Roger Żochowski Roger Żochowski 23.01.2020
Doom Eternal - graliśmy i jesteśmy zachwyceni. Adrenalina, krew, demony i hektolitry miodu
1092V

Doom Eternal - graliśmy i jesteśmy zachwyceni. Adrenalina, krew, demony i hektolitry miodu

Doom z 2016 roku był piekielnie wciągający i krwawy, dzięki czemu bardzo słusznie zebrał świetne recenzje. Doom Eternal podnosi poprzeczkę jeszcze wyżej. A my mieliśmy szansę ograć pierwsze rozdziały i wyrżnąć w pień hordy demonicznego pomiotu. 

Osobiście obstawiam, że Doom Eternal gotowy był już na okres jesienny zeszłego roku, zwłaszcza po tym, co widziałem na gamescomie. Twórcy gry woleli jednak uciec z gorącego okresu, a patrząc ile tytułów przesuwa premiery z wiosny, był to strzał w dziesiątkę. W marcu nie ma bowiem drugiego tytułu o takim kalibrze. A producenci mieli czas, by dopracować niemalże gotową już grę. I grając w Doom Eternal to po prostu czuć i widać. 

Slayeeeeer ku*waaaaaa

Doom Eternal walka

Doom Eternal demony

Bethesda przyjechała do Polski z niemalże gotową już wersją gry, którą mogliśmy ogrywać przez ponad 3 godziny. Od pierwszych minut dało się odczuć, że deweloper mocno podkręcił śrubę dając nam dynamiczną strzelaninę, w której to nie my powinniśmy bać się demonów. To one powinny uciekać gdzie pieprz rośnie, ale nieświadome pchają nam się po lufę i wydają przeraźliwe dźwięki gdy tniemy ich cielsko piłą mechaniczną. Już od samego początku gry można wybrać jeden z kilku poziomów trudności. Ja zdecydowałem się na "Koszmar" i z każdą kolejną minutą było coraz ciężej. A to tylko przedsmak hardkoru, jaki czeka na wyższych poziomach. 

Pierwsza rzecz, która mocno mnie zaskoczyła to większy nacisk na fabułę. Poznajemy różne rasy, planety, stworzenia, nie brakuje wątków, które intrygują, pozwalają nam poznać lepiej Slayera, głównego bohatera. Śmiem twierdzić, że aż tak dużego nacisku na przedstawioną w tle historię jeszcze w serii nie było. Zaznaczam jednak słowo "tło", bowiem na pierwszym planie wciąż mamy wyżynanie wszystkiego co się rusza w rytm gitarowych riffów, które pompują adrenalinę i zachęcają do masterowania skilla nawet jeśli giniemy na danym poziomie po kilkanaście razy.

Nie da się ukryć, że rozgrywka w dużej mierze bazuje na tym, co widzieliśmy w Doomie z 2016 roku. Najpierw więc ładujemy we wrogów cały arsenał jaki mamy (choć na każdego jest nieco inny sposób), a gdy tylko podświetlą się na żółto doskakujemy i wykonujemy jeden z kontekstowych finisherów. Niezwykle brutalnych wliczając w to wyrywanie głów, oczu czy kończyn, choć część z nich przeniesiono żywcem z poprzedniej odsłony i z czasem trochę za często się powtarzają. Ataki kończące powalają jednak odzyskać zdrowie, pancerz czy amunicję, więc gra zmienia się w jeden wielki taniec śmierci i polowanie na kolejnych, oszołomionych przeciwników.  

Lodowe piekło

Doom Eternal poziom zimowy

Doom Eternal planeta

Slayer może teraz nie tylko wykonywać podwójny skok, ale również podwójny dash, oraz wspinać się po niektórych ścianach. Widać, że na elementy zręcznościowe położono teraz nieco większy nacisk, ale nie na tyle, by zaburzyć piekielną rzeźnię. Czasami tylko denerwowało nieco bujanie się na słupach, z których łatwo spaść w przepaść i trochę mnie to wybijało z rytmu zabijania, ale obstawiam, że to kwestia wprawy. Tytuł praktycznie co chwila dorzuca jakąś mechanikę zabawy - możemy ulepszać nasze bronie, inwestować w modyfikatory pancerza, akcesoria, bawić się czymś na wzór żywiołów czy dodatkowych umiejętności (jak zwalnianie akcji gry czy zwiększenie czasu oszołomienia przeciwnika). To pozwala na stworzenie unikatowego builda. Mamy też dostęp do naszej bazy wypadowej umieszczonej na orbicie zniszczonej przez demony ziemi. Szybka podróż pozwala wracać na kwadrat gdzie można posłuchać muzyki, zagrać w pierwszego Dooma, dokonać ulepszeń czy obejrzeć znajdźki. Bo ukryte fanty to kolejny element, który odróżnia Dooma o tego typu gier - znaki zapytania widoczne na planszach nie pozwalały mi przejść obok nich obojętne. Znacie to natręctwo, gdy po prostu musicie oczyścić poziom ze wszystkich aktywności, bo czujecie się źle, jeśli coś ominiecie? Doom krzyczy do nas - zobacz, tutaj świeci się znajdźka, ale jak chcesz ją zdobyć rusz dupę i kombinuj. Nikt nie będzie cię głaskał po jajkach.

Głaszcze za to nasz narząd wzroku jak najbardziej oprawa. Tytuł w ruchu wygląda jak petarda, demony, choć częściowo znane, aż proszą się o nafaszerowanie ołowiem, a scenerie w końcu są zróżnicowane. To już nie tylko piekielne lokacje - odwiedzimy różne planety, w tym zniszczoną ziemię, gdzie w tle przechadzać będą się ogromne stworzenia siejące zniszczenie. Trafimy też na planetę, gdzie rządzić będą pałace w połączeniu z bogatą roślinnością czy w końcu tereny skute lodem. Piekło jest tu oczywiście wciąż silne, bo tempo gry urywa cztery litery nie tyle przy kostkach, co grubym palcu u nogi, ale doceniam, że krajobrazy są urozmaicone. 

Coś więcej niż strzelanina

Doom Eternał łączy satysfakcję ze strzelania do demonów, z emocjami rodem z Soulsów, bo momentami jest naprawdę trudno. A gdy przyjdzie wam zawalczyć z nawiedzającymi rozgrywkę demonami, które są mocniejsze, bo pokonały innych graczy, zrobi się naprawdę gorąco. Doliczcie do tego bogate możliwości rozwoju bohatera i broni, elementy zręcznościowe, zagadki środowiskowe, sporo sekretów, znajdźiek i dokumentów pozwalających poczytać o świecie i żyjących w nim stworzeniach oraz polską wersję językową. I odpowiedzcie sobie na pytanie, jaką grę będziecie chcieli kupić w marcu. Podpowiem - nie będzie to MLB The Show 20.

Zdaję sobie sprawę z tego, że to w dużej mierze ulepszona wersja Dooma z 2016 roku i nie zaskakuje już tak jak wtedy, ale to cholernie miodna gra, która oprócz strzelania oferuje też całą masę innych mechanik tworzących spójną i przemyślaną produkcję, w której przelejecie hektolitry krwi. Czy czegoś więcej Wam trzeba? 

Tagi: Doom Eternal playtest trailer