Red Dead Redemption

Red Dead Redemption

Mr_Sciera | 31.10.2010, 00:34
xxxxx

Recenzja trybu Single Player

Dalsza część tekstu pod wideo

Fani sandboxów są ostatnimi czasy rozpieszczani przez developerów. Po świetnym inFamous czy Assassin's Creed II, światło dzienne ujrzało Just Cause 2 – o którym jeszcze niedawno mówiłem, że jest najlepszą piaskownicą wszech czasów. Dzisiaj jednak, miejsce to zajął w moim prywatnym rankingu nowy król – oto murowany kandydat na grę roku – Red Dead Redemption. Fabuła przenosi nas do roku 1911 – dziki zachód jaki znamy z popularnych swego czasu westernów, chyli się ku upadkowi – coraz częściej można tu zobaczyć automobile, pociągi nie są tu niczym szczególnym, a pojedynki rewolwerowców odchodzą już do lamusa. Głównym bohaterem gry jest John Marston – były rzezimieszek, członek gangu – wystarczy tylko jedno spojrzenie na jego twarz poszarpaną licznymi bliznami, by domyślić się, że nie miał łatwej przeszłości. Niemniej jednak, w końcu postanowił skończyć z dotychczasowym życiem – poślubił ukochaną kobietę, zbudował dom, zasadził drzewo i dorobił się syna. Kiedy wydawało się, że wszystko układa się pomyślnie, dawne dzieje doścignęły go – przypomniał sobie o nim rząd Stanów Zjednoczonych. Zadanie było proste – albo odszuka swych byłych wspólników i doprowadzi ich przed wymiar sprawiedliwości, albo nigdy nie odzyska swej rodziny. Bohater podejmuje decyzję bez wahania....

 

To w zasadzie wszystko, co powinniście wiedzieć, by nie psuć sobie przyjemności z gry. Dodam tylko, że fabuła jest naprawdę ciekawa, obfituje w liczne zwroty akcji, co sprawia, że od produkcji Rockstar San Diego ciężko się oderwać. Świat gry to trzy fikcyjne stany o całkiem sporych rozmiarach. Różnią się one od siebie zarówno pod względem krajobrazu, jak i zamieszkującej je ludności, czy stopnia „ucywilizowania”. Największy z nich jest New Austin, w którym rozpoczyna się nasza przygoda – w zasadzie właśnie tutaj można poczuć się jak w prawdziwym westernie – małe miasteczka, rancza, saloony, rewolwerowcy co rusz wyzywający gracza na pojedynek. Często natkniemy się tu także na stada bydła pasące się na pastwiskach i bandytów napadających na dorożki lub pociągi pełne niewinnych ludzi. Wzorem serii GTA, dostęp do każdego kolejnego obszaru otrzymujemy w miarę postępów w grze. Po jakimś czasie trafiamy więc do Meksyku, a dokładniej do Nuevo Paraiso (New Paradise), gdzie właśnie trwa rewolucja – powstańcy próbują obalić rządy dyktatora Allende. Na każdym kroku widać tu wszechobecną nędzę i niedostatek, w jakim przychodzi żyć tubylcom – miejsce sklepów w dużej mierze zajmują stragany, a ludzie drżą ze strachu o przeżycie choćby jednego dnia – Allende brutalnie tłumi bowiem wszelkie przejawy buntu, mordując nie tylko całe rodziny, ale także paląc całe wioski. Ostatnim ze stanów jest West Elizabeth, ze swoim głównym miastem – Blackwater. Tutaj najbardziej widać postępy, jakie uczyniła cywilizacja – uliczki są brukowane, domy eleganckie, ludzie czyści, a prawdziwych kowbojów raczej tu nie uświadczymy. Znalazło się też miejsce na gęsto zalesione (a w wyższych partiach także i zaśnieżone) góry – niezły kontrast, w porównaniu z pustkowiami z innych stanów, w których na pierwszy rzut oka jedyną roślinnością wydają się być kaktusy.

 

Mimo że Red Dead Redemption otwartymi przestrzeniami stoi, w grze znalazło się miejsce dla kilku większych miasteczek. Możemy w nich nie tylko zatrzymać się na nocleg, ale wybrać się do saloonu na kielicha (lub dwa... trzy... cztery...), czy uzupełnić ekwipunek. Do naszej dyspozycji oddanych zostało kilka rodzajów sklepów - od zdecydowanie najbardziej potrzebnych, takich jak apteka czy sklep z bronią, przez General Stores (w których oprócz pożywienia, dostaniemy także np. konie), po te najmniej przydatne, jak Krawiec. Zawsze możemy też pograć w jedną z dostępnych minigier, wśród których każdy znajdzie coś dla siebie – Blackjack, Poker, Liar's Dice. Niejednokrotnie będziemy mieli też okazję udowodnić swą wyższość siłując się z napotkanymi „cwaniaczkami”, zwyciężyć kilku twardzieli, starając się nie poranić sobie palców w Five Finger Filet lub też porzucać podkową do celu (Horseshoes).

 

No dobrze, a co z zadaniami? Na tym polu produkcja Rockstar udowadnia, że jest tytułem absolutnie wyjątkowym: oprócz kilkudziesięciu, długich i ciekawych misji wątku głównego (szczegółów nie zdradzam nie chcąc psuć Wam fabuły, powiem tylko że znalazło się tu miejsce na absolutnie wszystko, co kojarzy Wam się z Dzikim Zachodem), do wykonania otrzymujemy prawdziwe ZATRZĘSIENIE zadań pobocznych.W jaki sposób się na nie natykamy? Przykładowo, zmierzając do znanego tylko Nam celu, widzimy jak kilku oprychów próbuje powiesić niewinną kobietę – jeśli zdołamy odstrzelić linę, ta przeżyje, a My, po zajęciu się pozostałymi, otrzymamy symboliczną nagrodę. Inny przykład: widzimy bankiera, krzyczącego że został napadnięty, po czym skradziono mu bankowy sejf pełen pieniędzy. Jeśli zdecydujemy się mu pomóc, staniemy przed wyborem moralnym – dostarczymy go (sejf, nie bankiera) nienaruszonego do miejsca docelowego, czy też skusimy się na przetrzymywaną w nim, całkiem sporą sumkę? Jeszcze jeden przykład? Proszę bardzo: wychodząc z saloonu, widzimy mężczyznę, próbującego zgwałcić... powiedzmy, zwykłą, niewinną kobietę. Tylko od finezji gracza zależy, czy jej pomóc, czy też nie wtrącać się między nich. Nasze poczynania znajdują odzwierciedlenie na wskaźniku Honoru i Sławy. Ta druga wskazuje, czy jesteśmy rozpoznawalni w świecie gry, Honor natomiast – w jaki sposób rozpoznawalni (jako „ten dobry”, czy raczej jako „zły”). Te zadania losowe, to oczywiście jedynie wisienka, na ogromnym torcie. Jedziemy więc dalej. W trakcie przygody, natkniemy się na dziwnych ludzi (zwanych Strangers), o wyraźnie zarysowanej i ciekawej osobowości, którym będziemy mogli w jakiś sposób, mniej lub bardziej pomóc. Posłużę się tu moim ulubionym przykładem – jadąc drogą, usłyszałem dźwięk harmonijki – poszedłem więc w kierunku, z którego jak się zdawało dobiegała melodia. Spotkałem mężczyznę, twierdzącego, że zmierza do Kalifornii. Po zamienieniu kilku zdań, zostawiłem go w spokoju. Po kilku dniach, spotkałem go znowu – tym razem kompletnie pijanego („pamiętam Cię... Ty jesteś.... Mansion, prawda?”). Oczywiście, nie dał sobie przemówić do rozsądku, twierdząc, że dotrze do upragnionego celu. Po jakimś czasie spotkałem go trzeci raz – widać było, że przebywanie na pustkowiach nie służy mu szczególnie dobrze – zachowywał się jak umysłowo chory, uparcie jednak twierdził, że wyruszy w podróż. W końcu spotkałem go po raz ostatni – martwego, leżącego na gołej ziemi. Jeśli powiem, ze równie barwnych postaci jest tutaj kilkanaście, to chyba nic więcej nie muszę dodawać, prawda? Po świecie gry, porozrzucane są także kryjówki bandytów, które będziemy musieli (lub nie, jak już pisałem, wszystko zależy od Nas) oczyścić. Czy to wszystko? Ależ skąd! Możemy na przykład pobawić się w myśliwego, udając się na polowanie na przedstawicieli jednego z kilkudziesięciu gatunków zwierząt, które zostały zaimplementowane do gry. Jedne są kompletnie nieszkodliwe (dzikie konie, krowy, jelenie, sarny, bizony, ptaki latające po niebie (również w kilku odmianach), inne trochę bardziej (poczynając od kojotów, przez wilki, po kuguary i... niedźwiedzie grizzly). Jeśli już oda nam się jakieś zwierzę upolować, możemy zdjąć z niego skórę, zabrać mięso i okazjonalnie jakieś trofeum (jak np. poroże). Co z tym później zrobić? Ano, sprzedać. Dodam jeszcze, że w zależności od tego gdzie upolowaliśmy daną zwierzynę, w różnych miejscach na mapie sprzedamy ją po innej cenie. I tak np. mięso ze wspomnianego niedźwiedzia najlepiej sprzedać w Meksyku, gdzie dostaniemy za nie całkiem sporą kwotę. Jeśli marzy Wam się kariera zielarza i dobrze czujecie się w bliskim kontakcie z przyrodą, możecie delektować się zbieraniem roślinek (kwiaty, zioła) – oczywiście, określone gatunki rosną w określonych miejscach, a trafienie na niektóre z nich graniczy z cudem.

 

W większych miastach często natkniemy się na listy gończe – za danego delikwenta jest wyznaczona nagroda, w zależności od tego jakich zbrodni dokonał. Takowego możemy zabić lub wziąć żywcem (za co otrzymamy 2x większe wynagrodzenie, jednak w tym przypadku musimy liczyć się z tym, że jego koledzy będą próbowali go odbić). Ostatnią formą aktywności są wyzwania (Challenges), które poddają solidnym testom nasze umiejętności (Sharpshooter strzeleckie, Survivalist – przetrwanie w dziczy, Hunter – łowieckie, a w Treasure Hunter możemy pobawić się w łowcę skarbów). To ostatnie, jest chyba najbardziej interesujące. Na pierwszy rzut oka otrzymujemy bowiem jedynie odręczny szkic miejsca, w którym ukryty został skarb, jednak jeśli się dobrze wpatrzeć, są na nim zawarte liczne wskazówki odnośnie jego umiejscowienia – gwarantowane długie godziny poszukiwań, ale satysfakcja jest przeogromna. No dobrze, ale człowiek bez broni na dziki zachodzie to jak... żołnierz bez karabinu.... czy jakoś tak . Wobec tego, co pomoże Nam przetrwać w tej bezkresnej dziczy?

 

Do dyspozycji oddano nam kilka rodzajów broni, z których każdy występuje w kilku wariantach: od nieśmiertelnych rewolwerów, przez shotguny, strzelby, czy nawet karabin snajperski, po koktajle mołotowa czy dynamit, kończąc na bardziej subtelnych jak nóż, noże do rzucania, czy... lasso, które przydaje się nie tylko do łapania przestępców, ale też np. koni. By koń stał się naszą własnością, musimy nie tylko go schwytać ale też „złamać” - przypomina to trochę rodeo, z tym, że rolę byka przejmuje właśnie wierzchowiec. Balansujemy ciałem z lewa na prawo i czekamy, aż zwierzę zrozumie, że należy do Nas. Od tej chwili, będzie na każde nasze zawołanie – wystarczy zagwizdać, by za chwilę zjawiło się u Naszego boku, nawet jeśli wydawałoby się, że jest wiele, wiele kilometrów od Nas Oczywiście to nie samochód – jeśli będziemy cały czas biec (pulsując (X) ), zwierzę dość szybko się zmęczy, a jeśli nie damy mu odpocząć (przytrzymująć (X) ), z łatwością zrzuci Nas na ziemię. Ale, zboczyliśmy z tematu. No więc: jak się strzela? Bardzo przyjemnie. W grze zaimplementowano cover system, działający nieco lepiej niż ten z GTA IV – bohater bezproblemowo przykleja się do osłon, a sama wymiana ognia wygląda identycznie, jak chociażby w Uncharted. Dodatkową atrakcją jest tzw. tryb DeadEye, z którego możemy skorzystać, po naładowaniu czerwonego paska znajdującego się z prawej strony mapy – czas drastycznie zwalnia, a My zaznaczamy kilka celów, które Marston błyskawicznie eliminuje. Coś Wam to przypomina? Tak, to dobrze wszystkim znany tryb skupienia z Call of Juarez: Więzy Krwi. Mimo wszystko jednak, w RDR przydaje się on o wiele bardziej niż w grze Techlandu (znacznie ułatwia na przykład wymianę ognia z grzbietu konia). Marston często będzie musiał stanąć do pojedynku z innym rewolwerowcem. Nie jest to zbyt skomplikowane- prawym analogiem wyciągamy broń z kabury i celujemy w przeciwnika. Paski po prawej stronie ekranu wskazują, kto osiągnął większą przewagę przy celowaniu – kto pierwszy napełni pasek, ten wygrywa. Red Dead Redemption jest po prostu śliczne.

 

Przed premierą pojawiły się głosy, że gra na PS3 odbiega wizualnie od wersji na konsolę Microsoftu. Moim zdaniem, jeśli nawet, to i tak wersja na konsolę SONY jest po prostu przepiękna – skąpane zachodzącym słońcem pustynie, ośnieżone góry West Elizabeth, śliczne wodospady (wejście do wody=śmierć, czyżby na dzikim zachodzie nikt nie umiał pływać?), a po deszczu robią się kałuże... O ile dodamy do tego najlepiej animowane konie w historii gier (w trakcie poruszania się, możemy zobaczyć niemal wszystkie ich mięśnie), otrzymamy najlepiej wyglądającego sandboxa w dziejach. A jeśli wersja na X360 zapewnia jeszcze lepsze doznania - nie mam żadnych pytań. Warstwie dźwiękowej również nie mam absolutnie nic do zarzucenia – wybuchy i wystrzały brzmią jak należy, a pod kopytami konia słychać nawet plusk błota i wody, jeśli zdecydujemy się na wędrówkę po ulewie. To samo tyczy się soundtracku, który jest naprawdę, naprawdę bardzo dobry, (niemniej jednak jest go o wiele za mało) i aktorów podkładających głosy postaci; na pierwszy plan wysuwa się John Marston, ale inni również znakomicie sobie poradzili. Słowem – warstwa audio również trzyma bardzo wysoki poziom. Tryb Single Player to ogromne pokłady grywalności – gra nie nudzi się nawet po kilkudziesięciu godzinach spędzonych na dzikim zachodzie. Wydaje mi się, że nie muszę już nic dodawać. Jeśli nie mieliście jeszcze okazji zagrać w ten wspaniały tytuł, szybko zabierajcie się za nadrobienie zaległości, bo naprawdę warto.

 

zalety: Za dużo by je wymieniać

wady: Za krótka... (bo mogłaby nigdy się nie kończyć ;) )

ocena: 10

Źródło: własne
Mr_Sciera Strona autora
cropper