SKLEP
Roger Żochowski Roger Żochowski 25.12.2013
Historia konsol: Pegasus
13392V

Historia konsol: Pegasus

Pamiętacie wpisywanie „krzaczastych” kodów w japońskiej wersji Kapitana Tsubasy? Żółte kartridże sprzedawane na „straganach”, kultowe nazwy pokroju „168 in 1” czy „Złota Piątka”? Jeśli zagadnienia te nie są Wam obce, to znaczy, że należycie do pokolenia, które doskonale pamięta czasy Pegasusa – pierwszej konsoli wideo, która na tak ogromną skalę zaskarbiła sobie serca polskich graczy. 

 

Polska ze względu na ustrój polityczny bardzo długo czekała na wolny rynek i rozwój kapitalizmu, dlatego w czasach, gdy na Zachodzie konsole wideo przeżywały istny boom, u nas królowały systemy pokroju ZX Spectrum oraz wizyty w tzw. „wozach Drzymały”, w których można było poczuć ducha salonów arcade. Wraz z upadkiem epoki PRL-u otworzyły się przed nami nowe perspektywy – w końcu mogliśmy spróbować nadgonić świat. Pegasus miał swoich bohaterów, o których nie należy zapominać. To właśnie Dariusz Wojdyga i Marek Jutkiewicz, dzisiaj regularnie pojawiający się na wszelakich listach najbogatszych Polaków, odpowiedzialni są za sprowadzenie do naszego kraju Pegasusa. Ale zacznijmy od początku.


 
Jutkiewicz swoją przygodę w biznesie zaczynał handlując posrebrzanymi łańcuszkami, które sprzedawał w NRD. Później przerzucił się na podróbki znanych marek i jak sam zaznaczył w jednym z wywiadów, kupował je w Polsce za 5 złotych, by potem sprzedawać za równowartość 15 marek za płynącą miodem i mlekiem zachodnią granicą. Gdyby Jutkiewicz żył w Ameryce, jego dalsze losy można byłoby określić mianem „amerykańskiego snu”. W czerwcu 1989 r. wyjechał do Szwecji zbierać jagody, a za zarobione w ten sposób 700 dolarów kupił od Darka Wojdygi, przyszłego wspólnika, sto par dżinsów rodem z Tajlandii. Czy opłacił mu się ten manewr? Ba! W ciągu zaledwie jednego dnia sprzedał wszystkie spodnie (zarobił na tym 1400 dolarów), handlując na słynnym wówczas bazarze w Żyrardowie (okolice Warszawy). Towar schodził jak ciepłe bułeczki, jednak z czasem na straganach pojawiło się coraz więcej osób handlujących tanimi dżinsami z Azji, którzy wyczuli pismo nosem, licząc na łatwy zarobek. Rynek się nasycił, a biznes był coraz mniej opłacalny, dlatego Jutkiewicz postanowił, że poleci do Azji szukać nowych sposobów na zarabianie pieniędzy. I znalazł je – w przemyśle gier wideo. „Ja jak zwykle miałem szczęście. Pojechałem do Tajlandii po spodnie i zobaczyłem tam gry telewizyjne. Pomyślałem, że to będzie superbiznes i zamiast spodni kupiłem te gry. A w tym momencie cena spodni w kraju gwałtownie spadła – w Tajlandii kupowało się po 5 dolarów, a w Polsce sprzedawano już po dolarze” – wspomniał w wywiadzie dla portalu wyborcza.biz Marek Jutkiewicz.

 
Objawieniem stała się dla niego podróbka NES-a, którą niemal z miejsca postanowił sprowadzić do naszego kraju. Niestety, nie miał tak dużego kapitału, by samodzielnie zająć się dystrybucją sprzętu, dlatego o pomoc zwrócił się do Darka Wojdygi. Ten, widząc w pomyśle spory potencjał, nie zwlekał zbyt długo z decyzją – do życia powołana została spółka BobMark International, a niedługo potem do Polski trafiły pierwsze kontenery z podróbkami NES-a. Myli się jednak ten, kto sądzi, że nazwę „Pegasus” wymyślili Azjaci – to właśnie Wojdyga wpadł na to, by klon NES-a sprzedawać w naszym kraju pod taką, a nie inną nazwą. Z racji tego, że w polskim prawie była masa luk, a ochrona własności intelektualnej praktycznie nie istniała, nasza para bohaterów nie miała większego problemu z tym, by sprzęt pojawił się zarówno na bazarach, jak i półkach dużych sklepów elektronicznych. Co więcej, zadbano także o sporą – jak na nasze warunki – kampanię reklamową. I nie mówię tu tylko o plakatach na witrynach sklepowych, ale także „wkładkach” w komiksach (między innymi w wydawanym przez TM Semic „Spider-Manie”) i spotach telewizyjnych, które pojawiały się przed Dobranocką (w tamtych czasach Dobranocka na kanale 1 TVP była, obok gum Turbo i Donald, rzeczą świętą dla dzieciaków). Wykorzystano w tym celu slogan „rodzinna gra komputerowa”, któremu dla nadania prestiżu towarzyszyła także angielska nazwa – Computer Family Game. Na samych spotach zaś mogliśmy zobaczyć między innymi uśmiechnięte dzieciaki ciorające w konsolę, wizerunek Arnolda Schwarzeneggera (nie łudźcie się, że ktoś pytał go o zgodę czy zapłacił za wykorzystanie wizerunku), przewijające się w tle sceny z salonu gier, klubu bilardowego i polskich ulic, nawiązujące do oferowanych na Pegasusa gier. Nadchodzący sukces przerósł wszelkie oczekiwania Marka i Dariusza.   

 
Jak już wcześniej wspomniałem, luki prawne pozwalały na wiele, więc aby uniknąć płacenia większych podatków, współwłaścicielem firmy został Duńczyk. „Wtedy, jeśli ktoś chciał rozwijać biznes, to przez rok był zwolniony z podatku obrotowego i dochodowego (...). To był okres burzy i naporu, wszystkie chwyty były dozwolone. Ale państwo się uczyło i po kolei te furtki, gdzie można było nie płacić podatków, zamykało” – opowiada dalej na łamach wyborcza.biz Jutkiewicz. W takich właśnie okolicznościach, swojego debiutu na polskim rynku doczekał się Pegasus. W pachnącym nowością pudełku oprócz konsoli można było znaleźć dwa ponumerowane pady (tylko na pierwszym dostępne były przyciski Start i Select), pistolet świetlny (podróbka NES-owego Zappera), zestaw kabli oraz kartridż z grami (60 pinów). Tak – grami, bowiem na karcie upychano kilka tytułów. Do historii przeszła już składanka „168 in 1”, na której w teorii znalazło się aż 168 gier. W teorii, bo było ich tak naprawdę kilkanaście – kolejne tytuły stanowiły wariacje podstawowych, różniące się od siebie jedynie takimi szczegółami jak kolory bohaterów czy ilość dostępnych żyć. Co by jednak nie mówić, kartridż „168 in 1” był bardzo łakomym kąskiem. Znalazły się na nim takie hity jak Mario, Bomberman, Contra, Tank, Arkanoid czy Donkey Kong – wszystko w jednym miejscu. Żeby było śmieszniej, na pierwszych pudełkach z Pegasusem pojawiła się informacja, że sprzęt przeznaczony jest dla dzieci od 5 lat wzwyż oraz (uwaga!) znane nam dziś doskonale logo Nintendo. Nie ma co, tupetu naszym rodzimym dystrybutorom nie brakowało.  

 
Pegasus stał się polskim dobrem narodowym, a gdyby jakaś rzetelna agencja prowadziła w tamtych czasach statystyki, wzrost liczby wagarowiczów, którzy zrywali się ze szkolnych zajęć, aby przejść z kumplem po raz kolejny Contrę, byłby zapewne zatrważający. Tym bardziej, że ogrom gier pozwalał na multiplayerowe sesje, więc spotkania w większym gronie były na porządku dziennym. I choć wiele gier nie grzeszyło długością, zawsze można było przecież pobić rekord punktowy, tudzież przejść całość w jeszcze lepszym czasie, prawda? To były czasy, kiedy gracze sami potrafili tworzyć sobie wyzwania, nie potrzebując motywacji w postaci trofeów czy osiągnięć. Zapomnijcie też o kartach pamięci – z racji ich braku w niektórych tytułach zaimplementowano system kodów. Zabawę z japońską wersją strategicznej gry sportowej opowiadającej losy kapitana Tsubasy (popularność nakręcona przez kanał Polonia 1) pamięta każdy, kto wpisywał z pasją znaczki kanji, ucząc się ich na pamięć. Często zdarzało się i tak, że gra nie posiadała systemu kodów, a co za tym idzie zmuszano nas do jej przejścia za jednym podejściem (rodzice przeważnie nie byli zachwyceni tym, że konsola czekała włączona do rana na kolejną sesję). Jak by jednak na to nie patrzeć, pirackie karty z grami pozwoliły nam zasmakować (wówczas jeszcze nieświadomie) produkcji największych gigantów rynku, wliczając w to Konami, Nintendo, Taito, Rare czy Namco.

 
Rączki zacierali także nasi wspólnicy – w roku 1992 BobMark mógł poszczycić się zyskami na poziomie 3 milionów złotych, a niespełna rok później suma ta przekroczyła 6 milionów. Na bazarach jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać kolejne stragany z żółtymi kartridżami (mówiąc kumplowi „idę do Ruskich” nie musiałeś nic więcej dodawać), a sam Pegasus stał się prawdziwym hitem nie tylko na święta Bożego Narodzenia, ale i I Komunię (elektroniczne zegarki przeszły do lamusa). Nie brakowało też różnego rodzaju „wymienialni” gier, w których każdy tytuł, w zależności od wartości jaką sobą reprezentował, miał przydzieloną kategorię (w moim stałym punkcie najcenniejsze były te z białą naklejką). Sprytni gracze znaleźli jednak na to sposób i często próbowali oszukać sklepikarzy, wkładając do plastikowego opakowania kartridża inną, mniej wartościową produkcję. Sielanka skończyła się, gdy rynek zalały tanie podróbki Pegasusa, często bardzo awaryjne (po kilku miesiącach nawet dmuchanie w kartridż niewiele dawało), a karty ze straganów atakowały nas coraz bardziej zdumiewającymi opisami, nie mającymi wiele wspólnego z tym, co na nich było („9999999 in 1” to już klasyk). Jak na ironię, właściciele BobMark nie mogli iść do sądu, bo sami wprowadzili na rynek podróbkę innej konsoli. Z czasem zyski były coraz mniejsze, a wrzucenie na rynek 16-bitowego Pegasusa niewiele dało. W roku 1995 Dariusz Wojdyga i Marek Jutkiewicz na branży gier zarabiali już naprawdę niewiele, więc trzeba było wykonać kolejny krok. Tym razem nie mieli już jednak tyle szczęścia – postawili na legalną dystrybucję Segi Saturn w naszym kraju, a jak większość z Was wie, system bardzo szybko trafił do grobu. Parze naszych bohaterów oszczędności jednak nie brakowało, a nie widząc przyszłości w dalszym wspieraniu branży elektronicznej, zabrali zabawki do innej piaskownicy, zakładając firmę HOOP produkującą do dziś napoje gazowane.
 
 
Mimo śmierci, Pegasus jeszcze przez długie lata był stałym bywalcem wszelkiego rodzaju bazarów. Producenci kolejnych podróbek wykazywali się nie lada kreatywnością, tworząc konstrukcje przypominające do złudzenia choćby Sony PlayStation (słynne PolyStation) czy wynalazki pokroju Batmana (czarna konsola z logiem nietoperza). I choć Pegasus był tak naprawdę tylko „zwykłym” klonem, przygotował grunt pod start kolejnych systemów do gier, wychowując nowe pokolenie graczy zwanych dumnie konsolomaniakami. Jeśli czytając ten tekst, z łezką w oku wspominacie chwile spędzone z szarym pudełkiem podpiętym do telewizora, znaczy to, że i Wy należycie do elitarnej grupy, która w latach 90. dała złapać się na haczyk i nie puściła go do dzisiaj. Piąteczka dla Was – jesteście częścią niepowtarzalnej historii.

 

 

Tagi: historia konsol pegasus publicystyka redakcja

Przejdź do strony

Miesięcznik PSX Extreme