Czy to najlepszy film katastroficzny ostatniej dekady? Prawdopodobnie tak
W środę minęło dokładnie dziesięć lat od kinowej premiery filmu „Żywioł: Deepwater Horizon" Petera Berga. Opowiada on o tragicznym wydarzeniu, nazwanym później największą katastrofą ekologiczną w historii Stanów Zjednoczonych, w której zginęło jedenaście osób z załogi tytułowej platformy wiertniczej. Choć początkowo film nie cieszył się dużym zainteresowaniem i przyniósł producentom stratę, po latach można go uznać za jeden z najlepszych filmów katastroficznych ostatnich kilkunastu lat.
20 kwietnia 2010 roku przeszedł do historii jako dzień jednej z największych katastrof ekologicznych XXI. wieku. Tego dnia na należącej do Transocean, a wydzierżawionej przez BP, platformie wiertniczej Deepwater Horizon doszło do szeregu awarii, które doprowadziły do ogromnego pożaru i ewakuacji przebywających na niej pracowników. Niestety, nie wszyscy zdołali opuścić platformę. Jedenaście osób zginęło podczas próby ucieczki z ogarniętej coraz większym ogniem konstrukcji, a do wód Zatoki Meksykańskiej - według późniejszych szacunków - mogło się przedostać nawet 800 milionów litrów ropy, powodując skażenie ponad 1600 kilometrów wybrzeża.
W trakcie trwającego później przez kilka lat śledztwa natrafiono nie na jeden, lecz na kilka przypadków rażącego niedopilnowania obowiązków, zlekceważenia procedur i fatalnej interpretacji danych z testów ciśnienia. Skala niedopatrzeń, wraz z rozmiarem katastrofy, z jaką mieliśmy do czynienia, wywołały ogromne oburzenie opinii publicznej w Stanach Zjednoczonych. Nic więc dziwnego, że tą feralną historią bardzo szybko zainteresowali się filmowcy, którzy już od końca 2010 roku dysponowali solidną podstawą przyszłego scenariusza. Właśnie wtedy na łamach „The New York Timesa” ukazał się obszerny reportaż Davida Barstowa, Davida Rohde'a i Stephanie Saul zatytułowany „Deepwater Horizon's Final Hours”. Autorzy, opierając się na relacjach licznych świadków, z pieczołowitością odtworzyli w nim, zgodnie z tytułem, ostatnie godziny funkcjonowania platformy wiertniczej.
Skrypt do filmu napisał duet Matthew Sand - Matthew Michael Carnahan, a początkowo wraz z tym duetem współpracował JC Chandor. Twórca znakomitego “Margin Call” czy późniejszego “Wszystko stracone” miał początkowo wyreżyserować film na podstawie tego scenariusza, do czego ostatecznie jednak nie doszło. W styczniu 2015 roku ogłoszono, że rozwojem tej produkcji zajmie się Peter Berg. Reżyser już doświadczony, jeśli chodzi o fabuły rozgrywające się na znajdującej się na wodzie maszynie, choć należy w tym miejscu dodać, że przedziwny “Battleship” z 2012 roku miał jednak zupełnie inny charakter. Reżyser szybko wziął się za realizację filmu, z czasem zmagając się z zupełnie niespodziewanymi problemami.
Szkoła naftowa
W kilku wywiadach z tamtego okresu Berg przyznawał, że szczególną inspiracją przy pracy nad filmem był program „60 Minutes", który wcześniej obejrzał, a w którym wystąpił jeden z ocalałych z katastrofy, Mike Williams. Jego relacja sprawiła, że Berg dostrzegł w tej historii przede wszystkim opowieść o ostatnich godzinach przed pożarem platformy oraz o roli, jaką odegrało wielu pracujących na niej ludzi. Wspominał, że chciał, aby widzowie zobaczyli w filmie nie tylko sam wyciek ropy, lecz także dramat tych, którzy zginęli na Deepwater Horizon, oraz heroizm ludzi, którzy ze wszystkich sił starali się pomóc swoim kolegom.
Aby zrealizować taki film, Berg musiał od początku do końca zrozumieć, jak działa platforma wiertnicza. Szybko zabrał się do tego z typowym dla siebie entuzjazmem. W wielu późniejszych wywiadach podkreślał, że przeszedł nietypową, lecz niezwykle gruntowną „szkołę naftową". Zaczął od rozmów z rodzinami wszystkich jedenastu ofiar, a następnie wysłuchał relacji uczestników zdarzeń. Na plan sprowadzono inżynierów, doświadczonych wiertaczy i operatorów platform, którzy objaśniali twórcom zawiłości działania takich konstrukcji, zasady wiercenia, rolę ciśnienia, chemię i fizykę całego procesu oraz procedury bezpieczeństwa. Jednymi z najważniejszych konsultantów okazali się sam Mike Williams, w którego wcielił się w filmie Mark Wahlberg, oraz Caleb Holloway, odgrywany przez Dylana O’Briena. Obaj poprawiali nieścisłości, które początkowo znalazły się w scenariuszu.
Nie do wszystkich świadków tragicznych wydarzeń na Deepwater Horizon ekipa zdołała jednak dotrzeć. Część z nich obowiązywała bowiem klauzula poufności, wynikająca z ugód zawartych przed procesem z przedstawicielami BP. Dotyczyło to przede wszystkim Donalda Vidrine'a i Roberta Kaluzy, w których wcielili się w filmie John Malkovich i Brad Leland. Ich filmowe postacie zbudowano na podstawie zeznań, jakie obaj złożyli przed Kongresem. Co interesujące, przedstawiciele Lionsgate zatrudnili specjalny zespół niezależnych prawników, który analizował, co i w jaki sposób można powiedzieć o odpowiedzialności konkretnych osób, a tym samym oczywiście wielkich koncernów, aby uniknąć ewentualnych pozwów o zniesławienie. Niektórzy krytycy po premierze zarzucali obrazowi dość bezpieczne ujęcie tematu. Dziennikarz „The Washington Post" Joel Achenbach nazwał go stosunkowo wiernym pod względem faktów, ale też mocno upraszczającym kwestię odpowiedzialności za katastrofę.
Jedną z kluczowych kwestii przy realizacji filmu okazało się zbudowanie gigantycznej makiety fragmentu Deepwater Horizon. Stanęła ona w Luizjanie, na terenie opuszczonego parku rozrywki Six Flags pod Nowym Orleanem. Konstrukcja miała wielkość 85% prawdziwej platformy i mierzyła około 25 metrów wysokości, 50 metrów szerokości oraz niemal 60 metrów długości. Co istotne, nie była to dekoracja imponująca wyłącznie z zewnątrz, ponieważ wiele jej elementów rzeczywiście działało. Całość ustawiono nad wielkim zbiornikiem mieszczącym miliony litrów wody. Budowa trwała blisko siedem miesięcy, a pracowało przy niej ponad 300 osób.
Berg oczywiście nadzorował również prace nad zdjęciami samego pożaru. Zależało mu bowiem, by od początku nie wyglądał sztucznie. Jego modus operandi wyznaczała zasada: jeśli coś da się zrobić praktycznie, trzeba działać właśnie w ten sposób. Część ekipy odpowiedzialna za efekty specjalne przygotowała m.in. systemy pompujące ogromne ilości wody, błota i substancji imitujących ropę. Dzięki nim aktorzy rzeczywiście byli oblewani cieczami i znajdowali się w środku fizycznie istniejącego otoczenia. Sam reżyser wspominał później, że jego syn wraz z kolegami pomagali ekipie sprzątać część powstałego w ten sposób bałaganu. Z kolei podczas pracy ze specjalistami od efektów wizualnych, z firmy Industrial Light & Magic, Berg sprawdzał, czy dane ujęcie ognia wygląda faktycznie niebezpiecznie. Wspólnie eliminowali te ujęcia, w których płomienie były zbyt czyste albo osoby stojące obok sprawiały wrażenie całkowicie bezpiecznych. Nic więc dziwnego, że druga część filmu jest tak sugestywna.
Katastrofa, również finansowa
„Żywioł: Deepwater Horizon" to przykład pieczołowicie przygotowywanej produkcji, która niestety okazała się finansową porażką. Budżet filmu Petera Berga oficjalnie szacowano na 110-120 milionów dolarów, choć mówiło się nawet o grubo ponad 150 milionach. Pieniądze poszły zarówno na budowę makiety platformy wiertniczej, jak i na obsadę, w której obok wspomnianego Marka Wahlberga pojawiają się także John Malkovich, Kurt Russell i Kate Hudson. Dwoje ostatnich łączy ciekawe rodzinne powiązanie: Russell jest od lat partnerem Goldie Hawn, matki Hudson. Tak ogromne nakłady nie okazały się jednak uzasadnione z biznesowego punktu widzenia, głównie ze względu na problemy z promocją filmu.
Początkowo film postrzegano bowiem jako biograficzną opowieść o tragedii, którą przed laty przeżywało wielu mieszkańców Stanów Zjednoczonych, a niekoniecznie jako efektowne widowisko katastroficzne. W rezultacie jego główną grupą odbiorców okazali się mężczyźni w wieku około 35 lat, pamiętajacy feralne wydarzenia z ówczesnych przekazów medialnych. Tymczasem produkcja, która musiała zarobić grubo ponad 200 milionów dolarów w box office, by choćby zwrócić poniesione koszty, potrzebowała publiczności znacznie bardziej zróżnicowanej wiekowo. Obraz Berga trafił też na solidną konkurencję w tygodniu premiery: nowy film Tima Burtona „Osobliwy dom pani Peregrine" oraz - również oparty na faktach - „Sully" Clinta Eastwooda, w którym główną rolę zagrał ulubieniec amerykańskiej publiczności Tom Hanks. „Sully" kosztował dwa razy mniej niż „Żywioł" i zarobił ponad czterokrotność swojego budżetu.
Wszystko to złożyło się na niesatysfakcjonujące, nieco ponad 120 milionów dolarów wpływów z box office, co przełożyło się na stratę studia Lionsgate szacowaną na od 60 do nawet 112 milionów dolarów. Z dzisiejszej perspektywy smuci to tym bardziej. Film oglądany dziś zachwyca bowiem nie tylko niezwykle sugestywnymi sekwencjami ratowania zagrożonych członków załogi z drugiej połowy, ale też skupioną na detalach częścią o bezpieczeństwie na platformie wiertniczej, w której twórcy nie starają się wdzięczyć do publiczności i nie tłumaczą wszystkiego w możliwie jak najprostszy sposób. Obraz Berga został jednak doceniony już po premierze, zarówno przez krytyków, jak i później przez Akademię, która nagrodziła wysiłek twórców dwiema nominacjami do Oscara: za montaż dźwięku i efekty specjalne (przegranymi odpowiednio z „Nowym początkiem" Denisa Villeneuve'a i „Księgą dżungli" Jona Favreau).
Przeczytaj również
Komentarze (13)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych