Rycerz siedmiu królestw (2026) – recenzja, opinia o serialu [HBO]. Dunk przygłup, tępy jak buzdygan. I Jajo
Młody rycerz w łachmanach, wywodzący się z Zapchlonego Tyłka, najbiedniejszej dzielnicy Królewskiej Przystani, postanawia wziąć udział w turnieju rycerskim w Ashford, by zarobić trochę pieniędzy i zacząć pracować na swoje dobre imię. Po drodze spotyka młodego, łysego chłopca, przedstawiającego się jako Jajo. To przypadkowe spotkanie na zawsze odmieni ich życia i całą przyszłość Siedmiu Królestw.
Pierwsze opowiadanie o Dunku i Jaju zostało wydane w 1998 roku. Dla lepszego wyobrażenia sobie, jaki to kawał czasu temu, Playstation 2 jeszcze nawet nie istniało. Microsoft nie myślał jeszcze o Xboxie, panoramę Nowego Jorku zdobiły bliźniacze wieże World Trade Center, w Polsce dopiero pierwszą kadencję na stołku prezydenta siedział Aleksander Kwaśniewski, a Andrzej „Pershing” Kolikowski wciąż żył. Spora część czytelników PPE.pl nie chodziła jeszcze nawet po świecie. Ja sam byłem ledwie dziesięcioletnim szczawikiem i podniecałem się kolejnymi levelami w „Crash Bandicoot 2”. Próbuję przez to powiedzieć, że mamy tu do czynienia z adaptacją naprawdę leciwego materiału, jeszcze nie aż tak rozbudowanego i zdecydowanie bardziej przyziemnego niż „Pieśń lodu i ognia”, co warto mieć na uwadze oceniając złożoność „Rycerza siedmiu królestw”.
Po pierwszych zapowiedziach serialu i informacji o tym, że sezon ma składać się z sześciu odcinków, zakładałem, że producenci chcą jednym rzutem opowiedzieć historię wszystkich trzech dotychczas wydanych opowiadań – po dwa odcinki na opowiadanie i po bólu. W końcu to jedynie 400 stron w polskim przekładzie. Nie doceniłem jednak ambicji twórców serialu, którzy postanowili poświęcić wszystkie sześć odcinków na opowiedzenie wyłącznie pierwszej przygody Dunka i Jaja, pod tytułem „Wędrowny rycerz”. Oznacza to, że przed nami jeszcze co najmniej dwa sezony serialu, a jak Martin ładnie się postara, to może nawet i więcej. Chyba, że producenci wykażą się pazernością i sztucznie rozciągną historię. Zdaje się, że pożyjemy, zobaczymy.
Rycerz siedmiu królestw (2026) – recenzja, opinia o serialu [HBO]. Z przymrużeniem oka...
Historia pierwszego sezonu bardzo wiernie trzyma się książkowego oryginału, często przenosząc wydarzenia i dialogi dosłownie jeden do jednego. Cztery i pół godziny czasu seansu oznacza, że scenarzyści mieli również miejsce żeby dodać coś od siebie. I tak jak może to brzmieć niepokojąco, bo zwłaszcza w dzisiejszych czasach nie ma chyba nic gorszego, niż scenarzysta, który stwierdza, że „ulepszy” oryginalną historię. Powiedziałbym jednak, że nowe sceny – przede wszystkim z wesołymi prostytutkami i retrospekcja ukazująca młodość Dunka (Peter Claffey) na ulicach Królewskiej Przystani – wypadają w większości bardzo dobrze, rozwijając po prostu lekko to, o czym i tak już bardzo pobieżnie wiedzieliśmy. Piszę „w większości”, ponieważ bardzo humorystyczny sposób przedstawienia pierwszego spotkania Ser Arlana (Danny Webb) i naszego wielkiego bohatera, może zostać odebrany jako do przesady niepoważny przez co bardziej oddanych fanów oryginału.
Bo musisz wiedzieć, że „Rycerz siedmiu królestw” ma wyraźnie zarysowane komediowe podszycie. Nie jest to wyłącznie festiwal gagów, to jednak wciąż krwawe fantasy, w którym dobrzy ludzie giną równie często, jak ci źli, a inni mogą zostać pozbawieni praktycznie całego dobytku tylko dlatego, że ktoś wyżej od nich postawiony miał akurat gorszy dzień. Nie oznacza to jednak, że nie można się od czasu do czasu pośmiać. Już otwierająca serial scena bardzo wyraźnie pokazuje nam, z czym będziemy mieli do czynienia. Jeśli nie chcesz żadnych spoilerów, to zalecam przeskoczyć do następnego akapitu. Dunk chowa swojego dawnego pana do płytkiego grobu. Stara się powiedzieć coś nad mogiłą, choć słowa nie chcą przyjść. W końcu postanawia ruszyć w kierunku Ashford, gdzie rozgrywać się będzie turniej z udziałem śmietanki rycerstwa i samej rodziny królewskiej. Kamera najeżdża na jego twarz, znajomo brzmiąca muzyka zaczyna narastać i... cichnie, przysłonięta odgłosami nerwowej sraczki, wylatującej pod solidnym ciśnieniem z wystającego zza drzewa tyłka Dunka. Aż tak przaśnie już dalej nie będzie, ale wciąż regularnie będzie się z czego pośmiać.
Rycerz siedmiu królestw (2026) – recenzja, opinia o serialu [HBO]. Średniowieczny, szaro-bury realizm
Zdaje się, że nie było innego wyjścia, biorąc pod uwagę fakt, że mamy do czynienia z trzecim już serialem dziejącym się w tym samym świecie, ale trochę ubolewam nad faktem, że filmowcy poszli w stronę większego luzu, jeśli chodzi o komedię, ale wciąż nie potrafili pozwolić sobie na przedstawienie ludzi z Tyrosh jako niebieskobrodych, pstrokato udekorowanych dandysów. To wciąż po prostu klasyczni rycerze, tu i tam poprzetykani srebrnowłosymi Targaryenami. Trzeba jednak przyznać, że w temacie ukazania brudu i niesprawiedliwości tego świata, nie można się do niczego przyczepić.
Po drodze będzie dane nam zobaczyć kilka turniejowych potyczek. Pojedynek Aeriona „Jasnego Płomienia” Targaryena (Finn Bennett) z Humfreyem Hardyngiem (Ross Anderson) nie jest długi, ale widz niemal czuje pot koni, na których siedzą obaj rycerze, a po jego zakończeniu aż włos się jeży na głowie. Oczywiście nie wszystkie pojedynki rycerskie zostały nakręcone, bo przynajmniej jeden odcinek oglądalibyśmy wyłącznie tłukących się po hełmach ludzi zakutych w zbroje, co kompletnie zabiłoby tempo opowieści. Mimo to, turniej posiada odpowiedni ciężar narracyjny, a późniejsze wydarzenia są w równej mierze ekscytujące, co dramatyczne. I tylko samo zakończenie sezonu, choć zdecydowanie dobrze pasujące do charakteru serialu, zagrało mi odrobinę fałszywie, zbyt daleko odbiegając od papierowego oryginału. Ale nie będę tutaj spoilerował, o co dokładnie chodzi.
Nowa propozycja HBO to serial rześki, żwawo biegnący przed siebie, mistrzowsko łączący w sobie lekką komedię z brutalną rzeczywistością Siedmiu Królestw. Dunk i Jajo (Dexter Sol Ansell) od samego początku tworzą uroczy, zabawnie niedopasowany duet, a świat przedstawiony, choć nieznacznie pogodniejszy od tego z „Gry o Tron”, bezapelacyjnie jest częścią tej samej, szerszej historii. Nie wszystkim spodoba się poczucie humoru showrunnerów, ale moim zdaniem, na tym etapie opowieści, jest on jak najbardziej odpowiedni. Zazwyczaj. Wsiadaj na koń i gnaj do Ashford! Już za niecały tydzień, 18.01.26, rozpoczyna się turniej.
P.S. Gdzie są „Wichry zimy”, George?!
Atuty
- Bardzo dobrze dobrani Dunk i Jako;
- Pieczołowicie przenosi wydarzenia „Wędrownego rycerza” na mały ekran;
- Z werwą zrealizowane, brutalne i efektowne pojedynki;
- Zaskakująco dużo scen humorystycznych...
Wady
- ...choć część z nich trochę za bardzo zmienia ton opowieści;
- Producenci wciąż boją się wyrazistej kolorystyki prozy Martina.
„Rycerz siedmiu królestw” pozostaje bardzo wierny książkowemu oryginałowi George'a R.R. Martina, tylko okazjonalnie pozwalając sobie dodać coś od siebie. Barwne postacie, świetnie zrealizowany świat i charakterystyczna dla autora bezpardonowość łączą się tutaj, aby zapewnić widzom ponad cztery godziny pierwszej klasy rozrywki.
Przeczytaj również
Komentarze (1)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych