Szklana pułapka (1988) – recenzja, opinia o filmie [Disney]. Yippee Ki-Yay Johna McTiernana
John McClane przylatuje do Los Angeles aby spróbować pogodzić się z żoną. Pech chciał, że akurat tego dnia, swój plan w życie wprowadzić postanawia grupa przestępcza pod przywództwem niejakiego Hansa Grubera. Przestępcy biorą na zakładników świętujących pracowników Nakatomi Plaza, wśród których znajduje się żona Johna, Holly. Tylko McClane może uratować sytuację i udaremnić napad stulecia...
Witam w 2026 roku! Ufam, że zabawa sylwestrowa była udana i dzisiaj wszyscy z werwą zabrali się za realizację noworocznych planów. Sam również chciałbym rozpocząć rok w najbardziej pozytywny możliwy sposób, więc postanowiłem na dzisiaj odświeżyć sobie klasyczny, świąteczny film Johna McTiernana o facecie, dla którego rodzinne święta są tak ważne, że nie zawaha się posłać do piachu ponad tuzina ludzi, byle tylko gwiazdkę spędzić wspólnie z żoną. Piękna sprawa.
Nie każdy wie, ale pierwsza „Szklana pułapka” jest, w pewnym sensie, kontynuacją. A jakby tak jeszcze bardziej nagiąć definicję tego słowa, to można powiedzieć, że jest kontynuacją dwóch różnych filmów. Przede wszystkim, pierwotny pomysł na film zakładał, że będzie to sequel klasycznego akcyjniaka z Arnoldem Schwarzeneggerem, „Commando”. W pierwszym filmie Matrix ratował swoją córkę i robił rozpierduchę, w drugim ratowałby żonę i robił rozpierduchę. Niestety – choć, w tym przypadku, może jednak „na szczęście” - Arnie nie dogadał się z producentami w kwestiach finansowych, więc koncepcję należało zmienić.
Ostateczny scenariusz Jeba Stuarta i Stevena de Souzy został oparty na w pewnych kręgach klasycznej powieści Rodericka Thorpa, pod tytułem „Nothing lasts forever”, którą u nas wydano w 1992 już jako „Szklana pułapka”, żeby podpiąć się pod sukces filmu. Sama książka jest znacznie bardziej depresyjna niż jej nastawiony na akcję, filmowy odpowiednik, a główny bohater wcale nie nazywa się John McClane, a Joseph Leland. Nazwisko to może brzmieć znajomo fanom klasycznej kinematografii. Tak samo nazywał się główny bohater filmu „Detektyw” z 1968 (również na podstawie prozy Thorpa). Grał go nie kto inny jak Frank Sinatra i to właśnie on był prekursorem wyszczekanego policjanta, którego poznaliśmy dwadzieścia lat później.
Szklana pułapka (1988) – recenzja, opinia o filmie [Disney]. Nieoczywiste decyzje castingowe
McTiernan, już wtedy znany jako reżyser „Predatora”, który może i nie spodobał się pierwotnie krytykom, za to zdobył uznanie widowni i zarobił w box office ponad sześciokrotność swojego budżetu, sporo ryzykował obsadzając „Szklaną pułapkę”. W rolę Johna wcielił się Bruce Willis, co z dzisiejszej perspektywy nie jest niczym nadzwyczajnym, ale warto pamiętać, że przed 1988 rokiem miał on na koncie jedynie kilka ról komediowych i nic więcej. Jeszcze dobre dwa lata później grał głównie lekkie, barwne postacie. Tak naprawdę dopiero kontynuacja dzisiejszego filmu ugruntowała jego pozycję jako wiodącego aktora filmów akcji.
Prócz niego, drugą najważniejszą postacią w filmie bez wątpienia jest Hans Gruber, czyli jedyny w swoim rodzaju Alan Rickman. Nie wszyscy zdają sobie jednak sprawę, że był to pierwszy film w całej jego długiej i wspaniałej karierze. Oczywiście sytuacja nie jest tak dramatyczna, jak często przedstawiają to media – Alan już dobrą dekadę wcześniej zaczął grać na deskach teatru, a niedługo przed rolą Grubera był nominowany do nagrody Tony za swój występ w „Les Liaisons Dangereuses”. Niemniej jednak, fakt, że tak istotną rolę powierzono kinowemu debiutantowi mówi nam wiele o tym, jak zupełnie innym miejscem było Hollywood te blisko cztery dekady temu.
Szklana pułapka (1988) – recenzja, opinia o filmie [Disney]. Film dwóch gigantów
Zarówno McClane, jak i Gruber, wypadli jednak świetnie. Z minuty na minutę bardziej brudny John łączył w sobie chłopski upór, policyjną powinność i podwórkowy urok, w jednej chwili walcząc o życie, w drugiej rzucając żartem na rozluźnienie do wspierającego go sprzed budynku sierżanta Powella (Reginald VelJohnson). Widownia natychmiast zakochała się w tej jego nieokrzesanej manierze. To nie był nieskazitelnie błyszczący bohater lat minionych ani naładowany anabolikami schab w stylu wspomnianego już Schwarzeneggera. Kluczem do sukcesu Johna było to, że reprezentował (niemal) przeciętnego człowieka, który trafił w złe miejsce o złym czasie i musi teraz wykorzystać swój spryt, żeby jakoś sobie z tym poradzić.
Gruber natomiast, to absolutna szlachta wśród czarnych charakterów. Rickman gra go jako dystyngowanego, wyrafinowanego człowieka, ubranego w nienagannie skrojony garnitur, skupionego na zadaniu i niebezpiecznego, ale bez zbędnej przemocy – przynajmniej według niego. Rickman bardzo stopniowo zabiera mu ten zimny spokój, proporcjonalnie do liczy zabitych przez Johna wspólników. Jego kunszt aktorski najlepiej obrazuje chyba scena, w której musi udawać, że to nie on. Niespodziewanie znajduje się na drugim końcu lufy i przez jedną, boleśnie długą sekundę naprawdę nie wie, co ma robić. Jedno mrugnięcie dalej wpada już jednak na pomysł i w jednej sekundzie gubi swój standardowy akcent oraz pozwala sobie wpaść w panikę. Obaj aktorzy nie mają zbyt wielu wspólnych scen, lecz każda jedna ich interakcja zapada w pamięć tak mocno, że wielu widzów pamięta je żywo nawet dzisiaj.
Szklana pułapka (1988) – recenzja, opinia o filmie [Disney]. Tak się pisze scenariusze!
Pod względem akcji czy intrygi nie ma tu się tak naprawdę do czego przyczepić. Film jasno tłumaczy dlaczego Holly (Bonnie Bedelia) występuje pod panieńskim nazwiskiem, co pozwala jej przez jakiś czas zachować względne bezpieczeństwo. Ellis (Hart Bochner) jest skończoną łajzą, której zwyczajnie nie da się lubić, bo dokładnie takim kretynem z resztką białego proszku pod nosem ma być – dzięki czemu mamy wręcz nadzieję, że terroryści Grubera się nim w końcu zajmą. Podczas zdjęć do filmu, budynek Fox Plaza (czyli filmowe Nakatomi Plaza) był jeszcze w konstrukcji, więc McTiernan wykorzystał ten fakt w fabule filmu. John nie ma butów przez radę współpasażera samolotu i ponieważ obuwie zabitego terrorysty było na niego za małe. Wszystko tutaj ma swój sens. Prawie wszystko, bo jednak nie wierzę, że plan terrorystów miał szansę się ostatecznie powieść. To jednak tylko moje domysły, bo w samym filmie nigdy nie musimy się tym problemem martwić.
Dwa słowa na temat polskiego tytułu filmu. Oryginalne „Die Hard” byłoby upierdliwie trudne do przełożenia na chwytliwy tytuł. Nie żeby nikt nie próbował. Na VHS ukazała się pierwotnie wersja, którą czytał pan Janusz Kozioł. Na ekran wjeżdża tytuł, a my słyszymy „Brutalna śmierć” (da się znaleźć na YouTube). I pewnie, można tak spojrzeć na ten tytuł, choć w zamyśle filmowców, „Die Hard” miało odnosić się do Johna McClane'a, upartego twardziela, którego nie idzie się pozbyć, jak bardzo by się nie próbowało. Więc lepsze byłoby coś na kształt „Twardziel”, czy inny „Zabijaka”, ale ktoś musiał stwierdzić, że kiepsko by to brzmiało. Postawiono więc na odniesienie do wydarzeń filmu. „Szklana pułapka” miała sens w kontekście fabuły i dobrze współgrała z plakatem filmu. Gorzej, że później nakręcono część drugą. A później trzecią, czwartą i nawet piątą – choć o tej ostatniej wolałbym zapomnieć. I nijak nie miały one nic wspólnego ze szkłem! Na szczęście, jakaś mądra głowa stwierdziła, że jak już powiedziało się A, to teraz trzeba powiedzieć i B, więc nie kombinowano z „Terminalną pułapką” ani niczym takim, a zaczęto dodawać jedynie numerki do już ustalonego tytułu – sztuka, której mogliby się nauczyć niektórzy inni nasi tłumacze.
Zdaję sobie sprawę, że wyszły mi bardziej wspominki i ciekawostki na temat filmu, niż recenzja jako taka, ale tak to już bywa z tymi retro tekstami. Nie wyobrażam sobie, aby ktoś mógł w dzisiejszych czasach nie znać tego absolutnego klasyka, lecz jeśli jakimś cudem pierwszy seans wciąż przed Tobą, nie zastanawiaj się zbyt długo, tylko odpalaj Disney Plusa i bierz się za seans. Na pewno nie pożałujesz. Przed tobą jeden z najlepszych filmów akcji w historii.
Wszystkiego najlepszego w nowym roku.
Atuty
- Bruce Willis i Alan Rickman absolutnie zrobili ten film;
- Świetnie nakręcona, brutalna i kinetyczna akcja;
- Wyraziste postacie drugoplanowe;
- Świetne tempo;
- Klimatyczna, dobrze komplementująca akcję muzyka Michaela Kamena.
Wady
- Karl aż prosił się żeby być szerzej rozpisaną postacią;
- Może ciut zbyt naiwny ostateczny plan terorrystów?
„Szklana pułapka” to do dziś złoty standard tego, jak powinien wyglądać dobry film akcji. Wyraziste postacie po obu stronach, jasno przedstawiona stawka, dobrze wyważony humor i dramaturgia. Dwie godziny świetnej zabawy.
Przeczytaj również
Komentarze (10)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych