Dzień 1

Nasz pojazd, S. S. Drake, nie poradził sobie najlepiej z lądowaniem. Przed dotarciem na powierzchnię planety doszło do awarii, przez co nasza trójka - ja, Alph, a także Brittany i kapitan Charlie - zostaliśmy rozdzieleni. Spadłem do dziwnego lasu. Byłem głodny i postanowiłem szukać jedzenia. Zamiast niego znalazłem jednak dziwną istotę - czerwonego stworka z liściem na czubku głowy, który zdawał się mieć kłopoty. Pobiegłem za nim i zobaczyłem więcej czerwonych istot, które skakały wokół jakiegoś dziwnego przedmiotu wiszącego na drzewie. Okazało się, że stworki reagują na dźwięk mojego gwizdka - gdy go użyłem, otoczyły mnie, a w ich oczach zobaczyłem chęć do działania. Stworzenia dały mi znać, że dzięki mojemu tabletowi mogę zbierać je do kupy i rzucać nimi w kierunku wysoko położonych obiektów, by strącić je na ziemię. Sterowanie nimi było bardzo intuicyjne - wystarczyło przytrzymać jeden z przycisków tabletu, a rysikiem zakreślić okrąg, w którym znalazły się tajemnicze istotki. Rzuciłem kilka z nich w kierunku dziwnego... czegoś wyglądające jak owoc. Ale to było nic do jedzenia. Okrągły obiekt spadł na ziemię, po czym wysunęły się z niego macki. Zorientowałem się, że jest to baza tych dziwnych istot!

Czerwone stworki chętnie słuchały się moich poleceń. Dzięki nim odbudowałem most i przesunąłem wielką skrzynię, pod którą znalazłem plik z danymi nieznanego pochodzenia. Podejrzewałem, że musiała go tu zostawić jakaś inna inteligentna forma życia, ale nie miałem pojęcia jaka. Co do stworków - okazało się, że dzięki pozyskiwaniu krążków z okolicznych kwiatów i zanoszeniu ich do bazy, liczba moich małych pomocników wzrasta! Podobnie było ze szczątkami atakujących nas potworów - istoty dobrze radziły sobie w walce, a z pozostałości pobitych wrogów ich dom uzyskiwał energię, dzięki czemu mógł tworzyć sadzonki, które po wyrwaniu zamieniały się w następne czerwone stworzenia. Przy pomocy liściogłowych istot udało mi się odnaleźć Drake'a i uzyskać połączenie z Brittany, która została uwięziona. Musiałem jej pomóc. Niestety, przy naszym pojeździe nie znalazłem klucza, który był niezbędny do opuszczenia tej planety... Udało mi się za to zlokalizować kilka owoców, które dziwne istoty pomogły mi przetransportować do Drake'a. Pojazd przerobił je na sok. Wreszcie miałem coś do jedzenia!

Nadciągał już zmrok i musieliśmy się zbierać - na tej planecie potwory grasowały głównie w nocy. Zaprowadziłem dziwne istoty do ich bazy, a ona wessała je. Sam wróciłem do Drake'a i odlecieliśmy na orbitę, z postanowieniem powrotu następnego dnia. Niestety, zapomniałem o kilku stworkach. Z okna odlatującego pojazdu widziałem, jak zjadają je potwory...

Przed snem zajrzałem do zebranych plików z danymi i dowiedziałem się, że czerwone istoty zwą się Pikminami, a ich baza to Onion.

Dzień 2

Dotarłem do miejsca pełnego ogromnych kwiatów. Sygnał wskazywał, że gdzieś w pobliżu znajduje się Brittany. Ale była tam nie tylko ona. Czerwone istoty nie były jedynym przedstawicielem gatunku Pikminów. Czarne Pikminy przypominały kamienie. W przeciwieństwie do czerwonych bały się ognia, ale bardzo chętnie rozbijały skały, dzięki czemu udało mi się dotrzeć do mojej współpasażerki. Razem z nią wróciliśmy do Drake'a, gdzie naszym oczom ukazał się niesamowity widok - bazy czerwonych i czarnych Pikminów połączy się ze sobą i stały się domem dla obu rodzajów tych stworków! Ciekawe, czy istnieją jeszcze jakieś inne gatunki...

Dzień 3

Ech, to znów było twarde lądowanie. Szalała burza śnieża i Drake znów nie spisał się najlepiej. Ja i Brittany ponownie zostaliśmy rozdzieleni. Ale Pikminy były z nami. Dzięki ich pomocy, w tym nowego ich rodzaju - żółtego, nie bojącego się prądu i umiejącego bardzo dobrze kopać w ziemi - udało nam się odbudować dzielący nas most. Nasza dwójka była już razem, ale nadal nie mogliśmy odnaleźć kapitana...

Dzień 7

Po kilku dniach poszukiwań byliśmy o krok od miejsca, z którego dochodził sygnał Charliego, ale nagle... tuż przed naszymi oczami zmaterializował się wielki latający potwór! Początkowo nie wiedzieliśmy co czynić, ale gdy weszliśmy do lepiej oświetlonego miejsca, stwór został oślepiony. Zorientowaliśmy się, że jest wrażliwy na światło. Przy pomocy żółtych Pikminów rozpalaliśmy kolejne źródła światła (stworki ustawiały się w rządku, łącząc zerwane kable), a czerwone i czarne Pikminy bezlitośnie obijały wielkie latające... coś. Po kilkunastu minutach i wielu straconych Pikminach, które potwór po prostu pożarł, udało nam się wreszcie powalić bestię. Tak jak podejrzewaliśmy, w brzuchu potwora znajdował się kapitan! Tylko taki twardziel jak on mógł przeżyć tak długo w takim środowisku. Nasza trójka, będąc zjednoczona, miała już tylko jeden cel - odnaleźć tego kogoś, kto zostawił po sobie liczne paczki z danymi i zapewne miał klucz do naszego pojazdu.

Czy nam się udało? Czy poznaliśmy jeszcze inne rodzaje Pikminów? To już okazja na inną opowieść...


----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

 

Kawa na ławę? Okej.

Strategie czasu rzeczywistego nie są na konsolach zbyt popularnym gatunkiem. Dobrze wiadomo czemu - myszka i klawiatura sprawdzają się w tego typu grach znacznie lepiej od pada. Serią Pikmin Nintendo udowadnia jednak, że da się zrobić kompetentnego RTS-a na maszynki stojące pod naszymi telewizorami.

W Pikmin 3 można grać na Wii Remote (tym pilotem, używając ruchów nadgarstka do zakreślania kółek i tak dalej. Nie bawiłem się w ten sposób) oraz na GamePadzie, który to sposób sterowania wybrałem. I jest on zaskakująco precyzyjny - trzymając lewy bumper i zakreślając rysikiem koło na ekranie kontrolera, można całkiem dokładnie odmierzyć ilość Pikminów, której chcemy wydać rozkaz. Niepotrzebne mieszanie się różnych rodzajów stworków rozwiązano komendą segregującą istoty ze względu na kolor (prócz wymienionych przeze mnie stworków czerwonych, czarnych i żółtych, w kampanii dostępne są jeszcze wodne niebieskie i latające różowe). Pikminy przypisane do danej postaci podążają za nią - możemy albo chodzić sami, sterując gałką, albo zatrzymać czas i wskazać na mapie miejsce, do którego mają się przetransportować nasi podopieczni. W tym miejscu wychodzą okazjonalne problemy ze ścieżkami - czasem grupa idzie dziwną trasą, czasem nie może znaleźć drogi, choć jest ona dość oczywista - ale, tak jak pisałem, są to przypadki sporadyczne i nie zdarzyło mi się stracić Pikminów z tego powodu.


Dodany obrazek

Do przeniesienia większych owoców potrzebna jest współpraca kilku lub nawet kilkunastu Pikminów

Rozgrywka polega na eksploracji jednej z kilku dostepnych lokacji (każdego dnia wybieramy, gdzie lądujemy) i wykorzystaniu unikalnych zdolności stworków - czerwone z łatwością załatwią ogniste stwory, niebieskie wyjmą owoce z wody, różowe, dzięki skrzydłom, podniosą bramę i tak dalej. Możemy dzielić naszą ekipę na dwie lub trzy drużyny, które w tym samym czasie zajmują się różnymi zadaniami - jedne zbierają żywność, inne otwierają nowe ścieżki, jeszcze inne walczą z potworami. Po pewnym czasie liście na ich głowach zakwitają, dzięki czemu stają się efektywiejsze podczas starć i szybciej się poruszają, a w późniejszych etapach mamy też dostęp do eliksiru jeszcze bardziej zwiększającego potencjał bojowy tych małych skurczybyków.

Jak już wspomniałem o potworach, to warto wspomnieć o bossach. Są to przeważnie ogromne cholerstwa, a podczas walk z nimi dochodzi do tytułowej hekatomby - Pikminy giną często i gęsto i, choć są słodkie i każdego było mi szkoda, część trzeba poświęcić, by tych wielgachnych przeciwników pokonać. Z racji tego, że konieczna jest ewakuacja przed zachodem słońca, nierzadko walki z bossami trzeba rozłożyć na dwa dni. Na szczęście pasek życia uszczuplony jednego dnia pozostanie nadszarpnięty także dnia kolejnego. Ogółem podczas jednego przejścia gry, które wyjęło mi z życia niecałe 15 godzin, życie oddało ponad 1000 Pikminów. Niestety, jestem odpowiedzialny za ludobójstwo pikminobójstwo. Dodany obrazek

 

Dodany obrazek

Potwór z lewej wygląda niepozornie...

Jeśli chodzi o poziom trudności, to jest to pozycja raczej łatwiejsza niż trudniejsza, ale na pewno nie przechodzi się sama. Trzeba trochę pomyśleć i zorganizować efektywną współpracę, ale na przykład żywności nigdy mi nie brakowało i grę kończyłem z dość dużym zapasem. Tylko trochę nie rozumiem, czemu jedna postać spożywa jej tyle samo, co trzy razem wzięte - po każdy dniu ubywa jedna butelka soku, niezależnie od tego, czy mamy w drużynie jedną, czy już trzy postacie. Atmosfera gry, dzięki ładnym krajobrazom i kojącej muzyce, jest dość sielska. Jasne, to Wii U i cudów graficznych nie ma co oczekiwać, ale oprawa jest zwyczajnie przyjemna - najczęściej przebywamy w pełnym zieleni środowisku, kwitną kwiatki, płyną rzeki, przez naszą nieuwagę topią się w nich czerwone i żółte Pikminy...

Prócz kampanii, dano nam jeszcze do dyspozycji dwa tryby. Pierwszy z nich, misje, to ograniczone czasowo wyzwania punktowe, podczas których mamy pokonać bossa albo innych przeciwników lub zebrać jak najwięcej owoców, które są przeliczane na punkty. Na niektórych planszach mamy do dyspozycji dwa dodatkowe rodzaje Pikminów - bardzo silne czarne (wyglądające zupełnie inaczej, niż kamienne z kampanii) i ultra szybkie, zatruwające białe. Grałem nieco w tym trybie, ale to tylko dodatek - gdy zegar skończy tykać, dowiemy się, jak bardzo słabi jesteśmy na tle wyżeraczy z internetowego rankingu. I tyle. Co gorsza, kilka plansz dostępnych jest jako DLC. Gdy chemy mieć wszyściutko, musimy zapłacić dodatkowe 32 zł. Drugi tryb pozwala na zabawę dwóm osobom. Jest to wariacja na temat bingo - gracze rywalizują pomiędzy sobą, zbierając owoce tak, by ułożyć z nich linię na planszy mającej 16 pól (4 x 4). W ten tryb już się nie bawiłem (nie miałem z kim), ale daję głowę, że, podobnie jak misje, jest to tylko coś zupełnie opcjonalnego.

 

Dodany obrazek

...ale jednym atakiem jęzorem potrafi zeżreć kilka Pikminów na raz

Krótko mówiąc - Miyamoto i spółka udowodnili, że da się zrobić dobrego RTS-a na konsolę. Po przejściu gry było mi nawet szkoda, że to już koniec - urwała się jakoś nagle i podczas oglądania filmików końcowych liczyłem na to, że stanie się coś nieoczekiwanego i będę mógł spędzić jeszcze trochę czasu na PNF-404. Nic tam, pozostaje mieć nadzieję na szybkie pojawienie się na rynku kolejnej części serii, która, jak niedawno ujawniono, jest już w przygotowaniu. Jestem zaskoczony na plus, bo, jako ignorant nie grający w poprzednie cześci serii, nie spodziewałem się po tym tytule wiele. A tu okazało się, że to kompetentna strategia, idealnie wykorzystująca ekran dotykowy Wii U-owego GamePada. Tylko te przeraźliwe piski ginących Pikminów będą mi się śnić po nocach...

PS. Planeta PNF-404 to tak naprawdę... Ziemia, tylko tysiące (miliony ?) lat po wyginięciu/opuszczeniu jej przez ludzi. Żaden spoiler, wystarczy spojrzeć na znajome kształty kontynentów. Kolejna ciekawa, po choćby Splatoonie, apokalipsa według Nintendo.