Nieoczywista gra z konwencją kina sensacyjnego. Trzymający w napięciu thriller ery VHS

Nieoczywista gra z konwencją kina sensacyjnego. Trzymający w napięciu thriller ery VHS

Dawid Ilnicki | Dzisiaj, 12:00
Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł

Dokładnie trzydzieści lat temu miała miejsce premiera „Okupu“ Rona Howarda. Głośnego filmu sensacyjnego, osnutego wokół dość standardowego motywu porwania syna bogatego biznesmena, do którego później odzywają się porywacze, żądając ogromnych pieniędzy za jego uwolnienie. Kluczem do ogromnej popularności tego tytułu okazał się niezwykle sprawny scenariusz, który ciekawie pogrywał z typowymi dla gatunku motywami.

Historia porwania syna bogatego biznesmena, które przybiera nieoczekiwany przebieg, po raz pierwszy pojawiła się w 1954 roku w amerykańskiej antologii telewizyjnej „The United States Steel Hour“, w odcinku zatytułowanym „Fearful Decision“. Stosunkowo szybko zaadaptowano ją na film „Ransom!“ Alexa Segala, w którym - co ciekawe -  w rolę reportera Charliego Telfera wcielił się młodziutki Leslie Nielsen. Opowieść wróciła w latach 90., gdy na scenariusz filmowy postanowili ją ponownie przerobić przedstawiciele Disneya. Zachowano główny szkielet fabularny, ale znacznie rozbudowano postać ojca porwanego dziecka i nadano głębię poszczególnym członkom grupy porywaczy.

Dalsza część tekstu pod wideo

Producenci dysponowali już scenariuszem napisanym przez Alexandra Ignona, ale scenarzysta ten nie cieszył się na tyle dobrą renomą, by zainteresować projektem znanych reżyserów i aktorów. Postanowiono więc sięgnąć po artystę znacznie lepiej kojarzonego, Richarda Price’a, który miał już na koncie scenariusze do „Koloru pieniędzy“ i „Clockers“. Co ciekawe, sam wspominał później, że początkowo miała to być ledwie dwutygodniowa praca w charakterze tzw. script doctora, ale w miarę przedstawiania kolejnych wersji scenariusza do prac nad filmem dołączały kolejne osoby: najpierw producent Scott Rudin, potem reżyser Ron Howard, a następnie sam Mel Gibson. Ostatecznie Price pracował więc nad filmem prawie dwa lata.

Jak już wspomniano, producenci od początku chcieli zachować pierwotny szkielet fabularny, znacznie mocniej rozbudowując postacie bogatego biznesmena i jego żony, którym porwano syna, a także porywaczy. Szukając inspiracji dla niejednoznacznej postaci Toma Mullena Price zwrócił się w stronę wielkich przedsiębiorców swoich czasów, takich jak Richard Branson, Frank Perdue, a także niejaki Donald Trump jr. Już w latach 90. postrzegany jako ktoś kto wykreował własną legendę, a następnie wykorzystał ją do osiągania kolejnych sukcesów. To właśnie interesujący paradoks związany z tym bohaterem sprawił, że w projekt zaangażowały się dwie najważniejsze osoby: Ron Howard i Mel Gibson. 

Polski wkład 

Ransom Sinise
resize icon

Różnie dziś odbierany Ron Howard był już wówczas niezwykle cenionym reżyserem, którego sławę ugruntował wielki sukces „Apollo 13“. Okazało się, że scenariuszem „Okupu“ zainteresował się już w trakcie pracy nad kosmicznym widowiskiem, widząc w nim szansę na zerwanie z łatką twórcy wyłącznie pogodnych, podnoszących na duchu produkcji. Aby dobrze zrozumieć zadanie, którego się ostatecznie podjął, pilnie studiował przede wszystkim klasyczne dreszczowce, takie jak filmy Alfreda Hitchcocka czy „Z zimną krwią“ Richarda Brooksa. Ponoć wielokrotnie oglądał też „Pieskie popołudnie“ Sidneya Lumeta, marząc o stworzeniu podobnego napięcia jak w tym legendarnym filmie z lat 70.

Fascynacja materiałem źródłowym, a przede wszystkim postacią głównego bohatera, z jednej strony zdesperowanego ojca walczącego o życie syna, a z drugiej twardego biznesmena, którego żądania porywaczy stawiają w niekomfortowej roli kogoś pozbawionego kontroli, połączyła Howarda z Melem Gibsonem. Wielką gwiazdę tamtej dekady zainteresowała bowiem moralna dwuznaczność tej postaci, a dodatkowo Gibson - zwłaszcza po premierze “Braveheart” -  miał już wtedy dość grania typowych twardzieli. Angaż Gibsona okazał się jednak poważnym problemem dla ekipy, przede wszystkim ze względu na stan zdrowia aktora.

W trakcie zdjęć Gibson musiał bowiem przejść operację wycięcia wyrostka robaczkowego, która mocno opóźniła prace. Twórcy zdecydowali się więc na początku kręcić ujęcia bez udziału gwiazdora. Po jego powrocie na plan aktor nie do końca był sobą, wspominając później, że wówczas nawet zwykłe kichnięcie czy kaszlnięcie powodowało ból. Sam Howard żartował jednak, że widoczne zmęczenie na jego twarzy bardzo przydało się w kreowaniu bohatera, idealnie oddając jego stan ducha. Nic dziwnego, że w wielu nawet dość prostych scenach musiał go zastępować kaskader.

Świetnym wyborem okazało się też zatrudnienie Gary’ego Sinise’a, ówczesnego etatowego odtwórcy czarnych charakterów. Często wcielającego się w skorumpowanych gliniarzy, których uwikłanie w sprawę kryminalną nie od początku jest jasne. W żonę głównego bohatera, Kate Mullen, wcieliła się z kolei Rene Russo, wtedy często występująca u boku Gibsona. Łączyła ją z Howardem dość ciekawa relacja: oboje chodzili do tej samej szkoły, a reżyser w młodości się w niej podkochiwał, ale nigdy nie zaprosił jej na randkę. Russo ponoć też uważała go za ciekawego chłopaka, ale również nie zdecydowała się mu o tym powiedzieć. W rolę małego syna bohaterów wcielił się Brawley Nolte, syn Nicka Nolte, który zagrał później jeszcze w ledwie kilku filmach. W obsadzie znajdziemy też aktorów, którzy zyskali później większą rozpoznawalność, jak Delroy Lindo, Lili Taylor, Liev Schreiber czy Evan Handler.

Sporym problemem w trakcie prac nad zdjęciami okazała się surowa nowojorska zima, w trakcie której przez największą amerykańską metropolię przeszły dawno niewidziane śnieżyce, mocno komplikujące życie reżysera, aktorów i operatora. Tym ostatnim był zresztą Piotr Sobociński, znany w Hollywood głównie za sprawą zdjęć do -  fetowanego na całym świecie, nawet pomimo porażki w wyścigu o Złotą Palmę z “Pulp Fiction” Quentina Tarantino - “Czerwonego” Krzysztofa Kieślowskiego. Howard chciał nadać fakturze zdjęć mocno noirowy klimat, co udało się za sprawą kontrastowego oświetlenia, a także użycia Steadicam, który pozwalał płynnie zmieniać perspektywę i podkreślać napięcie poszczególnych scen.

Dwie twarze

Ransom
resize icon

Pierwotnie premierę filmu Rona Howarda planowano na lato 1996 roku, ale problemy zdrowotne Gibsona oraz kiepska pogoda, utrudniająca prace nad zdjęciami zakończonymi dopiero w maju tego roku, sprawiły, że musiano ją przesunąć na początek listopada. Jak się wydaje, nie wpłynęło to jednak na popularność filmu w kinach. Kosztujący blisko 70 milionów dolarów „Okup“ zarobił ponad 300 milionów i ostatecznie zajął szóste miejsce w zestawieniu największych kinowych przebojów 1996 roku. Co istotniejsze, ten dynamiczny thriller okazał się też wielkim hitem na VHS, gdzie w USA zajął ostatecznie piąte miejsce. „Billboard“ ze stycznia 1998 roku umieścił film Howarda na dziewiątym miejscu brytyjskiego zestawienia najpopularniejszych wypożyczeń wideo za 1997 rok.

Interesującym faktem związanym z promowaniem tego filmu w Stanach Zjednoczonych było to, że zwiastuny dość mocno eksploatowały główną przewrotkę fabularną, czyniącą z myśliwych, którymi początkowo należy nazwać porywaczy, zwierzynę.T o pokazuje, że nacisk położono przede wszystkim na konstrukcję głównego bohatera, który także dla większości widzów jest postacią niejednoznaczną, a jego motywacje oceniane są różnie. Dobrze podsumowuje to jedna ze scen w końcówce filmu, w której bohater ogląda materiał telewizyjny z widzami zagadniętymi przez reporterów, oceniającymi jego zachowanie. Ci widzowie nie mają jeszcze świadomości, że niedługo pojawią się materiały obciążające bohatera w zupełnie innej sprawie i pokazujące, że w dążeniu do zysku nie cofnie się on przed niczym. 

Dziś „Okup“ oczywiście nie robi już takiego wrażenia jak kiedyś. Nie tylko dlatego, że dobrze wiemy, w jaki sposób zmieni się zachowanie głównego bohatera mniej więcej w połowie filmu, ale po prostu dlatego, że takie zwroty fabularne nie robią już na nikim wrażenia. Sam film jest też pogrążony w motywach, które ironicznie można nazwać typowymi „howardyzmami“: podbijaniu ważnych momentów ckliwą muzyką i przesadnym udramatyzowaniu, przez co miejscami giną ciekawsze wątki scenariusza Richarda Price’a. Dotyczy to zwłaszcza odwiecznej walki między wellsowskimi Elojami i Morlokami oraz bezwzględności głównego bohatera, który na moment zdaje się wracać do myślenia w kategoriach zysków i strat w kontekście utraty własnego syna. Być może za kilka lat ktoś ponownie wróci do tej historii, by jeszcze ciekawiej zarysować charakter głównego bohatera. Oby tylko znalazł wtedy do głównej roli równie dobrego aktora jak Mel Gibson.

Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł
Źródło: własne
Dawid Ilnicki Strona autora
Z uwagi na zainteresowanie kinem i jego historią nie ma wiele czasu na grę, a mimo to szuka okazji, by kolejny raz przejść trylogię Mass Effect czy też kilka kolejnych tur w Disciples II. Filmowo-serialowo fan produkcji HBO, science fiction, thrillerów i horrorów.
cropper