Rodzina do wynajęcia (2025) – recenzja filmu [Disney]. Czasem można poudawać

Rodzina do wynajęcia (2025) – recenzja, opinia o filmie [Disney]. Czasem można poudawać

Piotrek Kamiński | Dzisiaj, 20:30

Wciąż starający się przebić aktor dostaje propozycję pracy w nietypowej firmie, której mottem jest sprzedawanie emocji. Wcielając się w różne nietypowe role, pomaga mieszkańcom Tokyo wypełnić lukę w ich życiu, nawet jeśli tylko na chwilę.

Może to kwestia tego, że lubię sobie popłakać na filmie, może przez wzgląd na sympatię do Brendana Frasera, ale szalenie podobał mi się najnowszy film Hikari, reżyserki, która debiutowała w 2019 roku bardzo dobrze przyjętym “37 sekund”, po czym wyreżyserowała po kilka odcinków świetnych “Tokyo Vice” i „Awantura”. Z kina wychodziliśmy z żoną cali zapuchnięci, szczęśliwi, zadowoleni z życia. Wskoczyłem na Filmweb sprawdzić obsadę, a tam moją uwagę przykuł jeden szczegół. Ocena krytyków na poziomie 6.2. „Dlaczego tak nisko, przecież to świetny film?!”, zapytałem samego siebie. Kontynuując śledztwo, postanowiłem zajrzeć w szczegóły ocen, a tam zobaczyłem kilka solidnych not, jak osiem czy dziewięć, ale również zaskakująco dużo piątek. Ci sami ludzie potrafili wyżej ocenić „Zgiń kochanie” z Jennifer Lawrence, co przypomniało mi, że gusta są różne, a wraz z nimi i opinie, ale kurde, aż tak?!

Dalsza część tekstu pod wideo

To raczej prosty film, jasne. Widzisz postać, poznajesz ją przez pięć minut i już wiesz, w jakim kierunku zapewne zostanie rozwinięta – i zazwyczaj będziesz miał rację. Czy to jednak aż taki problem? To nie jest tajemnica do odkrycia ani zagadka do rozwiązania, a spokojna, powolna historia o człowieku, który stara się odnaleźć sens w codziennej egzystencji. Ktoś powie, że banał, ja odpowiem, że po prostu życie. Powiedziałbym, że ważna jest otoczka – jak to jest zrobione, co myślimy o postaciach. Nawet najprostsza historia może być absolutnie piękna, jeśli odpowiednio do niej podejść. I myślę, że w tym przypadku obsada absolutnie robi ten film, zwłaszcza wciąż zaliczający swój wielki powrót Brendan Fraser.

Rodzina do wynajęcia (2025) – recenzja, opinia o filmie [Disney]. Smutny człowiek pociesza innych

Mia i Phil
resize icon

Phillip Vanderploeg (Fraser) mieszka w Japonii od siedmiu lat. Przyleciał na wyspy żeby zrobić głupkowatą reklamę pasty do zębów, a został mając nadzieję, że znajdzie tu swoją niszę, zrobi karierę jako wewnętrzny człowiek z zewnątrz. Od tamtej pory zagrał w paru reklamówkach, zaliczył kilka ról w serialach, ale jego wielki moment nigdy nie nadszedł. Kolejne dni spędza latając od fuchy do fuchy, obserwując życie sąsiadów z okna swojej małej, zagraconej kawalerki, rozmawiając ze swoją ulubioną damą do towarzystwa. Pewnego dnia dostaje propozycję zagrania „Smutnego Amerykanina”. Musi jedynie ubrać się w czarny garnitur i stawić w określone miejsce o określonym czasie. I, mimo że ostatecznie gra raczej okropnie, właściciel firmy „Rodzina do wynajęcia” dostrzega jego potencjał i proponuje mu stałą pracę. Phillip nie wie jeszcze, że kolejne miesiące w firmie zmienią dosłownie całe jego spojrzenie na życie na lepsze. I nie tylko jego.

Po lekko bolesnym do oglądania, ale przy tym również bardzo zabawnym i uroczym wstępie, fabuła filmu koncentruje się przede wszystkim na dwóch klientach, którymi zajmuje się Phillip. Z jednej strony poznajemy historię starego aktora (Akira Emoto), którego mózg powoli odmawia posłuszeństwa. Phil udaje przy nim dziennikarza, który planuje duży artykuł na jego temat (a może to miała być książka? Naprawdę nie pamiętam, przepraszam). Chłopaki powoli acz nieubłaganie nawiązują nić najprawdziwszej przyjaźni. Jest to o tyle problematyczne, że postać, którą gra Phil, cóż... nie istnieje, więc ostatecznie trzeba będzie dokończyć zlecenie i po prostu zniknąć z życia pana Kikuo. To jednak nic w porównaniu z drugą historią. Hitomi Kawasaki (Shino Shinozaki) pragnie, aby jej córka dostała się do prestiżowej, prywatnej szkoły. W tym celu, musi mieć jednak męża, ponieważ mocno tradycjonalistyczna Japonia krzywo patrzy na samotne matki. Nie chce jednak, żeby jej córka, Mia (przeurocza Shannon Mahina Gorman), musiała kłamać, więc Phil ma sprawić, aby dziewczynka naprawdę uwierzyła, że wrócił do niej jej nieobecny ojciec. Możesz sobie wyobrazić, jak katastrofalnie zły, a przy tym naszpikowany emocjonalnymi pułapkami jest to pomysł. Oba wątki nie przecinają się ze sobą, ale pozwalają reżyserce pokazać różne aspekty życia w Japonii i skonfrontować je z przekonaniami głównego bohatera, a ich zwieńczenie jest może i trochę przewidywalne, ale za to jakże szalenie satysfakcjonujące.

Rodzina do wynajęcia (2025) – recenzja, opinia o filmie [Disney]. Barwne postacie

Po pracy
resize icon

Ten film nie miałby prawa zadziałać, gdyby nie wulkan pozytywnej energii, jakim jest Brendan Fraser. Mam wrażenie, że od swojego triumfalnego powrotu w „Wielorybie” Darrena Arnofskiego (choć tak naprawdę nigdy nie zniknął, po prostu zszedł na boczny tor), przede wszystkim gra albo zabawne albo ujmująco urocze postacie – choć pan Hamilton z „Czasu krwawego księżyca” raczej by się ze mną nie zgodził – i dokładnie kimś takim jest Phillip. To człowiek dogłębnie smutny, tonący we własnej samotności, nie czerpiący już praktycznie żadnej radości z życia. Dopiero konieczność pokazywania innym ludziom, że życie ma sens, pozwala mu docenić swoją własną egzystencję. Prócz niego, w firmie pracuje jeszcze dobrych kilka (kilkanaście?) osób, a najważniejszymi z nich są Aiko, Shinji i Kota (odpowiednio: Mari Yamamoto, Takehiro Hira i Kimura Bun). Ta pierwsza szczerze wierzy w misję, którą wykonuje jej firma i wkurza ją początkowy sceptycyzm Phila. Nie oznacza to jednak, że nie spróbuje on chociaż zrozumieć jej podejścia. Shinji Tada jest szefem całej firmy. Nic nie jest dla niego tak ważne, jak satysfakcja klienta i profesjonalna obsługa. To postać całkiem złożona, choć z początku raczej tego nie widać. Hira, ze swoim intensywnym wyrazem twarzy, może wydawać się być lekko przerażający, ale po bliższym poznaniu jego postaci, zaczynamy doceniać jego profesjonalizm, a miejscami również trochę mu współczuć. A Kota? Jest zabawny. Nic więcej powiedzieć o nim się nie da. Absolutnie świetnie wypada młodziutka Mia, z początku niezadowolona z faktu, że nieobecny w jej życiu ojciec nagle postanawia się pojawić, jak gdyby nigdy nic, lecz stopniowo zaczyna cieszyć się, że wreszcie ma kochającego tatę. Ich relacja jest raczej dziwna, jeśli spojrzeć na nią „na sucho”, ale przeżywając ją na bieżąco, wraz z postaciami, absolutnie rozumiemy ich uczucia i kibicujemy im z całego serca. Pan Kikuo to natomiast taki typowy, azjatycki staruszek – głośny i nerwowy w jednej chwili, zabawny i niezwykle delikatny w drugiej. Jego historia szczerze chwyta za serce, choć wolałbym, gdyby odrobinę więcej czasu poświęcono jego relacji z córką, która wydaje się być lekko zaniedbana przez scenarzystów. 

Film wygląda również i brzmi bardzo konkretnie. Z jednej strony mamy ujęcia pokazujące piękno Tokyo, gdzie nawet najmniejsze sushi bary tętnią energią i są pięknie oświetlone, ulice są czyste, a atrakcje turystyczne powalają już samą pomysłowością. Pod koniec natomiast, kiedy natura wraca do życia po zimie, ulice miasta zdobią niezliczone ilości białych kwiatów wiśni, kwitnące na rosnących wszędzie drzewach. Za miastem jest jednak jeszcze piękniej. W szczególności jedno miejsce daleko za Tokyo, o którym nie będę się tu rozpisywał, a którego fragment można zobaczyć również w zwiastunie. Powiem tak: jeśli to jest prawdziwe drzewo, to jest to chyba najpiękniejszy kawałek natury, jaki w życiu widziałem. Muzyka Jona Thora Birgissona i Alexa Somersa to natomiast bardzo typowa, japońska instrumentalizacja przy tego typu produkcjach – co jest o tyle ciekawe, że żaden z nich nie jest Japończykiem. Pianina, smyczki, ksylofony – wszystko to, przy czym dobrze się beczy.

Tak, „Rodzina do wynajęcia” została skonstruowana tak, żeby łzy same uciekały z oczu, ale jest to również film mający coś do powiedzenia – na temat Japonii jako kraju skostniałych tradycji, ale również na temat ludzi, samotności, potrzebie bycia zauważonym. To absolutnie piękna opowieść, którą zdecydowanie trzeba zobaczyć. Gwarantuję, na zimową chandrę będzie jak znalazł. A krytycy się nie znają!

Atuty

  • Jak zawsze świetny Brendan Fraser;
  • Masa uroczego humoru;
  • Interesujące, solidnie napisane i jeszcze lepiej zagrane postacie;
  • Piękne zdjęcia i muzyka;
  • Bardzo satysfakcjonujący finisz.

Wady

  • Może lekko zbyt przewidywalny?

„Rodzina do wynajęcia” roztopi wasze serca i przy tym zapewne jeszcze was rozśmieszy. Świetna rola Brendana Frasera i interesujące spojrzenie na Japonię.

9,0
Piotrek Kamiński Strona autora
Z wykształcenia filolog, z zamiłowania gracz i kinoman pochłaniający popkulturę od przeszło 30 lat. O filmach na PPE pisze od 2019. Zarówno w grach, jak i filmach najbardziej ceni sobie dobrą fabułę. W wolnych chwilach lubi poczytać, pójść na koncert albo rodzinny spacer z psem.
cropper