Splatynowałem 007 First Light. Uncharted w końcu ma godnego rywala
Kiedy na ekranie telewizora rozbłysło to charakterystyczne, platynowe trofeum, poczułem coś, czego w grach akcji dla pojedynczego gracza nie doświadczyłem od naprawdę wielu lat. Pożegnanie z Nathanem Drake’em w czwartej odsłonie jego awanturniczej sagi pozostawiło w moim sercu ogromną pustkę, której przez całe lata nikt nie potrafił godnie zapełnić. Ani Lara Croft, ani kolejne próby kopiowania formuły Naughty Dog nie miały w sobie tej unikalnej iskry. Dopiero 007 First Light sprawiło, że poczułem ten sam charakterystyczny zachwyt płynący z akcji i autentyczny zew wielkiej, bezkompromisowej przygody.
Przez lata James Bond w świecie gier wideo kojarzył się głównie z pierwszoosobowymi strzelaninami, które próbowały na ślepo gonić sukces legendarnego GoldenEye 007. Twórcy First Light poszli jednak zupełnie inną, odważną drogą, przenosząc kamerę za plecy bohatera i czerpiąc garściami z najlepszych wzorców kina nowej przygody. Rezultat przeszedł najśmielsze oczekiwania - wirtualny agent Jej Królewskiej Mości wreszcie dostał opowieść, która w każdym calu przypomina najlepsze momenty z życia Nathana Drake’a.
Sercem tej produkcji jest fenomenalnie poprowadzona intryga szpiegowska, która wciąga od pierwszych minut i nie pozwala na ani chwilę znużenia. Zamiast pretekstowej fabuły będącej jedynie wymówką do eliminowania kolejnych fal wrogów, otrzymaliśmy dojrzały, pełen zwrotów akcji scenariusz o początkach kariery młodego agenta. Zdrada, polityczne szachy na najwyższych szczeblach władzy i osobista stawka sprawiają, że z zapartym tchem śledzi się każdy dialog oraz każdą filmową scenę przerywnikową.
Odwrotność Hitmana
To, co najbardziej zbliża nowe dzieło o agencie 007 do serii Uncharted, to rewelacyjnie wyreżyserowane, oskryptowane sekwencje ucieczek i pościgów. Gdy walą się pod nami zabytkowe dachy, gonimy uciekiniera samochodem, wykonujemy sekwencje QTE w ekstremalnym miejscu, czujemy efekt WOW. Wszystko to działa jak w zegarku i ani przez moment nie sprawia wrażenia taniej taniochy - to hollywoodzki blockbuster przeniesiony bezpośrednio pod gałki kontrolera.
Równocześnie gra nie traktuje odbiorcy jak biernego widza, oferując imponującą swobodę w podejściu do eliminacji przeciwników. James Bond nie jest przecież bezmyślnym mięśniakiem, lecz mistrzem improwizacji. Każda arena starć daje nam wachlarz możliwości: możemy przemknąć w cieniu z pistoletem, wykorzystać wymyślne gadżety z laboratorium Q, by wywołać spięcie instalacji elektrycznej, albo sprowokować wrogów do wejścia w pułapkę.
Samo strzelanie potraktowano tutaj ze smakiem i umiarem, co w dzisiejszych czasach jest rzadkością godną pochwały. Ołowiu w powietrzu wcale nie ma tak wiele, jak w klasycznych strzelankach, ale kiedy sytuacja ostatecznie wymyka się spod kontroli, gra natychmiast wrzuca nas w wir totalnej, bezwzględnej rozwałki. Wymiana ognia jest mięsista, odrzut broni wyczuwalny pod palcami, a każdy wystrzelony pocisk ma swoją wagę, zamieniając spokojne przekradanie się w desperacką walkę o przetrwanie - szczególnie przy opancerzonych wrogach i sytuacjach, gdy amunicji mamy mało (a tak jest właśnie najczęściej w trakcie zabawy).
Ogromne brawa należą się projektantom za pieczołowitość, z jaką przygotowali wirtualny świat. Przemierzając kolejne misje, miałem nieodparte wrażenie, że każdy korytarz, każdy pokój i każdy plener powstały ręcznie, bez chodzenia na łatwiznę proceduralnego generowania. Od ociekających deszczem neonowych zaułków europejskich miast, czy niezwykle realistycznych klubów nocnych, przez spalone słońcem pustynne placówki, aż po wystawne bary czy wieżowce - poziom detali i gra świateł zapierają dech w piersiach.
