogami. To znaczy, to głównie doktorek zajmuje się mówieniem, ale po naszprycowaniu go morfiną, Samson staje się całkiem dobrym słuchaczem. To będzie druga nitka.
28 lat później: Świątynia kości (2026) - recenzja, opinia o filmie [UIP]. Jak ogień i woda
Scenariusz Alexa Garlanda skupia się na dychotomii wynikającej z tych dwóch wątków. Z jednej strony mamy człowieka nauki, który stara się dostrzec człowieczeństwo w bestii, na której świat postawił już kreskę. Ich rozwijająca się relacja jest cicha, pełna serca (przynajmniej z jednej strony) i monologów na temat przeszłości, życia, śmierci, potrzebie pamięci o tym, co było. Już pierwszy film ustawił ten temat. Kelson uczył Spike'a: "memento mori, memento amoris", pamiętaj o śmierci, pamiętaj o miłości. Dopiero teraz jednak obserwujemy ten wątek należycie rozwinięty. I trzeba przyznać, że reżyserka, Nia DaCosta (ostatnio "Marvels" i "Candyman"), prowadzi go pewną, oddziałującą na widza ręką. Jego kulminacją jest wywołująca dreszcze, trochę radość, a trochę smutek scena w wagonie kolejowym, której nie będę tu jednak szerzej opisywał.
Historia Jimmych nie wszystkim przypadnie do gustu. Ich wybuchowe wejście w pierwszym filmie wyglądało jak jakaś dziwna, dresiarska wersja Power Rangers, ale drugi film bardzo szybko pokazuje, że nie jest to najlepsze porównanie. Można ich odczytywać jako analogię do dzisiejszej młodzieży, która błąka się ulicami miast jak Londyn nie mając celu, aspiracji, a często również kręgosłupa moralnego. Dla nich zabijanie nie jest niczym nadzwyczajnym. Lubią to robić, są w tym dobrzy i w dodatku wierzą, że ich szef naprawdę jest Antychrystem, a wykonując jego wolę, zapewniają sobie coś na wzór zbawienia w tym ich świecie, który zasadniczo zamienił się w piekło na ziemi. Wydaje mi się, że ich degeneracja, idąca jeszcze kilka poziomów dalej niż gang Alexa DeLarge, i powiązana z nią przemoc są trochę... Przesadzone. Rozumiem, że i tak oglądamy film o zombie, gdzie gołe olbrzymy jednym ruchem wyrywają czyjąś głowę z kręgosłupem (Sub-Zero style), więc może być brutalnie, ale wiązanie ofiar i później skórowanie ich na żywca to aż przesada.
28 lat później: Świątynia kości (2026) - recenzja, opinia o filmie [UIP]. Powierzchowna głębia
Wydaje mi się, że chyba nawet nie chodzi o samą przemoc. Po prostu drażni mnie lekko fakt, że służy ona głównie zobrazowaniu jakże banalnego "i kto tu tak naprawdę jest potworem", co zrozumielibyśmy spokojnie i bez tego. W ogóle mam wrażenie, że pieśni pochwalne dla filmu DaCosty są odrobinę przesadzone. Jasne, całkiem dobrze się to ogląda, scenariusz jest dużo bardziej skoncentrowany, a dwa główne wątki komplementują się nawzajem i ostatecznie łączą w całkiem satysfakcjonujący finał, ale filozoficzne dywagacje Garlanda nie są wcale przesadnie głębokie ani nie oferują świeżych punktów widzenia. Sposób, w jaki Fiennes wygłasza swoje monologi, to jak się nosi, jak patrzy, cała jego gra aktorska winduje materiał ostro w górę, ale nie szalejmy z nazywaniem go genialnym, głębokim kinem artystycznym.
Pani DaCosta jest również znacznie bardziej "klasyczną" reżyserką niż Boyle. Nie bawi się w kręcenie iPhone'ami, stawiając na profesjonalny sprzęt kinematograficzny, nie robi przejść w slow motion w każdej scenie akcji, nie montuje tak agresywnie. Jej praca zdecydowanie mniej rzuca się w oczy - i mówię to jako absolutny pozytyw - choć w dalszym ciągu widzowie zobaczyć mogą piękne ujęcia angielskich lasów, odzyskane przez naturę budynki i pojazdy, niesamowicie wyglądającą, tytułową świątynię kości na tle kolorowego nieba. Sekwencja muzyczna to natomiast absolutne dzieło sztuki, robiąca niesamowity klimat. Najpierw wywołuje niepokój, później bawi, następnie gra na strunach nostalgii aż w końcu po prostu imponuje. To prawdopodobnie najlepsza scena w całym filmie (Samson w pociągu też walczy o palmę pierwszeństwa) i gwarantuję, że natychmiast będziesz wiedział, o którą mi chodzi.
Nia DaCosta zrobiła tu coś niesamowitego. Wzięła sieczkę, z którą zostawił ją Danny Boyle i przekuła ją w faktycznie całkiem dobry film. Mamy tu wszystko, czego trzeba - prostą, ale składną, dwuwątkową fabułę, wyraziste postacie, tematyczną spójność, trochę emocji i wcale niezgorzej przygotowany grunt pod dopełnienie trylogii, nad którym ponownie ma czuwać Boyle. I znów jestem ostrożnie, ale jednak pozytywnie zaintrygowany co z tego wyjdzie.
Atuty
- Jack O'Connell jest przerażający i wypada nie gorzej niż Fiennes;
- Ralph Fiennes, jego relacja z Samsonem i co to może oznaczać dla serii;
- Składany tematycznie;
- Wciąż piękne zdjęcia;
- Jest "in the house - in a heartbeat";
- Dobrze przygotowuje grunt pod zwieńczenie trylogii.
Wady
- Miejscami leci w filozoficzny banał;
- Plot armor Spike'a zaczyna już irytować;
- Porusza wiele filozoficznych tematów, ale żadnego nie zgłębia;
- Kompletnie marginalizuje zagrożenie ze strony zarażonych.
"28 lat później: Świątynia kości" ma ten problem, że jest środkowym elementem szerszej fabuły. Tak więc zaczyna się bez fanfar i kończy się też bez fanfar. Prócz tego trzeba jednak przyznać, że to całkiem solidnie zrealizowane kino, które po drodze ogląda się raczej dobrze.
Przeczytaj również
Komentarze (6)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych