Marvel odmówił ZNAKOMITEGO pomysłu. To mogło być dobre!
Sebastian Stan najwyraźniej spojrzał na ostatnie lata Marvela, na wszystkie portale, multiwersum, armie komputerowych stworów i finały, w których niebo musi obowiązkowo pęknąć na pół, po czym zaproponował coś niemal podejrzanie skromnego. Bucky Barnes rozpoznaje człowieka ze swojej przeszłości. Nie wie, czy pamięć go oszukuje, nie potrafi odpuścić i zaczyna grzebać w czasach, gdy Hydra trzymała jego mózg na krótkiej smyczy. Mały budżet. Thriller. Paranoja. Żadnego obowiązkowego ratowania galaktyki przed czwartkiem.
Stan opisał ten pomysł Kevinowi Feige jako film w stylu Sicario. Bohater miałby obsesyjnie śledzić osobę powiązaną z okresem jego prania mózgu i stopniowo odkrywać, co naprawdę pamięta. Feige miał odpowiedzieć tylko, że brzmi to „cool”, a projekt nie został oficjalnie uruchomiony. I właśnie w tym tkwi cała frustracja. Marvel ma pod ręką faceta, którego przeszłość aż ocieka materiałem na brudny thriller szpiegowski, a od piętnastu lat najczęściej korzysta z niego jak z bardzo efektownego zawodnika wchodzącego z ławki.
Bucky od dawna prosi się o własny film
Winter Soldier pozostaje jedną z ciekawszych postaci MCU właśnie przez rzeczy, których nigdy do końca nie rozwiązano. Ten człowiek przeżył drugą wojnę światową, spadł w przepaść, został znaleziony przez Hydrę, wielokrotnie wymazywano mu pamięć i przez dekady wysyłano go do zabijania ludzi, których nawet nie znał. Później odzyskał siebie i właściwie miał funkcjonować dalej jak ktoś po wyjątkowo długim i paskudnym koszmarze.
Najlepsze w pomyśle Stana jest jego ograniczenie. Jedna osoba z przeszłości, kilka niepewnych wspomnień, Bucky coraz głębiej wpadający we własną obsesję. Żadnego wymogu, żeby po czterdziestu minutach pojawił się Doktor Strange i poinformował wszystkich o zagrożeniu dla kontinuum. Można zrobić historię o pamięci człowieka, któremu pamięć wielokrotnie odebrano.
Porównanie do Sicario brzmi przy tym wyjątkowo smakowicie. Denis Villeneuve zrobił film duszny, brutalny i oszczędny w tłumaczeniu czegokolwiek widzowi. Bohaterowie wchodzą coraz dalej w sytuację, której zasad właściwie nie znają, a napięcie bierze się częściej z oczekiwania niż z samej strzelaniny. Bucky pasowałby do podobnej opowieści znakomicie. W MCU już raz najlepiej wyglądał w filmie, który flirtował z politycznym thrillerem.
Marvel mógłby znowu zejść na ziemię
Szczególnie teraz podobny projekt miałby sporo sensu. MCU przez lata rosło tak długo, że czasem trudno już znaleźć sufit. Kolejne historie dotykają alternatywnych rzeczywistości, końców świata, wielkich zespołów i konfliktów, przy których los pojedynczego człowieka wygląda jak przypis. Tymczasem część najlepiej wspomnianych produkcji Marvela bazowała na znacznie prostszych stawkach.
Bucky mógłby zostać idealnym bohaterem takiego powrotu do mniejszej skali. Stan wyraźnie rozwija się dziś jako aktor poza Marvelem - A Different Man, The Apprentice czy kolejne bardziej kameralne projekty pokazały, ile można z niego wyciągnąć, gdy scenariusz daje mu trochę brudu pod paznokciami. Sam mówi zresztą, że w MCU nadal czuje się trochę jak „szósty zawodnik”, wrzucany do składu tam, gdzie akurat jest potrzebny.
Mały budżet byłby tutaj dodatkowym atutem. Marvel przez lata przyzwyczaił się do produkcji, w których dziesiątki milionów dolarów potrafią wyparować na poprawki efektów, reshooty i trzeci akt zbudowany w komputerze. Thriller z Buckym mógłby żyć z lokacji, aktorów, montażu i atmosfery. Nawet porażka kosztowałaby mniej, a sukces dawałby studiu nową ścieżkę. Nie każda postać potrzebuje filmu za 200 milionów dolarów. Czasami znacznie ciekawsze pytanie brzmi: co potrafisz zrobić za 60?
Najbardziej szkoda mi jednak samej przeszłości Winter Soldiera. Marvel pokazał ją zwykle w krótkich retrospekcjach: kilka morderstw, kilka słów po rosyjsku, maszyna do prania mózgu, spojrzenie Stana sugerujące, że w środku dzieje się coś bardzo niedobrego. Przecież każdy z tych fragmentów można rozwinąć w historię. Kogo jeszcze zabił? Kto nim sterował? Kto przeżył? Co się stanie, gdy po kilkudziesięciu latach zobaczy twarz, którą pamięta z jednej sekundy przed kolejnym resetem? Pytania bez odpowiedzi.
Kevin, może jednak oddzwoń
Na razie cała historia pozostaje pomysłem rzuconym przez aktora podczas rozmowy z Feige. Żadnego filmu nie zapowiedziano i trudno nawet stwierdzić, jak poważnie Marvel potraktował propozycję. Szkoda, bo w kilku zdaniach Stan nakreślił projekt mający więcej charakteru niż niejedna prezentacja fazy MCU rozpisana na pół dekady. Bucky, jego zawodna pamięć i człowiek, którego być może zna. Naprawdę wystarczy.
Marvel szuka dziś sposobów na odzyskanie świeżości, a czasem najlepsze rozwiązanie może leżeć daleko od kolejnego wielkiego crossovera. Zamknąć bohatera w mniejszej historii, dać aktorowi coś konkretnego do zagrania i pozwolić widzowi przez dwie godziny zastanawiać się, czy główny bohater w ogóle może ufać własnej głowie. Sebastian Stan znalazł bardzo dobry punkt startowy. Teraz wypadałoby tylko, żeby ktoś w Marvelu przestał odpowiadać „brzmi fajnie” i zapytał, kiedy zaczynamy zdjęcia.
Przeczytaj również
Komentarze (3)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych