Minęło już 25 lat od premiery pierwowzoru na 16-bitowca Nintendo. Gry ewoluowały, a co za tym idzie, pojawiły się nowe rozwiązania niemożliwe do zaimplementowania w latach 90. Gdy więc Square Enix zapowiedziało dumnie remake Secret of Mana (remake, nie remaster) z zupełnie nową szatą graficzną, byłem zachwycony. Ów zachwyt uleciał praktycznie chwilę po odpaleniu gry...

Niestety tytuł w kwestii prezentacji poległ już w fazie koncepcyjnej, kiedy tęgie głowy postanowiły z wyciskającej ósme soki oprawy 2D na SNESie zrobić pełne 3D. Tyle tylko, że zrobiono to najniższym kosztem i momentami gra wygląda jak karykatura oryginału. Aby zachować styl i design Secret of Mana należało albo wyłożyć budżet na miarę tytułu AAA i przenieść grę w godne naszych czasów 3D, albo zostawić produkcję w dwóch wymiarach posiłkując się pixel artem - stylem, który wyróżnia wiele wspaniałych indyków. Wydawca poszedł jednak na skróty. Remake wygląda jak gra z końca ery PS2. Tyle że podbita do 4K i śmigająca w 60 klatkach na sekundę (choć nie stałych, bo potrafi zwolnić). Przeniesione do 3D postacie głównych bohaterów prezentują się dziwnie, zwłaszcza, że nie ruszają nawet ustami w trakcie dialogów robiąc tylko głupie miny. O dopracowanych animacjach sprite’ów z oryginału możecie więc zapomnieć. Dobrze przynajmniej, że w rogu ekranu pojawia się mapka będąca tak naprawdę imitacją 16-bitowego pierwowzoru. 


Bonusowe wstawki w hotelach to najlepsza innowacja względem pierwowzoru

Ale już wstawki filmowe na silniku gry ogląda się z grymasem niesmaku, a geometria trójwymiarowych światów momentami przypomina jakiś edytor poziomów. Modele NPCów, drzewa, budynki - to wszystko powtarza się praktycznie w każdym nowym świecie. Tańczący sprzedawcy w turbanach są wszędzie tacy sami, praktycznie w każdej wsi spotkamy też zielonowłosą niunię i tego samego typa w blond czuprynie. Autorzy remake'u świadomi tej ułomności pokusili się nawet o autoironię sugerując, że jedna z powtarzających się postaci to tak naprawdę bracia rozsiani po całym świecie. Idąc dalej - zmiana broni jest widoczna na ekranie, ale już założenie całkiem urozmaiconych elementów zbroi (można się przebrać za kaczkę!), nie wpływa w żaden sposób na wygląd postaci. A nie wspomniałem jeszcze o loadingach obecnych w pociętych na niewielkie sekcje obszarach. Pogratulować. Nie popisali się też twórcy nowej ścieżki dźwiękowej. Zremasterowany soundtrack brzmi jak krzyżówka disco polo z rzępoleniem jakiejś kapeli indie grającej dla kumpli w garażu. Całe szczęście w opcjach można zmienić nutę na klasyczną. Cieszy za to nagranie głosów dla wszystkich postaci i to zarówno w języku japońskim jak i angielskim. Gorąco polecam ten pierwszy. 

Na ratunek światu


Kraina mooglesów? Pod względem zróżnicowania lokacji Secret of Mana bardzo miło zaskakuje, ale sama jakość oprawy nie zasługuje na słowo remake

Fabuła nie jest specjalnie odkrywcza, ale skłamałbym pisząc, że historia nie wciąga. Mamy tu praktycznie wszystkie klasyczne motywy zebrane do kupy. Tytułowa Mana, niczym Mako w Final Fantasy VII, to cenna energia, która jest wydobywana z ziemi i wykorzystywana przez pewne imperium do zasilania ogromnej latającej fortecy. Gdy w pewnym momencie zasoby Many zaczynają się drastycznie kurczyć, bogowie sprowadzają na ziemię bestie, swoiste summony, mające powtrzymać agresywną cywilizację. Konflikt doprowadza do ogromnego spustoszenia na planecie, a świat przed zagładą ratuje wybraniec posługujący się mieczem wykorzystującym Manę. Forteca zostaje zniszczona, Mana zapieczętowana, świat zaczyna się odradzać. Do czasu. Z nowo skrojonego intra (całkiem klimatyczne) dowiadujemy się, że imperium poszukuje ośmiu nasion Many, które po uwolnieniu przywrócą energię światu i pozwolą na wskrzeszenie fortecy. I w tym momencie do gry wkraczamy my wcielając się w Randiego, sierotę zostawioną przez matkę w pewnej zabitej dechami wsi. Owa sierota odnajduje legendarny miecz i – jak się domyślacie - okazuje się... wybrańcem. Do ekipy szybko dołączają dwie kolejne postacie: Primm, pyskata córka arystokraty sprzeciwiająca się zaaranżowanemu ślubowi i szukająca zaginionego żołdaka, do którego czuje miętę, oraz Popoi, sarkastyczny i cwaniakowaty mieszkaniec wioski krasnoludów cierpiący na amnezję. Cała trójka  kierowana przez bóstwa ruszy na ratunek światu. Scenariusz nie obfituje w zbyt wiele zwrotów akcji, ale historię śledzi się z zaciekawieniem. Jest złe imperium, są rebelianci, kolejne krainy z dziwnymi stworami i starcia z coraz to silniejszymi antagonistami. Prawie jak Gwiezdne Wojny! Jednym z niewielu usprawnień względem pierwowzoru, które można zaliczyć na plus, są scenki odgrywane w hotelach. Postacie rozmawiają ze sobą o bieżących wydarzeniach, plotkują o spotkanych postaciach, dogryzają sobie - to buduje chemię między całą trójką.


Niektóre fragmenty mapy możemy pokonać tylko z pomocą konkretnej broni, których każdorazowa zmiana wymusza wizytę w menu

System walki jest dość prosty do opanowania ale satysfakcjonujący. Ciosy jak w rasowych eRPeGach akcji wyprowadzamy jednym przyciskiem, ale żeby zapobiec bezmyślnej masherce musimy odczekać chwilę, by naładować wskaźnik siły na 100%. Wtedy obrażenia są największe. Wszystko odbywa się na bieżąco - nie przenosimy się na oddzielne pole walki a wrogów widzimy na mapie i możemy próbować ich wymijać. Między postaciami możemy się w każdej chwili swobodnie zmieniać - Randi jako jedyny nie może korzystać z magii. Reszta postaci w miarę pozyskiwania nowych summonów (tych jest łącznie osiem) opartych na konkretnych żywiołach (ogień, lód, ziemia etc.) może atakować wrogów zaklęciami. Primm dysponuje magią defensywną i narzucającą różne boosty na postacie, Popoi z kolei ciska we wrogów czarami ofensywnymi. Pakowanie drużyny jest bardzo przyjemne - każdy z bohaterów indywidualnie leveluje dostępne bronie (miecz, bumerang, włócznia, rękawice, topór – łącznie osiem rodzajów). Im więcej dana postać używa danego oręża tym zadaje nim więcej obrażeń i może uczyć się wraz z wyższymi levelami nowych cisów (przytrzymujemy wówczas X). Bronie możemy też ulepszać u kowala znajdując odpowiednie orby. Podobnie jest z magią - im częściej używamy czarów przypisanych do danego summona, tym wyższy jest jego level. Gra narzuca wprawdzie momentami sztuczne blokady uniemożliwiające wymasterowanie na samym początku magii i broni do maksimum, ale poziomy doświadczenia postaci możemy wbijać bez przeszkód. W sklepach zakupimy też okrycia głowy, akcesoria i zbroje podnoszące statystki, choć jest ich stosunkowo niewiele. Ale sam fakt, że praktycznie w każdym nowym mieście możemy wpaść do sklepów i zakupić mocniejsze zbroje jest wart wzmianki. Gra nie jest jednak specjalnie trudna - jeśli nie będziecie omijali walk rozprawienie się z kolejnymi bossami nie stanowi wielkiego wyzwania, zwłaszcza, jeśli odkryjemy ich słabe punkty jak wrażliwość na dany typ żywiołu.