SpongeBob: Klątwa pirata (2025) - recenzja, opinia o filmie [UIP]. Duży chłop i kichy ze stali
SpongeBob wreszcie jest dostatecznie wysoki, żeby wsiąść na rollercoaster dla dorosłych. Rzecz w tym, że za bardzo boi się, że coś mogłoby mu się stać. Aby stać się bardziej męskim i odważnym, postanawia zostać najprawdziwszym korsarzem! W tym celu, zaciąga się do załogi Latającego Holendra. Nie wie jeszcze, w jakie tarapaty się wpakował. Latający Holender, znaczy się.
SpongeBob nie bez powodu stał się postacią ikoniczną i do dzisiaj gości na małym ekranie, wielkim ekranie oraz monitorach graczy. Serial Stephena Hillenburga od samego początku był czystym szaleństwem, pełnym dziwnych pomysłów, wyrazistych postaci i charakterystycznych wizualiów. W dużej mierze, było to lepiej przygotowane na długą serializację rozwinięcie idei przyświecających produkcjom Cartoon Network z połowy lat dziewięćdziesiątych. Takie "Dwa głupie psy" czy inny "Jam Łasica" to były dobre, szalone kreskówki, ale raczej trudno byłoby mi wyobrazić sobie je w ilości stu czy więcej odcinków. Bob miał natomiast świat - Bikini Dolne, gdzie prawie od samego początku mieszkała cała plejada barwnych postaci, z którymi można było robić, co tylko dusza zapragnie.
Jedną z takich postaci był Latający Holender, wprowadzony do serialu już w trzynastym odcinku pierwszego sezonu - chyba że liczyć pojawienie się w tle, to nawet chwilę wcześniej. Od tamtej pory pojawia się w serialu regularnie, raz stanowiąc zagrożenie dla naszych bohaterów, innymi razy głównie po to żeby było się z czego pośmiać. SpongeBobowi zdarzyło się już nawet być członkiem jego załogi, został zamieniony przez niego w ducha i generalnie odbyli już razem wiele przygód. Dlaczego o tym wspominam? Ponieważ scenarzyści dzisiejszego filmu w ogóle się takimi detalami nie przejmowali.
SpongeBob: Klątwa pirata (2025) - recenzja, opinia o filmie [UIP]. 100 minut później
Fabuła "Klątwy pirata" nie należy do najbardziej ambitnych, ale też chyba nikt nie spodziewał się niczego innego po filmie z tej serii. Bob i Patryk dają się namówić Holendrowi na wspólną podróż do Podbikini, a zdesperowany pan Krab bierze pod pachę Skalmara i Gacka, po czym rusza mu na ratunek. Łatwiej tak, niż gdyby miał szukać teraz drugiego tak pracowitego kuchcika. Całość trwa lekko ponad 90 minut i podzielona została na trzy, około 30 minutowe segmenty, zupełnie jakbyśmy oglądali trzy odcinki serialu, tyle że z wyższym budżetem i połączone fabularnie w jedną całość. Ma to swoje zalety - na przykład regularną zmianę tematu i otoczenia - ale mam przy tym wrażenie, że scenarzyści mieli problem ze znalezieniem odpowiedniego, równego tempa. Kolejne gagi prześlizgują się przez ekran w takim tempie, że już po pierwszych 30 minutach byłem dosyć zmęczony i zacząłem robić się senny (mimo porannej godziny seansu).
Z drugiej strony, gdyby wszystkie filmy mogły mieć takie problemy, jak "za dużo dobrych żartów". A "Klątwa pirata" ma ich naprawdę sporo. Nie jest to, oczywiście, wyszukany humor, raczej taki typowo spongebobowy, ale to nieważne - grunt, że jest skuteczny. Zwłaszcza gagi wizualne - czy to kolejne wykręcone miny Boba czy, czy nagłe przejścia w hiperrealizm albo bardzo luźne podejście do tego, jak powinno działać ciało gąbki, rozgwiazdy, kraba czy, w sumie, kogokolwiek innego. To napisawszy, wypada dodać, że nie wszystkie gagi są tak samo zabawne. Spora część żartów dialogowych jest po prostu zbyt sucha, nawet jak na moje, raczej niskie, standardy.
SpongeBob: Klątwa pirata (2025) - recenzja, opinia o filmie [UIP]. Gąbka na wypasie
Podniesiony względem wersji serialowej budżet widać praktycznie na każdym kroku. Holendra gra tym razem nie brat Billa, Brian Doyle Murray, a Luke Skywalker we własnej osobie, Mark Hamill. Choć akurat w tym przypadku, myślę że kluczowy był fakt, że postać pojawia się również w wersji ludzkiej i potrzebny był ktoś o odpowiedniej budowie ciała (chwila szczerości: dopóki nie sprawdziłem, nie miałem pojęcia, że patrzę na Hamilla). Trójwymiarowe modele postaci składają się z bardzo satysfakcjonującej ilości poligonów, równie imponująco odekstruowanych, dzięki czemu każda postać, mimo że w trójwymiarze, wygląda dokładnie tak jak powinna. W szczególności podobała mi się zielona poświata, rozpływająca się po otoczeniu zawsze kiedy w okolicy znajdował się Holender lub ktoś z jego załogi.
Widziałem również głosy krytyki, wedle których film wygląda zbyt generycznie. Mam wrażenie, że oglądaliśmy zupełnie różne filmy, bo wygląd Podbikini i jego licznych mieszkańców każdorazowo robił na mnie wrażenie. W szczególności do gustu przypadły mi latające na nietoperzy w skrzydłach kotwice, Ale w gruncie rzeczy wszystkie elementy wymyślone na potrzeby filmu robią bardzo pozytywne wrażenie. Jasne, to wciąż jest po prostu zbitka trzech odcinków serialu w podbitym budżetem, ale tak naprawdę, to w tym złego? To po prostu więcej SpongeBoba. 100 minut solidnej rozrywki, nawet jeśli po drodze potrafi lekko zmęczyć stary łeb, jak mój.
"SpongeBob: Klątwa pirata" to zasadniczo cukier w kinematograficznej postaci. Zwariowana, pełna odjechanego humoru przygoda naszej ulubionej gąbki. Jeśli jesteś fanem serialu, to na pewno ci się spodoba. Jeśli nie, może to być zbyt wysoki próg wejścia.
Atuty
- Masa absurdalnego humoru;
- Prosta, ale urocza historyjka;
- Dobry dubbing.
Wady
- Ciut nierówne tempo;
- Potrafi przebodźcować, bo to w sumie bardzo prosta historia, oparta niemal wyłącznie na gagach.
SpongeBob wyrusza na przygodę wraz z Patrykiem i Latającym Holendrem. Jest chaos, niedorzeczność i wszystko to, czego oczekuje się po tej marce. Może wręcz jest tego odrobinę zbyt wiele...
Przeczytaj również
Komentarze (4)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych