Pamiętacie "168 in 1"? - biegaliśmy po te kartridże dla dwóch gier!

Pamiętacie "168 in 1"? - biegaliśmy po te kartridże dla dwóch gier!

Krzysztof Grabarczyk | Dzisiaj, 12:00
Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł

Choć to właśnie PlayStation przyczyniło się do popularności konsol w Polsce, lecz prawdziwy chrzest przeszliśmy za czasów Pegasusa. Oto maszynka, która zdefiniowała niejedno dzieciństwo, stworzyła pasję wśród wielu z nas. Nie była produktem nowatorskim, lecz kopią japońskich rozwiązań. Tylko, kogo to wówczas interesowało? Były to piękne, złote czasy, gdy liczyła się czysta rozgrywka, bez podziałów, bez oceny jakości. Granie było po prostu graniem. Dla wielu rozpoczynających swoją przygodę z graniem wszystko zaczęło się od poczciwego Pegasusa, tajwańskiej iteracji Famicoma, która w latach 90. zalewała polski rynek.

Pegasus bez wątpienia stanowi pierwszą konsolę, z jaką styczność miały rzesze Polaków. Import rozpoczęto niemal natychmiast. Właściciele Bobmarku musieli jednak uniknąć płacenia podatków, zatem do gry włączył się jeszcze pewien duńczyk, Peter Horlyck. Pegasus rozpoczął bujną karierę na naszym podwórku. Slogan "Family Video Game" atakował z bijącego dzisiaj retrowajbem kartonu. Konsolę sprzedawano z obowiązkowym kartridżem "168 in 1". Mój komunijny egzemplarz był w kolorze niebieskim, zaś naklejkę (jeszcze krzywo przyklejoną) będącą imitacją okładki zdobiły wizerunki Mario czy panów z kultowej Contry. Nie byłoby jej bez Pegasusa. Bobmark w 1995 roku nie zarabiał już na Pegasusie jak kilka lat wcześniej. W 1994 roku weszła ustawa o prawach autorskich, w Polsce zawitało również Nintendo. Panowie rozglądali się za nowymi biznesami i inwestowali m.in. w firmę Hoop, producenta rzeczonej Hoop Coli, którą nadal można spotkać na sklepowych półkach. Po drodze, Bobmark zaliczył również romans z Segą by zająć się krajową dystrybucją konsoli Segi Saturn.

Dalsza część tekstu pod wideo

Choć Pegasusa zastępowały z czasem inne podróbki NESa, jego wkład w rozwój polskiej sceny gier oraz konsol pozostaje nieoceniony. Dla mnie, był to w ogóle pierwszy kontakt z interaktywnym światem. Pierwsza komunia przyniosła obowiązkowy rower i Pegasusa, konkretniej był to model IQ-502, z "okrągłymi" joystickami oraz pistoletem. Niezliczone sesje w Contrę wspominam ciepło. W zasadzie, była to pierwsza uruchomiona przez mnie produkcja z listy. Kartridż "168 in 1" w rzeczywistości posiadał listę kilkunastu popularnych tytułów (legendarne Super Mario Bros., Ice Climber, Kung-Fu, Duck Hunt). Resztę listy stanowiły ROM-hacki. Jednym z takich było kultowe Tank 1991. Pięknym zbiorem wspomnień jest wydanie niedawno Pegasus Extreme, z ramienia wydawnictwa Idea Ahead oraz redaktorów PSX Extreme. Myślę, że każdy/każda z nas mogłaby napisać własną książkę wypełnioną nostalgią. Pegasus towarzyszył mi przez wiele wieczorów, a popalonych zasilaczy nie idzie dzisiaj już zliczyć.

O dwóch takich, co naprawiali rury

undefined

Kartridż "168 in 1" był de facto składanką złożoną z wielu ROMów tych samych gier, które charakteryzowały się zewnętrznymi modyfikacjami. Pierwsze kilkanaście tytułów z listy stanowiły gry w "nienaruszonym stanie" - dla większości liczyło się kultowe Super Mario Bros. (1985). Potrzebowaliśmy niemal dekady, aby na własnej skórze odczuć globalny fenomen braci Mario. I właśnie dzięki tej grze wizerunek Super Mario w Polsce utrwalił się poprzez wspomnienie jednej z najpopularniejszych platformówek wszech czasów. Jej historia otwiera się podczas prac nad inną kultową grą, Excitebike. Shigeru Miyamoto wpadł na pomysł stworzenia "atletycznej gry" - platformówki opartej na pokonywaniu całych światów nafaszerowanych rozmaitymi przeszkodami. W tym celu użyto silnika graficznego od wspomnianego Excitebike. Tak narodziło się Super Mario Bros., które błyskawicznie przerodziło się w ogólnoświatowy fenomen. Dzisiaj możemy w ten tytuł zagrać m.in. dzięki subskrypcji Nintendo Switch Online. 

Wraz z Pegasusem wracają obrazy wspólnie spędzonych sesji w Contrze czy równie legendarnemu Chip and Dale. Po prawdzie, był to chyba mój pierwszy platformer, którego tak namiętnie katowałem. Kluczem do sukcesu była współpraca a gra smakowała najlepiej z kimś. Po latach, Capcom wydało świetny pakiet "Disney Afternoon Collection" tak ku uciesze retromaniakom. Jednym z moich faworytów do samotnej rozgrywki okazała się gra Darkwing Duck. Wydana w 1992 roku na podstawie serialu animowanego cieszyła oko oprawą oraz satysfakcjonowała rozgrywką. Większość gier z jakimi miałem styczność szło ukończyć w jedno popołudnie. Zresztą, nie istniało pojęcie zapisu, chyba że mówimy o słynnych "passwordach", które uruchamiały grę od poziomu, w którym skończyliśmy rozgrywkę. Najczęściej pojawiały się po napisach Game Over. W tym miejscu hołd oddać muszę jednej z moich ulubionych gier dzieciństwa, Castlevania II: Simon's Quest.

My kontra reszta świata

undefined

Jak na NESowe stantardy, uważałem ten tytuł za względnie rozbudowany. Imponował podział na dzień oraz noc, gdzie przeciwnicy zyskywali dodatkowe HP, byli też agresywniejsi. Gra oferowała względną swobodę w poruszaniu się. Trochę taka imitacja otwartego świata, z podziałem na kilka mieścin oraz zamków, w których gromadziliśmy części ciała samego księcia nocy, Draculi. Kolejnym oczkiem w głowie było Double Dragon III, nie część druga, jak powszechnie się przyjęło. Gra stała wyższym poziomem trudności oraz nowymi, grywalnymi bohaterami. Pegasus wbrew pozorom fundował wiele gier stojących wyzwaniem. Jednak nic nie mogło równać się z Contrą. Pokonywanie przeszkód i strzelanie do wszystkiego co się rusza zapewniała niepohamowaną frajdę. Próżno nawet dzisiaj szukać gry, która zapewniła mi tyle wspomnień. Oczywiście, nie będę robił z siebie hardokorowca, bo ukończenie Contry na trzech życiach nawet dzisiaj stanowi wyczyn. Ktoś spróbował? 

Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł
Źródło: PPE
Krzysztof Grabarczyk Strona autora
Weteran ze starej szkoły grania, zapalony samouk, entuzjasta retro. Pasjonat sportów siłowych, grozy lat 80., kultury gier wideo. Pisać zaczął od małego, gdy tylko udało mu się dotrwać do napisów końcowych Resident Evil 2. Na PPE dostarcza weekendowej lektury, czasem strzeli recenzję, a ostatnio zasmakował w poradnikach. Lubi zaskakiwać.
cropper