Adam Grochocki Adam Grochocki 03.11.2016
Recenzja: Doktor Strange
1541V

Recenzja: Doktor Strange

To już czternasty film należący do Kinowego Uniwersum Marvela i zarazem debiut Doktora Strange’a. Postaci o tyle ważnej, że wprowadzi nas w zupełnie nowe, nieznane wcześniej rejony superbohaterskiego świata. Czy warto wydać te kilkanaście/kilkadziesiąt złotych na bilet do kina? Odpowiedź poniżej.

Poznajcie doktora Stephena Strange’a, celebrytę wśród światowych neurochirurgów. Wykonywanie głośnych medialnie, najbardziej skomplikowanych operacji nie przeszkadza mu w byciu zadufanym w sobie dupkiem, który nie zmarnuje okazji, by publicznie upokorzyć mniej utalentowanych lekarzy. Jak to w takich przypadkach bywa, karma powróciła i w wyniku koszmarnego wypadku Stephen traci pełnię władzy w dłoniach, zdając się na opiekę wyszydzanych przez niego kolegów. Człowiek, dla którego praca neurochirurga była całym życiem, nie może wrócić do zawodu, a przez to rozpaczliwie szuka pomocy wśród specjalistów, znachorów i szarlatanów. Wszystko na nic. Wtedy Strange trafia do nepalskiego Kamar-Taj… Szykujcie się na fabularne déjà vu. Doktor Strange to typowy superbohaterski origin. Mamy wstęp, problemy osobiste, żmudne szkolenie, konfrontacje i wielki finał. Odhaczanie kolejnych punktów prowadzących do napisów końcowych zrealizowano jednak na dużo wyższym poziomie niż w przypadku takiego Ant-Mana czy Iron Mana, które wcale nie były słabymi filmami.

Na taki stan rzeczy składają się trzy czynniki. Po pierwsze – bohater. Benedict Cumberbatch odrobił pracę domową i sprawił, że postać Stephena Strange’a budzi sprzeczne emocje. Z jednej strony niedający się lubić bohater wkurza i życzymy mu prztyczka w nos od losu. Z drugiej – obserwując jego determinację i ambicję kibicujemy, aby zrealizował swój, bądź co bądź, egoistyczny cel. Aktor świetnie sprzedał targające bohaterem emocje i sprawił, że mocno wyczekujemy jego spotkania z Avengersami. Nieuchronna konfrontacja z Tonym Starkiem i Strażnikami Galaktyki zapowiada się niezwykle smakowicie.

Po drugie – świat. Do świata poznanego w Iron Manie, a rozszerzonego do wszechświata przez Thora i Strażników, Doktor Strange wprowadza magię i równoległe światy, by stworzyć ogromne multiwersum. Jak Avengersi bronią Ziemię przed atakami z kosmosu, tak magowie chronią naszą planetę przed innymi światami. I to właśnie wpływ innych światów na ten, który znaliśmy do tej pory, jest bardzo mocną stroną filmu. Wszystko, co w pierwszych minutach wygląda dziwnie i chaotycznie, ma swój większy sens, który poznamy w dalszej części historii. Ulice, niczym w Incepcji, składają się jak domki z kart, portale przenoszą bohaterów w odległe zakątki świata, a magiczne bronie tworzą gigantyczne szkody. Wszystko okraszono niesamowitymi efektami specjalnymi, które potrafią wywołać jęki zachwytu. Nawet w nielubianym przeze mnie 3D film wygląda obłędnie.

Po trzecie – humor. Do tego, w przypadku MCU, zdążyliśmy już przywyknąć, ale nie sposób nie wspomnieć o żartach w tej produkcji. Mamy humor słowny, przekomiczne żarty z nazwisk i imion oraz nieco slapstickowego humoru rodem z kreskówek Disneya. Żarty idealnie rozładowują atmosferę, a rzucane przez Strange’a, Starożytną, Mordo, Kaeciliusa i Wanga teksty świetnie uczłowieczają tę ekscentryczną gromadkę. Nie zabrakło bezpośrednich nawiązań do Uniwersum Marvela, w tym subtelniejszych odniesień do poprzednich filmów, a zawarte w produkcji easter eggi dla fanów to materiał na oddzielny artykuł.

Tradycyjnie rozczarowuje czarny charakter. Keacilius ma jakieś tam głębsze motywacje, ale jego pobudki są bardzo marginalnym problemem w historii. Grający go Mads Mikkelsen nie ma dużo okazji do zaprezentowania aktorskich umiejętności i tylko dzięki swojej charyzmie sprawia, że zapamiętamy tę postać. Podobnie gwiazdor mordobić wszelakich Scott Adkins, który przeważnie stoi z boku i bierze udział w jednej rozbudowanej scenie akcji, gdzie nie może nawet zaprezentować swoich umiejętności.

Doktor Strange to niemałe osiągnięcie Marvela. Z ogranej, mało oryginalnej historii udało się stworzyć film, który na każdym kroku wydaje się świeży i inny niż to, do czego przyzwyczaiło nas kino superbohaterskie. Niesamowite efekty specjalne, świetne postaci, fantastyczny humor i zaskakujący finał opowieści sprawiły, że to najlepsze wprowadzenie postaci do tworzonego od 2008 roku uniwersum. No, zaraz po Strażnikach Galaktyki.

PS. Nie zapomnijcie o dwóch scenach po napisach. Pierwszej z nich po prostu nie możecie przegapić!

OCENA: 8

Autor prowadzi bloga http://www.geeklife.pl/, gdzie recenzuje seriale, filmy i gry.

Tagi: doktor strange film Marvel recenzja recenzja filmowa