Nie mogę przestać myśleć o tym filmie. Włączam go każdej jesieni i nie żałuję
Są filmy genialne w swojej prostocie. Nie mam zamiaru polemizować, że “Mój sąsiad Totoro”, prawdziwy klasyk studia Ghibli, należy do tego grona.
U kresu lat 80. studio Ghibli miało już ugruntowaną pozycję. “Nausicaa z Doliny Wiatru” (powstała teoretycznie jeszcze przed samym studiem) oraz “Laputa - podniebny zamek” okazały się sukcesami artystycznymi, a także komercyjnymi. Obie wygrały między innymi na galach filmowych Mainichi, pierwszym festiwalu w Japonii, którego początki sięgały 1935 roku. We wspomnianych filmach za reżyserię odpowiadał Hayao Miyazaki, mający bardzo autorskie podejście do animacji. Udało się stworzyć produkcje skierowane do młodszych odbiorców, ale dojrzałe w przekazie, podkreślające związek człowieka z naturą. O Ghibli zrobiło się głośno poza Japonią, chociaż na nominacje do najważniejszych nagród, w tym Oscarów, trzeba było długo poczekać. Udało się w 2003 roku za sprawą “Spirited Away: W krainie bogów”. Zanim jednak Miyazaki oddał hołd japońskiej tradycji, razem z Isao Takahatą przygotował dla widzów jeden z najgłośniejszych podwójnych seansów.
16 kwietnia 1988 roku równocześnie ukazały się dwie produkcje Ghibli. Miyazaki odpowiadał za “Mojego sąsiada Totoro”, natomiast Takahata za “Grobowiec świetlików”. Druga z animacji była dramatem wojennym, najbardziej poruszającym i miażdżącym emocjonalnie filmem, jakie studio wypuściło do tamtego momentu, a być może w ogóle. “Totoro” miał za zadanie zbalansować ten ciężar. Udało mu się z nawiązką.
Pochwała prostoty
Fabuła “Totoro” koncentruje się na dwóch siostrach - czteroletniej Mei i starszej od niej Satsuki. Dziewczynki, razem z ojcem Tatsuo, przeprowadzają się do niszczejącego, ale nowego dla nich domu. Radość z odkrywania nowego miejsca wymieszana jest z obawą i oczekiwaniem na wyzdrowienie schorowanej matki. Wraz z upływem kolejnych dni Mei i Satsuki poznają coraz więcej otaczających sekretów, a najważniejszym okazuje się spotkanie z Totoro, leśnym duchem.
Miyazaki nie silił się na komplikacje. Film z 1988 roku pozostaje bardzo prosty, również w swojej wymowie. Jednocześnie udało się zachować dojrzałość przekazu, dorosłym trudno będzie uznać “Totoro” za rzecz infantylną. Znów na pierwszy plan wychodzi podkreślana również w innych produkcjach istota jedności człowieka z naturą, naszego miejsca w ekosystemie. Za sprawą tytułowego bohatera wprowadzono odwołania do folkloru, chociaż japońskość wyraźnie miesza się z innymi wpływami, głównie norwerskimi. To też wpływa na uniwersalność “Totoro”.
Gdy jednak wskazać fundament tego filmu, a właściwie jego dwa filary, trzeba skupić się na wątku siostrzanym oraz sile wyobraźni. To właśnie ta szczera relacja Mei z Satsuki - niepozbawiona szram, ale też poświęcenia napędzanego miłością zdolną do wytworzenia się jedynie między siostrami - a także wiara w rzeczy niezwykłe sprawia, że rodzeństwo Kukasabe zdolne jest do przetrwania bardzo trudnego okresu. Dziewczynki stale pamiętają o matce, ale są w stanie wyrwać się na powierzchnię, uciec od smutku i przenieść do niezwykłego świata.
Duża też w tym rola ojca. W przeciwieństwie do wielu innych produkcji Ghibli Tatsuo to mężczyzna stonowany, stojący po stronie dzieci. Nie odciąga ich od świata niezwykłości, ale wręcz napędza zainteresowanie. Na samym starcie przekonuje, że istnieją chochliki. Tatsuo nie figuruje jako bierny obserwatorem, ale pomaga Satsuki, gdy Mei pogrąża się w smutku. Podobnie główny bohater, nieco psotliwy, humorzasty, ale w razie konieczności zawsze trzymający stronę dziewczynek. Ich trampolina do zapomnienia o mroku. Bo “Totoro” nie jest przede wszystkim o magii bycia dzieckiem, lecz o przepracowaniu trudnych wydarzeń, gdy masz lat mniej niż palców. Wyjątkowość tej chwili Miyazaki uchwycił tak precyzyjnie, że niemal dokumentalnie. W “Totoro” nie obserwujemy konfliktu, ale relację.
Kolejna perła w kolekcji
Na popularność “Totoro” wpłynął też wygląd postaci, przede wszystkim tytułowego bohatera, zapadającego w pamięć Kotobusa oraz kilku zwierzęcych towarzyszy. Pomogło to w napędzaniu zainteresowania filmem i ugruntowania statusu kultowego. Na wspomnianym festiwalu Mainichi tym razem nie skończyło się na nagrodzie dla najlepszej animacji, ale statuetce dla najlepszego filmu w ogóle.
“Totoro” doczekał się krótkometrażowej kontynuacji znanej jako “Mei to Koneko basu” (2002), a nawet adaptacji teatralnej wystawionej w Londynie. Sztuka zgarnęła sześć statuetek Oliviera, pobiła również ówczesny rekord box-office. Genialna prostota opowieści Miyazakiego podbiła świat i ostatecznie otworzyła Ghibli na wszystkie rynki. Japoński fenomen rozlał się na cały glob, dzięki czemu kolejne produkcje miały większe budżety, a co za tym idzie lepszą promocję i wyniki w kinach. “Totoro” rozpoczęło nowy rozdział w historii studia.
To piękna, zjawiskowa animacja. Doskonała wizualnie, o co zadbał niezawodny Miyazaki. Tła robią gigantyczne wrażenie, nie ma pustych plam. Ruch postaci wygląda idealnie nawet po blisko 40 latach od premiery. A fabularnie, cóż, tutaj nie miało co się zestarzeć i się nie zestarzało.
Przeczytaj również
Komentarze (4)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych