redakcja PPE redakcja PPE 09.03.2019
Mój przyjaciel, Mega Man
647V

Mój przyjaciel, Mega Man

Miałem może 5 lat. Każdej soboty wstawałem wczesnym rankiem i cichutko skradałem się do telewizora. Z kropelką potu na czole włączałem niemiecką stację Pro Sieben, żeby spotkać się z moim dobrym kumplem – animowanym, niebieskim robotem, który walczył z uosabiającymi zło w najczystszej postaci przeciwnikami.

To, co lubiłem w nim najbardziej to to, że nie tylko zawsze wygrywał, ale też przejmował bronie złych robotów i wykorzystywał je do walki z kolejnymi złoczyńcami. Ten cyberwojownik nazywał się MegaMan, a ja byłem totalnie wciągnięty w jego przygody! Tak zaczęła się przyjaźń, która trwa do dziś. Mam na imię Mateusz, mam 31 lat i jestem psychofanem Mega Mana.

DAWNO, DAWNO TEMU, W CZASACH ŻÓŁTYCH KARTRIDŻY…

Gdy zdążyliśmy poznać się z MagaManem już dość dobrze, w moje ręce trafił Pegasus. Woooo! Co to była za radość! Szaleństwo opętało wszystkich moich kupli (nie byłem wyjątkiem). Graliśmy w Contrę, Mario, Duck Hunt i to, co było pod ręką. Kartridże wymienialiśmy na targu za niebotyczne sumy – 2 zł każdy! Przy tak grubych wydatkach, trzeba było dbać o nasze cacuszka bardziej niż o własne oczy. Nie można było naruszyć „plomby” na boku żółtego plastiku – w innym wypadku zainwestowana dwójka poszłaby się… przejść, bo żaden nosacz biznesu nie przyjąłby kartridża do wymiany.

Graliśmy, biegaliśmy na targowisko, wymienialiśmy i tak w kółko. Co chwilę nowa przygoda. Pewnego dnia dotarły do szokujące wieści: „sąsiad ma sąsiada, który ma grę, w której chodzi się i strzela takim niebieskim robotem i można przejmować bronie bossów”. Serce zabiło mocniej, ale musiałem zachować zimną krew i przystąpić do rozmów. Po długich i burzliwych negocjacjach (myślę, że na podstawie tych pertraktacji powstał niejeden podręcznik dla przyszłych handlowców) udało mi się pożyczyć grę! Po wpakowaniu jej do konsolki i naciśnięciu guzika POWER – nic już nie było nigdy takie samo.

NIEBIESKA EKSPLOZJA NA PEGASUSIE

Nie pomyliłem się! Wszystko się zgadzało – postaci znane z animowanego serialu (wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to gra była pierwowzorem – mieszkałem w małym miasteczku, a internet to była miejska legenda) i schemat walki. Mózg pękł mi na kawałeczki, gdy okazało się, że mogę SAM WYBRAĆ BOSSA, pokonać go razem z moim małym, niebieskim ziomkiem, przejąć jego broń, znaleźć kolejną szumowinę ze słabością na zdobytą broń, a na końcu zaatakować fortecę Dr.Wily’ego (głównego bydlaka, który stworzył te wszystkie złe maszyny).

Tylko czemu bohater z kartridża nazywa się Rock Man, a nie Mega Man, jak w serialu? Nie miałem wtedy pojęcia, że mój kumpel miał na imię Rockmanem, bo tak nazwano go w Japonii. Nie wiedziałem, że to na potrzeby rynku amerykańskiego przechrzczono do na Maga Mana. Screw it! Objawienie miało nastąpić dopiero za parę lat, gdy przepowiednia o internecie spełniła się również w moim domostwie.

ADDICTED TO BLUE – 2. I 3. STOPIEŃ WTAJEMNICZENIA

Byłem wciągnięty w tytuł bez pamięci. Zdarzało się wpadać na genialne pomysły, takie jak: „Boli mnie brzuch, nie mogę iść do szkoły”… Czy rodzice wierzyli, czy nie – nie wiem. Grunt, że działało i mogłem dalej ciąć w przygody niebieskiego robota. Przejście pierwszej części wspominam, jako jedną z najlepszych przygód w moim dziecięcym życiu.

Nie zdążyłem dobrze ochłonąć po tym wyzwaniu a tu nagle… BUM! Plotka na mieście głosiła, że w wypożyczalni kartridży na dworcu PKS pojawił się srebrny prostokącik z naklejką dumnie głoszącą: „Rock Man 2”. Po kilku dniach starań i kolejnych zainwestowanych monetach stało się. Część 2. zawitała do mojego życia. Więcej Robot Mastersów, więcej broni, nowe plansze i obłędna muzyka, której słucham do dziś. Nie mogło być lepiej? Mogło! Rock Man 3!

Nie wiem, ile miesięcy później (czas się zakrzywił), podczas rodzinnej wycieczki do Kazimierza, spotkałem kolejnego Janusza Nosacza. Dumnie prezentował kartridże na turystycznym, składanym stoliku. Domyślacie się, że to właśnie tam znalazłem dyskietkę z numerem 3. Myślałem, że oszaleję. Nie miałem pojęcia, że istnieją kolejne części! Podejrzewałem, że to oszustwo. Zapewnienia: „Oczywiście, w środku jest to co na naklejce, gwarantuję!”, wcale mnie nie przekonywały. Nie byłem przecież pierwszym, lepszym naiwniakiem, który łykał takie bajeczki. A jednak zaryzykowałem. Rzuciłem na stół gruby hajs (Mama rzuciła) i zabrałem dyskietkę. Kto nie ryzykuje, nie pije Piccolo.

Gdy w domu załadowałem grę, nie mogłem uwierzyć we własne szczęście – Rock Man 3 był faktycznie pełnoprawną kontynuacją. Gra wzbogacona była m.in. o opcję ślizgu (slide! slide!). Zadebiutował wtedy Rush – pies Mega Mana, który mógł zmieniać się w trampolinę, rakietę oraz łódź podwodną. Wsiąkłem w trzecią przygodę aż po same uszy.

INTERNET HAS COME…

W końcu, owiany tajemnicą power-up zwany internetem zawitał w moje progi. Oczywiście jedną z pierwszych rzeczy, które z wypiekami na twarzy wyszukałem w sieci były… przygody MegaMana. (Myśleliście, że napiszę pornosy? Przyznajcie się!) Zaraz, zaraz. Że co? Ile? Woooow! Mega Man 4? 5? 6? 7? [Mózg… rozpierniczony]

Otrząsnąłem się i… przepadłem. Pamiętam do dziś moment inicjacji z czwartą częścią: Rodzice mają gości, późna pora, ja przy kompie odpalam Mega Mana 4. Wchodzi intro z muzyką, pojawia się pociąg, a na jego dachu… Mega Man. Natychmiastowe ciary i gęsia skórka. Część czwarta do dziś pozostaje moją ulubioną z całego zestawu.

Poznałem wtedy nowe słowo – emulacja. To pozwoliło mi nadrobić zaległości. Po obowiązkowym przebiciu się przez części od 4 do 6 odpaliłem część 7. na emulatorze SNES-a i byłem porażony przeskokiem graficznym. Gra wyglądała przepięknie. Czułem, że otwiera się nowy rozdział przygód niebieskiego bombera. Była moim zdaniem trudniejsza niż 6 poprzednich, ale wyglądała tak dobrze, że nie mogłem oderwać wzroku.

GORZKIE CHWILE – CZĘŚĆ 8.

Pojawienie się części 8. na PSX-a w 1996 roku nie zrobiło na mnie wielkiego wrażenia, nie była to ta skala przeskoku, jak między szóstką a siódemką. Ogólnie rzecz biorąc, część 8. zawiodła mnie na całej linii. Uważam ją za najgorszą w całej serii. Denerwujące plansze, obciachowi bossowie i dubbing, który doprowadzał uszy do autodestrukcji. Gra raczej nie przyjęła się na dobre i wydawało się, że to koniec oryginalnej sagi niebieskiego kosmonauty.

POWRÓT DO KORZENI – CZĘŚCI 9. I 10.

Wieść o części 9. spadła na mnie w 2008 roku, jak grom z jasnego nieba. Zwłaszcza gdy okazało się, że w dobie next-genów, gra nie pojawi się jako quasi 3D potworek, tylko powraca do korzeni – dosłownie.

Dziewiątka wróciła do stylu pierwszych MegaManów z początku 1987 roku. Pixelowa grafika, doskonali bossowie i wiele ciekawych mechanizmów na planszach – o takiego Mega Mana nic nie robiłem! Byłem oczarowany.

Nie trzeba było długo czekać na 10. rozdział przygód Rocka, który chciał pojechać dalej na sukcesie retro-poprzednika. Był zaledwie poprawny, jednak darowanemu Mega Manowi w kable się nie zagląda. Oczywiście, że grałem, jak opętany i krzyczałem głośno „God Bless you Capcom!”.

Moje krzyki chyba jednak do siedziby Capcomu nie dotarły, gdyż na 8 lat słuch o robociku, broniącym pokoju zaginął. (Nie rozwodzę się tu nad serią X, spin offami i innymi gościnnymi udziałami, mowa jest tylko o klasycznej sadze). W królestwie nastał czas stagnacji.

SPOTKANIE PO LATACH? CZĘŚĆ 11.

Minęły studia, 1., 2., 3. praca, pojawiło się własne mieszkanie, pies Bigos i przyszła małżonka. Można byłoby zaryzykować stwierdzenie, że dorosłem. Niekoniecznie.

Kolejny kadr z życia: Zrywam się zimą bladym świtem z ciepłego łóżka. Za oknem ciemno i zimno. Wsiadam do auta. Przebijam się przez korki. Jadę na obrzeża miasta do pracy. Docieram na miejsce – zamknięte. Siedzę w samochodzie i czekam, aż nadciągnie klucznik. Siedzę w samochodzie totalnie przemarznięty. Myślę, że muszę rzucić pracę. Ostatkiem Internetu w telefonie odpalam tajemniczy filmik z Mega Manem w tytule. Czekam na bufor, odpalam i omal nie wylatuję przez szybę. Moim oczom właśnie ukazał się trailer Mega Mana 11! W zupełnie nowej odsłonie graficznej. Nie mogę opanować emocji, łezka kręci się w oku. Przyjaciel powraca!

FINAL COUNTDOWN

Czas oczekiwania na premierę to bardzo dynamiczny okres mojego życia, a w dniu, w którym kupuję wersję fizyczną jedenastki, byłem już zawodowo na swoim i zadowolony z tego, co robię. Pies Bigos urósł jak na drożdżach, małżonka na szczęście nie. Idealne okoliczności na spotkanie ze starym kumplem.

Pełen optymizmu i nadziei odpaliłem w swoim PSX-ie krążek i poczułem się znowu jak dziecko. Moje obawy co do zmiany stylistyki przygód niebieskiego ziomka okazały się niesłuszne. Już demo podpowiadało, że będzie sztos! Gra wygląda ślicznie, śmiga jak najlepsze części klasycznej NES-owej odsłony. Nowości jak Gear System tylko dodają nowego uroku, doskonale znanej mechanice. Świetni bossowie, przyjemna muzyka. A dla mnie kolejna wycieczka do tych emocji dziecięcego świata.

To jest chyba właśnie całe piękno bycia graczem i posiadania swojej ukochanej serii. Tytuły z niebieskim robotem towarzyszyły mi przez całe moje życie, przez chwile dobre i złe. Zawsze dawały mi dużo radości i pozwalały wciągnąć się w świetną przygodę. Nie wstydzę się tego, dlatego wytatuowałem sobie postać Mega Mana na ręku (pisałem, że jestem dorosły?). To nie tylko znak przywiązania do marki, ale także symbol pięknych czasów i wspaniale spędzonych chwil.

Mam nadzieję, że razem z Mega Manem będziemy sobie towarzyszyć jeszcze przez długie lata. Póki co, pierwsze trzydzieści jeden, uznaję za niezwykle udane.

Autor: Mateusz Jarzyński

Tagi: Capcom mega man publicystyka