Fani Silent Hill w siódmym niebie. Tak dobrze nie było od kilkunastu lat
Przez niemal dekadę bycie miłośnikiem Cichego Wzgórza przypominało bolesną pokutę w czyśćcu, w którym jedynym chlebem powszednim były rozczarowania, skasowane dema pokroju legendarnego P.T. oraz automaty pachinko bezczeszczące wizerunki kultowych postaci.
Konami wydawało się korporacją całkowicie obojętną na błagania graczy, a mgła spowijająca miasteczko zdawała się bezpowrotnie rozwiewać w odmętach historii. Dzisiaj jednak stoimy w zupełnie innym punkcie czasu - punkcie, w którym każdy oddany pasjonat psychologicznego horroru może z czystym sumieniem powiedzieć, że znalazł się w siódmym niebie.
Punktem zwrotnym tej niesamowitej renesansowej podróży okazał się moment, w którym japoński wydawca postanowił zaryzykować i oddać swoje najcenniejsze dziecko w ręce krakowskiego Bloober Team. Gdy po raz pierwszy zapowiedziano odświeżenie Silent Hill 2, sceptycyzm mieszał się z przerażeniem. Obawiano się profanacji pomnika, spłycenia subtelnej symboliki i zredukowania melancholijnego arcydzieła do roli bezdusznej strzelanki zza pleców. Rzeczywistość zweryfikowała jednak te lęki w sposób najbardziej spektakularny z możliwych.
Debiut Silent Hill 2 Remake okazał się bezapelacyjnym triumfem rzemiosła, szacunku do materiału źródłowego i bezkompromisowej pieczołowitości. Polska ekipa udowodniła, że potrafi odczytać geniusz dawnego Team Silent z chirurgiczną precyzją, dbając o każdy detal spowitego rdzą i zgnilizną świata Jamesa Sunderlanda. Nowe ujęcie kamery, obłędna oprawa audiowizualna oraz pogłębienie psychologicznych niuansów sprawiły, że remake nie tylko zadowolił ortodoksyjnych weteranów, ale przede wszystkim otworzył wrota mgły przed zupełnie nowym pokoleniem graczy.
Nie tylko Silent Hill 2 Remake
To jednak nie sam sukces odświeżonej „dwójki” jest powodem dzisiejszej euforii, lecz fakt, że nie był to jedynie odosobniony, nostalgiczny zryw. Wydanie gry zadziałało jak pociągnięcie za spust potężnej machiny wydawniczej, która zamiast zwalniać, z każdym kolejnym kwartałem nabiera coraz większego rozpędu. Po latach posuchy fani zostali dosłownie zalani projektami, z których każdy próbuje ugryźć fenomen Cichego Wzgórza z nieco innej, fascynującej perspektywy.
Znakomitym tego dowodem było nadejście tajemniczego Silent Hill f, które odważnie przeniosło nas z amerykańskiej prowincji do skąpanej w psychodelicznych kwiatach Japonii lat 60. Oddelegowanie scenariusza w ręce Ryukishi07 okazało się strzałem w dziesiątkę - horror zyskał nową, groteskową estetykę i głębię cielesnego niepokoju, udowadniając, że klątwa mgły nie musi być na zawsze uwięziona w granicach jednego jeziora Toluca. Marka pokazała swoją elastyczność, zrywając z kalkowaniem starych schematów na rzecz świeżej, autorskiej wizji.
Zaraz potem przyszedł czas na Silent Hill: Townfall, stworzone we współpracy ze studiem No Code i wydawnictwem Annapurna Interactive. Tutaj ciężar gatunkowy przesunięto w stronę klaustrofobicznego, eksperymentalnego thrillera narracyjnego, w którym technologia retro miesza się z powolnym popadaniem w obłęd. Był to dobitny sygnał, że Konami nie zamierza produkować gier z tej serii z jednej taśmy montażowej, lecz pozwala niezależnym, ambitnym twórcom na dekonstrukcję mitologii uniwersum według ich własnych reguł.
Tak gęsty kalendarz premier sprawił, że społeczność skupiona wokół marki wreszcie przestała żyć wyłącznie wspomnieniami sprzed dwudziestu lat. Niemal co chwilę otrzymujemy nowy powód do analizowania ukrytych znaczeń, rozkładania zwiastunów i dyskutowania o kondycji ludzkiej psychiki w obliczu traumy. Poczucie stagnacji zostało bezpowrotnie wymazane, a w jego miejsce pojawił się głód kolejnych zapowiedzi, które - o dziwo - są regularnie zaspokajane.
Będzie jeszcze więcej dobroci
Najbardziej ekscytujące w tym wszystkim jest jednak to, że obecna fala to dopiero początek wieloletniego planu. Potwierdzenie prac nad pełnoprawnym remakiem pierwszego Silent Hill wywołało kolejną falę ekstazy. Powrót do korzeni, do koszmaru Harry'ego Masona i narodzin kultu w małym, zamglonym miasteczku, to coś, o co fani błagali od dekad. Perspektywa zobaczenia szkoły Midwich czy szpitala Alchemilla na silniku nowej generacji budzi ciarki na plecach i daje nadzieję na domknięcie wielkiej trylogii klasyków w nowoczesnym wydaniu.
Śledząc obecną dynamikę Konami, trudno nie odnieść wrażenia, że japoński wydawca wreszcie zrozumiał prawdziwą wartość swojego skarbca. Po sukcesie remake'u „dwójki” i ciepłym przyjęciu projektów pobocznych, korporacja nie ma żadnego biznesowego ani artystycznego powodu, by gasić ten entuzjazm. Wszystko wskazuje na to, że za rok lub dwa doczekamy się kolejnych wielkich zapowiedzi - czy to w postaci wyczekiwanego zrekonstruowania Silent Hill 3, czy zupełnie nowej, wysokobudżetowej odsłony o numerze siedem.
Warto przy tym docenić odwagę w doborze partnerów deweloperskich. Zamiast zamykać produkcję we własnych, skostniałych strukturach, japoński gigant stał się swoistym kuratorem talentu z całego świata. Polacy, Szkoci, japońscy mistrzowie powieści wizualnych - ta międzynarodowa mieszanka wrażliwości sprawia, że Ciche Wzgórze nie zjada własnego ogona, a każdy kolejny projekt wnosi do uniwersum świeże spojrzenie na motywy winy, żalu i kary.
Gdyby ktoś jeszcze pięć lat temu powiedział nam, że będziemy przebierać w premierach z uniwersum Silent Hill niczym w ulubionych słodyczach, uznalibyśmy go za obłąkanego. Dziś ten sen na jawie stał się faktem. Mgła opadła na stałe, radio znów zaczęło szumieć, a my możemy wreszcie rozsiąść się w fotelach i cieszyć się tą bezprecedensową złotą erą, która - jak wszystko na to wskazuje - dopiero nabiera prawdziwego wiatru w żagle.
Interesuje Cię ten tytuł? Sprawdź nasz poradnik do Silent Hill 2 (Remake).
Przeczytaj również
Komentarze (2)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych