Gra oparta jest na odnoszącej sukces komercyjny kreskówce Legend of Korra studia Nickelodeon, traktującej o uroczej mulatce posiadającej umiejętności ''formowania'' czterech żywiołów. Ognia, powietrza, ziemi oraz wody. Kalka Magic: The Gathering. W przedstawionym uniwersum tylko tak zwany ''awatar'' ma tą zdolność. Wszyscy inni muszą się nacieszyć maksymalnie jedną szkołą formowania, więc oczywiste jest że Korry nikt w tym uniwersum nie lubi. Historia to banał, ciemny charakter zwany zgrzybiały korniszon (chiń. lóng zhōng huáng guā)., posiadający całą kasę tamtego świata, wysyła zastępy dziwnie przypominających mi ultramana jednostek, oczywiście również mamy standardową paletę kolorów: niebieski, czerwony i zielony. Świetnie opisujących stopień szkodliwości na zdrowie psychiczne, zieloni to pokraki, niebiescy irytują, tym gorzej robią to czerwoni. Nie, nie wymyśliłem tego. Oczywiście między harataniem różnego rodzaju przebierańców mamy bardzo ładne animowane cutscenki. W sumie to tylko one są ładne. Budynki, tekstury, layout i design poziomów rodem z średniaków z czasów PS2. System combo jest w porządku, kwadrat, kwadrat, kwadrat.... i nabijanie licznika HIT aby zdobyć więcej energii cieplnej aby móc sobie zakupić wspomagające naszyjniki i combosy. Każdy żywioł można wylevelować do poziomu 10 i jest to miejscami żmudna robota bo od kiedy odblokujemy magię... pfu, formowanie powietrza jesteśmy jak huragan Katrina (zawsze się zastanawiałem dlaczego amerykanie takie ładne damskie imiona dają tak niszczycielskim katastrofą neutralnym, wyobraźcie sobie nazwać halniaka Zbyszek). Oj, ale dlaczego niby coś miałbym odblokowywać? Pamiętacie, jak w Castlevania: Symphony of Night na samym początku gry mieliśmy wszystko?! Tak, dokładnie ten sam patent. Przykro mi ale trzeba wszystko od początku pozbierać, choć to akurat wychodzi produkcji Platinum... tak, Platinum Games na korzyść. Oczywiście, czuć tu odpowiedni zbalansowany gameplay studia z Osaki. Całość kosztowała w dystrybucji cyfrowej marne 15 Euro, mniej więcej tyle ile Godzilla na Blu Ray'u. Osobiście wycisnąłem z tej gry dużo więcej niż kiedykolwiek wyciągnę z jednego filmu akcji z wielkim jaszczurem, choć porównanie nie na miejscu. Legend of Korra jest uroczą grą, z melodyjną acz nie specjalnie zapadającą w ucho ścieżką dźwiękową. Idealna pozycja dla osób lubujących się w cel shading aka Borderlands aka Viewtiful Joe aka Jet Set Radio. Pomiędzy obijaniem hord nieprzyjaciół, pojeździmy sobie również na hybrydzie psa i niedźwiedzia polarnego, zwanej Naga (nie, proszę nie mylić z pochodną skorpeny). Gra potrafi frustrować nierównym poziomem trudności na normal i extreme, gdzie niektóre etapy wydają się zdecydowanie przesadzone. Nie mniej jednak, jeśli ktoś patrzy przez gogle nostalgii jest to tytuł w sam raz na dwa jesienne bądź zimowe wieczory. Efekty wykańczania wrogów również satysfakcjonują. Pewne uczucie mięsistości zostało zachowane, którego brakuje mnie osobiści w takich tytułach jak Bayonetta czy Dynasty Warriors. Polecam fanom serialu i buton masherów, poza tym nie ma tu nic.