Pies 51 (2025) - recenzja, opinia o filmie [Kino Świat] Nie ufaj nikomu, jeśli nie wiesz, gdzie jest jego mózg
Zmęczony, niepokorny policjant zostaje zwerbowany przez wyższą stopniem koleżankę. Wspólnie mają spróbować ustalić kto i dlaczego zamordował twórcę Almy, sztucznej inteligencji pomagającej policji w rozwiązywaniu spraw.
"Maman, je veux 'Rapport minoritaire'", zakrzyknęło dziecko. "Nous avons 'Rapport minoritaire' à la maison, chérie", odparła matka. Czuję, że takie właśnie memy krążą obecnie po francuskiej sieci. Cedric Jimenez bezapelacyjnie zapatrzył się na prozę Phillipa K. Dicka - i to nie tylko na "Raport mniejszości", z którego pożyczył sobie zdecydowanie najwięcej. Słychać tu też niewyraźne echa "Czy androidy śnią o elektrycznych owcach", a widać natomiast wizualny język "Łowcy androidów" Ridleya Scotta. Psia mać, nawet muzyka w paru miejscach zajeżdża trochę Vangelisem! Ale hej, jak już się inspirować, to najlepszymi, nie?
Ogólnie rzecz ujmując, "Pies 51" nie jest złym filmem. Pomysł podzielenia Paryża (tylko Paryża?) na trzy strefy, dla różnych grup społecznych - na podstawie powieści Laurenta Gaude - ma potencjał, historia w ostatnim akcie oferuje całkiem intrygujący zwrot akcji, postacie mają zajmującą przeszłość. Teoretycznie. Na papierze, wszystkie te elementy brzmią dobrze. Gdyby ktoś opowiedział mi ten film "po swojemu", byłbym nim pewnie zdrowo podekscytowany. Diabeł tkwi jednak w szczegółach.
Pies 51 (2025) - recenzja, opinia o filmie [Kino Świat]. Niby dobrzy aktorzy, a jednak drewno
Pierwszym, co rzuca się w oczy w trakcie oglądania są bardzo słabo zarysowane postacie i intryga. Kessel, człowiek odpowiedzialny za Almę zostaje zamordowany zaraz na samym początku filmu. Nie wiemy kim on jest, nie wiemy czym jest Alma. Twórcy filmu stawiają przed nami zagadkę - dlaczego to wydarzenie było istotne? Po czym nie kwapią się wcale z udzieleniem odpowiedzi, rzucając jedynie jednym zdaniem na sam koniec, w efekcie potwierdzając, że wydarzenie to, w gruncie rzeczy, po prostu nie było istotne.
Nie byłby to jednak wcale jakiś duży problem - mcguffiny nie są niczym nowym. Jeśli ma to być tylko zapalnik umożliwiający przedstawienie historii właściwej, która rzeczywiście nas porwie i zachwyci, to czemu nie. Rzecz w tym, że w przypadku "Psa 51" tak, niestety, nie jest. Poznajemy naszych głównych bohaterów, pochodzącą z drugiej strefy policjantkę, Salię Malberg (Adele Exarhopoulos) oraz niepokornego oficera Zema Brechta (Gilles Lellouche) ze strefy trzeciej - tej najgorszej. Chociaż "poznajemy" jest tutaj odrobinę za mocnym określeniem, bo o niej wiemy tylko tyle, że chce rozwiązać tę sprawę, a o nim, że nie obchodzą go reguły i kiepsko sypia. Ostatecznie, film dorzuca jakieś tam detale o ich przeszłości, ale robi to w bardzo mało angażujący widza sposób i raczej późno, a prócz tego obie postacie są tak wyprane z jakiegokolwiek charakteru, że zwyczajnie nie da się z nimi sympatyzować. Na domiar złego, oboje aktorzy nie mają ze sobą absolutnie żadnej chemii, więc kiedy film nagle zaczął sugerować romans między nimi, byłem w kompletnym szoku. Wyglądało to, jak przysłowiowy królik wyciągnięty z kapelusza.
Pies 51 (2025) - recenzja, opinia o filmie [Kino Świat]. Ludzkość podzielona
Trzeba natomiast przyznać filmowi Jimeneza, że wygląda calkiem elegancko. Rzecz dzieje się w niedalekiej przyszłości (Google mówi, że roku 2045, ale fikuśnie poubierani ludzie w pewnym momencie odliczają do zera i cieszą się z nowego milenium, więc nie wiem kogo słuchać), więc nie ma mowy o zbyt futurystycznych gadżetach, ale widać, że technologia poszła do przodu. Zaawansowane kamery mają obowiązkową funkcję "zoom and enhance", po mieście latają autonomiczne drony wyposażone w karabiny maszynowe, kolejne strefy Paryża odgrodzone są od siebie punktami kontrolnymi, gdzie służby skanują oko i opaskę identyfikacyjną każdej osoby pragnącej się przemieścić. No i, oczywiście, komputery wyposażone są w przezroczyste, szklane ekrany, które może i wyglądają futurystycznie, ale w rzeczywistości byłyby zupełnie niepraktyczne - w dodatku, z drugiej strony widać, co masz na ekranie! Gadżety to oczywiście jedno, ale i zdjęcia potrafią wyglądać efektownie. Paryż w strugach deszczu, mocno doświetlony światłami w najróżniejszych barwach jest z jednej strony romantyczny, z drugich lekko cyberpunkowy, niby barwny i pełen specyficznych ludzi, ale przy tym niebezpieczny.
Ale żeby nie było, że jednak go chwalę, to zakończę stwierdzeniem, że prócz bycia kiepsko opowiedzianą historią - choć potencjał był - "Pies 51" jest również filmem strasznie dziurawym. Postacie raz za razem zachowują się po prostu głupio, dając ciała głównie po to, aby historia nie skończyła się zbyt prędko. Apogeum tej głupoty następuje w ostatnim akcie. Nie chcę wchodzić w szczegóły, więc ograniczę się do jednej obserwacji. Aby dostać się do pilnie strzeżonej, odgrodzonej od reszty miasta strefy 1 wystarczy wejść do Sekwany po nie pilnowanych przez nikogo schodkach i podpłynąć do otwartego dla każdego chętnego kanału. A to tylko jeden, pierwszy z brzegu przykład.
Ostatecznie, "Pies 51" to festiwal niewykorzystanych okazji. Mocna obsada, ale nie ma czego grać. Ciekawy pomysł i rozwiązanie, ale po drodze nieskładna nuda. Potencjalnie interesujące wątki poboczne, ale bez rozwinięcia. Wygląda ładnie, ale to mógł i powinien był być znacznie lepszy film.
Atuty
- Powierzchownie ciekawa wizja świata;
- Ma ze dwa interesujące zwroty akcji.
Wady
- Bardzo słabo nakreślone postacie;
- Intryga nie intryguje;
- Od czapy wątek romantyczny;
- Masa głupot.
"Pies 51" ma wiele pomysłów, ale nie wie, co z nimi zrobić. Da się obejrzeć, choć raczej nie polecam.
Przeczytaj również
Komentarze (2)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych