Siedem zegarów Agathy Christie (2026) – recenzja, opinia o serialu [Netflix]. Prosta historia o morderstwie
Grupa przyjaciół postanowiła zrobić koledze żart po imprezie w wiejskiej posiadłości jednego z nich. Następnego dnia, zamiast poirytowanego mężczyzny, znaleźli zimne ciało. Kto go zamordował i dlaczego? Jaki związek z tym wszystkim ma tajemnicza organizacja, zwana „Siedmioma zegarami”?
Agatha Christie to wciąż absolutna królowa powieści detektywistycznych, z ponad sześćdziesięcioma książkami i licznymi opowiadaniami na koncie. Oczywiście, wszyscy kojarzą jej najbardziej utytułowane historie, jak „I nie było już nikogo”, „Morderstwo w Orient Expressie” czy „A.B.C.”. Rzecz w tym, że wszystkie jej najważniejsze dzieła zostały już dawno przełożone na język kina – niektóre po kilka razy. Tak więc, showrunner, Chris Chibnall, który wcześniej stworzył już bardzo dobrze przyjęty „Broadchurch” z Davidem Tennantem, wziął na warsztat jedną z bardziej... kontrowersyjnych historii pióra płodnej autorki. „Tajemnica siedmiu zegarów” z 1929 znajdzie się na znakomitej większości list najsłabszych książek Christie i są ku temu powody.
Po pierwsze, nie jest to typowa, skomplikowana zagadka, do których pisarka przyzwyczaiła swoich fanów. Tutaj, morderstwo jest raczej jedynie wstępem do mało angażującego romansidła, podlanego sosem z tajnego, zamaskowanego stowarzyszenia o niejasnych celach. Chibnall przepisał odrobinę oryginał, żeby ostatecznie spróbować opowiedzieć historię, w którą widz mógłby się wciągnąć dla samej tylko intrygi, ale nie wyszło mu to najlepiej. Trzeba jednak przyznać, że nie było to proste zadanie – nawet sama Christie bez cienia żenady przyznawała w wywiadach, że to raczej prosta opowieść, którą można po prostu usiąść i napisać, bez miesięcy kombinowania i planowania, jak w przypadku jej poważniejszych dzieł. A, że pieniądze się zgadzały, to czemu raz na jakiś czas nie pozwolić sobie na odrobinę luzu...
Siedem zegarów Agathy Christie (2026) – recenzja, opinia o serialu [Netflix]. Krócej czasami znaczy lepiej
Główną bohaterką serialu jest Lady Eileen „Bundle” Brent (Mia McKenna-Bruce), córka Lady Caterham (Helena Bonham Carter) i nieżyjącego już Lorda Caterhama. Zamordowany został jej przyjaciel, a policja zdaje się ignorować wszelkie poszlaki, wskazujące na fakt, że nie był to wcale wypadek. Postanawia więc sama zająć się tą sprawą, ku wielkiej „radości” nadinspektora Battle (Martin Freeman). Kiedy wkrótce po tym, pojawia się kolejne ciało, a wraz z nim sugestia istnienia tajemniczego stowarzyszenia Siedem Zegarów, nie można już dłużej ignorować faktów. Rozpoczyna się gra o najwyższą stawkę.
Myślę, że największym problemem „Siedmiu zegarów” fakt, że ktoś postanowił zrobić z tej historii typowo brytyjski, trzyodcinkowy mini-serial, podczas gdy powinien to był być maksymalnie dwugodzinny film. Tempo narracji jest niemożliwie wręcz nierówne, czasami porywając widza i absolutnie ujmując charakterem i zaradnością Bundle albo rozśmieszając skrajnie negatywnym nastawieniem jej matki do świata, a kiedy indziej snując się od sceny do sceny bez uczucia pilności, bez napięcia, bez niczego, co sprawiałoby, że nie zaczynasz zerkać w ekran telefonu (chyba, że i tak już oglądasz na telefonie, wiadomo). Są tu momenty! W każdym z trzech odcinków przynajmniej ze dwie sceny pokazują, jak dobry mógł to być projekt, gdyby go tak niepotrzebnie nie rozciągać.
Siedem zegarów Agathy Christie (2026) – recenzja, opinia o serialu [Netflix]. Jestem Bundle i żaden facet mi niestraszny
Ponieważ sama intryga nie należy do najciekawszych na świecie. Pierwsze morderstwo praktycznie od początku wydaje się być dosyć oczywiste – nie wiemy tylko, kto go dokonał. Drugie zwłoki zostają praktycznie pominięte aż do rozwiązania zagadki i tak naprawdę zostaje jeszcze tylko jedna zagwozdka, której nie będę tutaj przybliżał ze szczegółami. Powiem jedynie, że w gruncie rzeczy tylko ta ostatnia sytuacja nosi znamiona klasycznych whodunnitów Christie i jest nawet zajmująca. Co prawda, zmiennych jest tyle co nic, rozwiązanie przychodzi szybko i daleko mu do bycia oryginalnym, ale w trakcie seansu skutecznie trzyma uwagę widza.
Aktorzy wykonali solidną robotę, choć prócz wspomnianej już, zabawnej Carter nie ma za bardzo o kim się rozpisywać. McKenna-Bruce jest urocza, miejscami wygląda wręcz jak dziecko, co pozwoliło filmowcom pokazać ją w ciekawym dualizmie – z jednej strony mamy tę grzeczną dziewczynkę, która może trzepotaniem rzęs dostać się wszędzie i uzyskać każdą informację, z drugiej zaradną, upartą kobietę, która zamierza rozwiązać tę sprawę zanim ktoś jeszcze straci życie. W pozostałych rolach oglądamy jeszcze głównie mężczyzn, potencjalnie zainteresowanych główną bohaterką, lecz w typowy dla dzisiejszych czasów sposób, są oni przedstawieni jako bełkotliwi prostaczkowie, nie dorastający jej nawet do pięt, więc nie ma za bardzo o czym rozmawiać. Stawkę zamyka Martin Freeman, który jest dokładnie tak samo sympatycznie płaski, jak zawsze.
„Siedem zegarów Agathy Christie” to mogła być naprawdę udana produkcja. Pięknie wykonane zdjęcia i kostiumy oraz zasadniczo dobrze dobrana obsada, okazjonalnie pokazująca na co ją stać, sugerują, że był w tym materiale potencjał. Sama zagadka nigdy nie miała szansy zrobić większego wrażenia, ale humor, klimat i żwawe tempo mogły ten fakt wynagrodzić. Zamiast tego, wyszedł kolejny średniak (może ciut powyżej) od czerwonego N. Szkoda.
Atuty
- Wygląda naprawdę porządnie;
- Dobrze dobrane Mia McKenna-Bruce i Helena Bonham Carter;
- Bliżej końca staje się nawet ciekawy.
Wady
- Mizerna i w większości przewidywalna zagadka;
- Nierówne tempo;
- Spodziewane, choć wciąż irytujące zmiany względem oryginału.
Mogło być gorzej, ale powinno też być lepiej. Życie romantyczne Bundle z morderstwem, spiskiem i sekretnym towarzystwem w tle nie podbije raczej serc większości widzów, ale można go obejrzeć. Przy okazji.
Przeczytaj również
Komentarze (1)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych