Nie mam pojęcia co dokładnie autorzy Bulb Boya brali, ale musiał to być niezwykle mocny towar. W grze wydanej już wcześniej na Steamie i na urządzeniach mobilnych bowiem wcielamy się w tytułowego Bulb Boya – żarówko-głowego dzieciaka, który żyje sobie spokojnie w domu wraz z dziadkiem Naftalinem pamiętającym czasy sprzed elektrycznych lamp oraz swoim ulubieńcem ćmo-psem. Pewnej nocy, gdy wszyscy poszli spać po opowiastkach dziadunia i oglądania seansu żarówkowych horrorów (The Ring, Alien) nad domem pojawia się dziwne, demoniczne „coś”, co wtargnęło do żarówkowego mieszkania i zaatakowało dziadka. Nasz słodko śpiący dzieciak budzi się, odkrywa, że domostwo zostało przejęte przez jakieś demoniczne siły i musi uratować ćmo-psa i opiekuna. Myślicie, że opis historii jest dziwny? Spokojnie, gra dopiero się rozkręca. 

Żarówka nad głową

Bulb Boy to w zasadzie bardzo prosta pod względem rozgrywki przygodówka „point & click” w której mamy bezpośrednią kontrolę nad postacią. Nie ma tu zbyt wielu przedmiotów do zebrania, na próżno szukać łączenia tychże czy abstrakcyjnych rozwiązań problemów. Wszystko w tytule krakusów podane jest jak na tacy i zaciąć się właściwie nie sposób, ale w razie czego z pomocą przychodzi system podpowiedzi, który dość jasno nam powie co w danej sytuacji mamy zrobić. To jednak nie elementy przygodowe, a zręcznościowe sprawią nam największe trudności, gdyż szalony, zielono-czarny Bulb Boy ma takich sekwencji całkiem sporo. Ba, ma nawet walki z bossami! 

Świat żarówkowego chłopca podzielony jest na poziomy, segmenty, składające się zazwyczaj z jednego pomieszczenia wewnątrz którego musimy zebrać jakieś przedmioty i użyć ich w odpowiednim miejscu w celu pchnięcia fabuły dalej. Musimy np. nakarmić pająka znalezionymi robakami by ten eksplodował i przepuścił nas dalej. Czasem, jak już wspominałem, w grę wchodzą elementy zręcznościowe i tak, poza zebraniem paru kluczowych przedmiotów, musimy unikać ataku rozsierdzonego, pozbawionego głowy i piór, gigantycznego indyka. Albo unikać ataków gigantycznej kupy... fekaliów którą sami przed chwilą wyprodukowaliśmy, bo zjedliśmy tego całego indyka z wcześniej z uśmiechem na żarówce...

Pora na... czerń i zieleń! 

Bulb Boy jest chory, szalenie nienormalny. Klimat wprost wylewa się z ekranu konsoli Nintendo (lub TV jak gramy w trybie TV). Lekką dozę normalności dają nam swoiste flashbacki do radośniejszych fragmentów życia żarówy, ale te są w zasadzie tylko krótkimi pauzami, sugerującymi nam przy okazji jakiej kolejnej dozy szaleństwa możemy się spodziewać w kolejnym etapie gry. Nawet sam styl graficzny gry, choć ogólnie lekki i „przyjemny”, nie należy do najnormalniejszych przypominając ten z „Pora na przygodę” przedstawioną głównie w odcieniach czerni i zieleni, tylko, że polaną sosem schizofrenika z dodatkiem garści kału, całą masą różnych eastereggów odnoszących się do popkultury. Udźwiękowienie również stoi na dość wysokim poziomie, muzyka w tle dodaje klimatu, dźwięki otoczenia, protagonisty również. W grze nie znajdziemy żadnych dialogów mówionych, wszystkie „rozmowy” przedstawiane są w formie ikon w chmurkach. 

Zielone światło

Pomimo tego, że jakoś bardzo za przygodówkami nie przepadam, a horror to gatunek który omijam szerokim łukiem, bawiłem się świetnie przy Bulb Boyu. Szkoda, że gra jest niezwykle krótka bo w jakieś 2 godzinki idzie zobaczyć napisy końcowe, ale może to i lepiej, bo nie dosięga nas znużenie prostackimi zagadkami. Tytułem warto się zainteresować, choćby dla samego poznania tego wykreowanego świata i szalonych pomysłów ekipy z Bulbware. Jak na debiut rodaków na konsoli – jest dobrze.