Eksploracja tych wspaniałych miejscówek budzi żywe wspomnienia z poszukiwań El Dorado czy podróży do Shambhali. Złożona geometria poziomów zachęca do rozglądania się po kątach i wspinaczki na pozornie niedostępne gzymsy, nagradzając nas nie tylko pięknymi widokami, ale też cennymi informacjami wywiadowczymi. Architektura lokacji idealnie współgra z tożsamością dżentelmena w nienagannie skrojonym garniturze, który z równą gracją potrafi wejść po schodach, jak i zjechać po linie w głąb wrogiego kompleksu.
Fabularny majstersztyk
Co niezwykle istotne w dobie wszechobecnych gier-usług, tempo narracji ani na sekundę nie siada. Autorzy doskonale wiedzieli, kiedy należy podkręcić tempo dynamiczną strzelaniną, kiedy pozwolić nam na cichy rekonesans, a kiedy wrzucić nieco bardziej stonowany, logiczny segment. Ta perfekcyjna równowaga sprawia, że syndrom „jeszcze jednego rozdziału” towarzyszył mi przez cały weekend, aż do napisów końcowych. Czapki z głów również za bohaterów - każdy z nich odgrywa sporą rolę w historii, nie są zapychaczami i naprawdę łatwo się z nimi zżyć.
Wbicie platynowego trofeum w 007 First Light okazało się doświadczeniem niesamowicie odświeżającym na tle innych współczesnych gier. Zamiast zmuszać gracza do żmudnego i bezsensownego grindu, powtarzania tych samych nudnych czynności w nieskończoność czy czyszczenia powtarzalnych znaczników, lista pucharków została skomponowana z ogromnym wyczuciem. Każde zadanie miało swój sens i zachęcało do poznania najważniejszych mechanik, jakimi dysponuje wirtualny agent.
Jedynym elementem, który wymagał ode mnie wytężenia szarych komórek i realnego skupienia, okazały się ukryte przedmioty kolekcjonerskie. Twórcy wykazali się tu nie lada pomysłowością, chowając tajne akta, mikrofilmy i szpiegowski ekwipunek za sprytnymi zagadkami środowiskowymi oraz nieoczywistymi przejściami, do których dojdziemy oszukując np. strażnika. A że cele czasami się nadpisują (jeśli pójdziemy ścieżką A, nie sprawdzimy tej B), musiałem wrócić do poprzedniego punktu po zakończeniu fabuły - na szczęście wybór rozdziałów w 007 First Light jest bardzo przyjazny łowcom trofeów.
To główkowanie przy zbieractwie ani przez chwilę nie frustrowało - wręcz przeciwnie, doskonale budowało klimat dochodzenia śledczego, bo każdą znajdźkę, nawet tę niewrzucaną do listy przedmiotów kolekcjonerskich, Bond śmiało komentuje, a my dowiadujemy się kolejnych smaczków. Odnalezienie każdego zaginionego dokumentu rzucało dodatkowe światło na motywacje czarnych charakterów i pogłębiało wiedzę o świecie gry, stanowiąc realną nagrodę za spostrzegawczość.
Patrząc wstecz na całą tę podróż, z pełnym przekonaniem mogę stwierdzić, że studio odpowiedzialne za tę grę stworzyło coś zjawiskowego. 007 First Light nie próbuje na siłę wymyślać koła na nowo, ale bierze sprawdzoną, uwielbianą przez miliony formułę filmowej przygody i realizuje ją z mistrzowską precyzją. To gra, która szanuje czas gracza, oferując intensywne, skondensowane i dopracowane do granic możliwości doświadczenie od pierwszej do ostatniej sekundy.
Platyna w tej produkcji smakuje wyjątkowo, bo przypomina o czasach, kiedy gry wideo potrafiły być po prostu doskonałymi, kompletnymi historiami bez zbędnych wypełniaczy. Nathan Drake może wreszcie udać się na w pełni zasłużoną emeryturę z poczuciem, że jego spuścizna trafiła we właściwe ręce. James Bond powrócił na salony w stylu, na jaki zasługiwał od dekad, a Uncharted w końcu doczekało się rywala, który bez kompleksów może stanąć z nim ramię w ramię na najwyższym podium.
Przeczytaj również
Komentarze (12)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych